Środa, 8 Kwiecień
Imieniny: Donata, Herminy, Rufina -

Reklama


Reklama

Przypadek czy wybór? Jerzy Niemczuk o życiu, które skręcało w ostatniej chwili


Jedno spotkanie w czytelni, jeden podpis pod dokumentem, jeden zbieg okoliczności. Jerzy Niemczuk wraca do momentów, które zmieniały jego życie. Pisze o ludziach, decyzjach i przypadkach, które prowadziły go od rysunku do pisania, od porażek do kolejnych szans.



O przypadkach i ludziach
Przypadkiem odkryłem dawno temu na własny użytek pogląd filozoficzny, który nazwałem akcydentalizmem, a potem się okazało, że istnieje on od dawna i tak się właśnie nazywa, a jego prekursorem był w starożytności Epikur. Zakłada on, że przypadek, a nie przeznaczenie decyduje o naszych losach. 


Czasem stajemy się ofiarami sił, na które nie mamy wpływu, jak kataklizmy i wojny. Na co dzień splot okoliczności decyduje o tym, gdzie się znajdziemy. Czy skręcimy w jedną albo w drugą stronę i spotkamy na niej wroga albo przyjaciela.


W mitach i starych bajkach przewijał się motyw rozstajnych dróg. To celna metafora losu, na który mamy ograniczony wpływ, a jednak jesteśmy wolni, bo możemy wybierać, dokąd chcemy zmierzać. 


Los zrządził, że nie zostałem grafikiem, a zacząłem pisać. Potrzeba wyrażania siebie pozostała, zmieniła tylko formę. W szkole talentu pisarskiego nie przejawiałem. W szkolnej gazetce byłem rysownikiem. Pamiętam, jak starszy o rok Karol Strasburger podarł moją karykaturę nauczyciela. To było pierwsze doświadczenie cenzury. Oddolnej. Nie próbowałem z nią walczyć, a nawet wykazałem zrozumienie. Gazetka zawisła tuż przed klasówką z fizyki, a poza tym Karol był świetnym gimnastykiem. Kilka lat później został w kinie tytułowym „Agentem nr jeden”. Zapewne i jego zaskoczyła kariera aktorska.


Gdybym nie zjawił się 14 lutego w czytelni na Świętojańskiej, nie poznałbym pewnie mojej przyszłej żony i nie zostałbym ojcem na trzecim roku studiów. 


Reklama


Nasz związek był skazany na porażkę, bo na domiar złego ciążył na mnie wyrok więzienia w zawieszeniu i omal nie zostałem z tego powodu relegowany ze studiów, a jednak udało się nam przeżyć szczęśliwie niemal 60 lat. Stały w uczuciach próbowałem z niezłym rezultatem niemal wszystkich aktywności literackich. Pisałem nawet sztuki lalkowe. Ostatnia powstała przed stanem wojennym i zalegała przez jakiś czas, a kiedy ministerstwo miało mi wypłacić honorarium, obudziła się cenzura. Czarny charakter w mojej bajce nazywał się Knuj Trzynasty, co się jej natychmiast skojarzyło z trzynastym grudnia a to, że napisałem to dużo wcześniej, nie miało żadnego znaczenia, bo jak się budzą potwory, to rozum śpi. Pieniądze przepadły, a bajka została objęta zakazem rozpowszechniania. Brak kasy dotknął mnie boleśnie, ale jak mnie czasami pytają o moje rzekome zdolności profetyczne, to się na ten nomen omen przypadek mogę powołać. 


Przeżyłem nieco porażek, kiedy zlikwidowano warszawską „Kulturę”, w której pracowałem, żadnej pracy już nie podjąłem. Mało tego, sam sobie zafundowałem wilczy bilet, podpisując zobowiązanie, że nie będę pisał w gazetach należących do RSW „Prasa”. W zamian zyskałem wolność i pisarską niezależność. 


Miałem sporo szczęścia do ludzi. Na studiach, moja promotorka, profesor Kostkiewiczowa, wiedząc o moich problemach, załatwiała mi dobrze płatne korepetycje. Przygotowywałem kandydatów do egzaminów na studia. 
Profesor Siekierski, który po latach okazał się moim sąsiadem przez jezioro – podobnie jak ja spędzał większość czasu nad Saskiem w domu na Łysej Górze - zachęcił mnie do pisania recenzji do „Nowych Książek”, gdzie poznałem Hannę Bielawską, a potem na długie lata trafiłem do niej, kiedy zaczęła pracować w Polskim Radio. Przyjaźnię się z nią do tej pory. 

Reklama


Z kolei do telewizji trafiłem, kiedy ustał bojkot po stanie wojennym, za sprawą dwóch nagród w konkursie na scenariusz. Oba teksty zostały zrealizowane a potem zacząłem współpracę z teatrem telewizji, gdzie pod życzliwym okiem Jerzego Koeniga zrobiłem sześć telewizyjnych sztuk. Potem zaczęły się seriale, prezesi się zmieniali a ja wciąż współpracowałem z Hanną Probulską i Wojtkiem Jędrkiewiczem, którzy pilotowali moje projekty, także „Ranczo”, dopóki się nim nie rozstałem na własne życzenie. 


Tam też poznałem Krystynę Chojnacką, która przez wiele lat była dobrym duchem moich animowanych filmów dla dzieci, dopóki telewizja je produkowała. 


Po świętach jadę pożegnać ją ostatni raz. To smutna okazja, ale pozwala mi zachować w pamięci ludzi, którym coś zawdzięczam. 
Jerzy Niemczuk



Komentarze do artykułu

Napisz

Reklama


Komentarze

Reklama