Poniedziałek, 28 Listopad
Imieniny: Jakuba, Stefana, Romy -

Reklama


Reklama

Afrykańska szkoła zmarłego syna. Filip „pomaga” dzieciom na Madagaskarze (zdjęcia)


Filip Piórkowski zginął tragicznie w sierpniu 2016 roku podczas prac polowych. Miał zaledwie 17 lat. Dziś jego imię nosi szkoła aż na Madagaskarze. - Była bardzo potrzebna tamtejszej ludności, ale także nam. Pozwoliła otrząsnąć się z bólu, z poczucia ogromnej straty, z rozmyślań o niesprawiedliwości losu – mówi mama chłopca Ewa Piórkowska. - Kiedy myślę o Filipie, widzę malgaskie dzieci, ich radosne buzie...



Filip był uczniem średniej szkoły wojskowej w Lipinach (woj. mazowieckie). Przyjechał do domu na wakacje i pomagał w prowadzeniu gospodarstwa.

 

- Nie był tak zainteresowany rolnictwem jak nasi pozostali synowie, ale jak było trzeba, to pomagał – opowiada Tadeusz. - Miał inne plany, niekoniecznie związane z wojskiem. Był zainteresowany sportem. Pod koniec sierpnia wybierał się na bieg, taki z rodzaju ekstremalnych. Miesiąc wcześniej natomiast, wraz z braćmi, uczestniczył w Światowych Dniach Młodzieży w Krakowie.

 

Do wypadku doszło na polach w okolicy Dębówka.

 

- Młodszy syn, Aleksander, dzwonił do Filipa kilkakrotnie, ale on nie odbierał. To go zaniepokoiło. Zadzwonił więc do pracownika, który znajdował się w sporym oddaleniu, i poprosił o sprawdzenie. Filip jeszcze oddychał, ale jego obrażenia były zbyt poważne, zbyt rozległe...

 

Dla całej rodziny była to niewyobrażalna tragedia. Tego, co przeżywali rodzice, nie opiszą żadne słowa. Ze stratą nie mogło się też pogodzić rodzeństwo.

 

- Marysia, najmłodsza z naszych dzieci, miała wówczas dopiero 9 lat. Przez długi czas dosłownie nie odstępowała mnie na krok, jakby pilnowała... - wspomina Ewa.

 

Stara szkoła.

 

Ewę i Tadeusza Piórkowskich, z racji ich pracy, ale i (a może głównie) aktywności społecznej, znało i zna bardzo wiele osób. Nie tylko z obszaru gminy, w której mieszkają, czy miasta, w którym Tadeusz od 30 lat pojawia się jako Jurand ze Spychowa podczas Dni i Nocy, nie tylko z całego powiatu, ale i daleko poza jego granicami. Rozpacz rodziny odczuło więc bardzo, bardzo wiele osób. Wielu też towarzyszyło Filipowi w jego ostatniej drodze. I właśnie ta ostatnia droga Filipa Piórkowskiego stała się początkiem... drogi do szkoły na Madagaskarze.

 

Nowa szkoła imienia Filipa.

 

 

Marzenia o wolontariacie

 

- Filip był dość trudnym dzieckiem. Indywidualistą z wieloma różnymi pomysłami, które nie zawsze były przez nas akceptowane – opowiada Ewa Piórkowska. - Kiedyś, choć znał dobrze język angielski, nie miał zadowalającej oceny. Nauczycielka obiecała mu, że postawi mu lepszą, jeśli zaśpiewa w chórze, w którym były same młodsze sporo od niego dziewczynki i weźmie udział w konkursie. Zgodził się i zaśpiewał. Mimo to oceny lepszej nie otrzymał. Był oburzony, więc powiedział tej nauczycielce prosto w oczy, że jest głupią oszustką.

 

Takich i podobnych wspomnień o synu Ewa i Tadeusz mają bardzo wiele. Opowiadają o zdarzeniach i zabawnych, i takich, które rodzicom spędzają sen z powiek.

 

 

 

- Trzeba było go na przykład zabrać z obozu rekolekcyjnego, bo prowadzący ten obóz ksiądz zaskoczył go, gdy całował się z jakimiś panienkami. Z podobnych powodów był relegowany ze szkoły katolickiej, wtedy poszedł do tej wojskowej – płynie opowieść. - Uznaliśmy, że będzie tam większa dyscyplina, co mu się na pewno przyda.

 

Wybryki, niestandardowe zachowania i niesubordynacja powodowała, że rodzice martwili się o Filipa znacznie bardziej niż o pozostałe dzieci.

 

Rodzina Piórkowskich.

 

- Nie wiedzieliśmy, jaką drogą pójdzie, obawialiśmy się o jego przyszłość – mówią. - Ale były też takie sytuacje, gdy Filip nas zaskakiwał pomysłami, które, można powiedzieć, dobrze wróżyły - precyzuje Ewa. - Kiedy miał niespełna 16 lat stwierdził, że chce zostać wolontariuszem i pracować społecznie. Spytałam, co chciałby robić i gdzie. Rodzaju pracy nie znał, ale powiedział, że pojedzie do Afryki, do RPA. Na szczęście był za młody. A może... a może niestety, bo może, gdyby pojechał, nie stałoby się to, co się stało.


Reklama

 

- Wiedzieliśmy, że na jego pogrzeb przyjdzie dużo ludzi. Zaznaczyliśmy na klepsydrach, by nie przynoszono kwiatów. Po kilku dniach zwiędłyby i tylko szpeciły grób – mówi Tadeusz. - Ktoś z naszych bliskich, na cmentarzu, przygotował jakąś puszkę czy kartonik, do którego uczestnicy pogrzebu składali datki, zamiast tych kwiatów. Uzbierało się aż 16 tysięcy... Po jakimś czasie musieliśmy zdecydować, na jaki cel je przeznaczyć.

 

Filip

 

Poszukiwanie tego celu i praca przy jego realizacji okazały się doskonałą terapią, pozwoliły otrząsnąć się z dojmującego żalu, nie poddać się rozpaczy. Działaniami Ewy i Tadeusza kierowała myśl Filipa o afrykańskim wolontariacie.

 

„Zainwestować” w Afryce

 

Słowa Filipa o Afryce utkwiły w pamięci rodziców tak mocno, że postanowili zebraną kwotę przeznaczyć na jakiś cel charytatywny właśnie na tym kontynencie. Powiadomili o tym pomyśle wielu znajomych. Wiedział więc o tym także ksiądz Andrzej Preuss, który pewnego dnia odwiedził Piórkowskich w towarzystwie swojego znajomego, fizjoterapeuty Dominika z Gdańska, często bywającego na Madagaskarze.

 

Radość madagaskarskiej uczennicy.

 

 

- Jakiś czas po tej wizycie postanowiłam wziąć udział w pielgrzymce. W jej trakcie spotkaliśmy właśnie Dominika, on zaś czasem przyjeżdżał do nas z dziećmi z domu dziecka, bo się nimi opiekował. Tak się rozwijała nasza znajomość – opowiada Ewa. - Któregoś dnia Dominik zadzwonił do nas. Powiedział, że przyjechała do niego zakonnica z Madagaskaru i marzy o tym, by przejechać się konno, bo na tej afrykańskiej wyspie koni nie ma. Oczywiście, natychmiast zgodziliśmy się ją gościć. To Polka, Iwona Korniluk, która była w misji na Madagaskarze już z 10 lat. Niesamowita kobieta, z ogromną charyzmą, z jakąś aurą niezwykłej dobroci, szlachetności. Gdy od nas odjeżdżała, powiedziała, że może kiedyś znów się spotkamy na Madagaskarze.

 

Otwarcie nowej szkoły w Madagaskarze.

 

 

I tak się stało za sprawą innych znajomych. Krótko po wizycie zakonnicy, zaproponowali oni Piórkowskim wyprawę na Madagaskar, już z myślą o tym, że może właśnie tam znajdą cel, na który przeznaczą pieniądze zebrane podczas pogrzebu syna.

 

Polskie akcenty

 

Ewa i Tadeusz, wraz ze znajomymi, dolecieli (z trzema przesiadkami) do stolicy Madagaskaru – Antananarywy. Tam spotkali się ze wspomnianym już Dominikiem.

 

- Pierwszą noc spędziliśmy w gościnie fundacji, o nazwie, w tłumaczeniu na nasze: „Dzieci Madagaskaru”, założonej przez dwie Polki: jedną z Olsztyna, drugą z Poznania. Pomagają właśnie tamtejszym dzieciom, między innymi blisko tysiącu maluchom zapewniając przynajmniej jeden posiłek dziennie. Też niezwykłe kobiety, których działalność naprawdę warto wspierać, bo robią mnóstwo dobrego – opowiada Ewa. - Kolejne trzy dni odpoczywaliśmy nad oceanem, żeby się chociaż trochę zaaklimatyzować, bo tamtejszy klimat był dla nas bardzo trudny.

 

Później trzeba było zgromadzić zaopatrzenie na kilkudniową wyprawę w głąb wyspy, która jest przecież ze trzy razy większa od Polski i na pobyt w misji, żeby nikomu nie sprawiać nadmiernego kłopotu. Nie było to proste w kraju ogarniętym korupcją, z dość realnym zagrożeniem napaści i rabunku.

 

- Sama ta podróż, najpierw busem, później dwa dni barką po rzece, to historia sama w sobie – relacjonuje Ewa. - Powiem tylko, że od miejsca, gdzie dobiliśmy do brzegu rzeki, do wsi z misją był jeszcze z kilometr, ścieżką, bo dróg tam niewiele, a w tym miejscu nie było żadnej. Przysłano po nas „transport”: woły, które niosły nasze bagaże.

 

Reklama

Uczniowie w Madagaskarze.

 

Ewa i Tadeusz mieli przy sobie owe 16 tysięcy, jechali bowiem z myślą, że w końcu znajdą dla nich przeznaczenie...

 

Szkolny pomysł

 

Siostra zakonna Iwona zaprowadziła Piórkowskich do szkoły, istniejącej w tej malgaskiej wsi. To był maleńki budynek z drewnianych bali, wielkości przeciętnego salonu w przeciętnym polskim domu. Uczyły się w nim nie tylko dzieci, ale i dorośli, bo analfabetyzm dominował wśród miejscowej ludności. Kryty strzechą budyneczek pełnił funkcję nie tylko szkoły, ale i schronienia, bo podczas pory deszczowej wieś była zalewana, dosłownie pływała.

 

- Siostra Iwona powiedziała, że przydałaby się większa, a przede wszystkim solidniejsza szkoła, by stanowiła też lepszą ochronę – mówi Tadeusz. - Wtedy postanowiłam, że to jest właśnie nasz cel, coś, czym uczcimy Filipa i jego marzenia o Afryce – dodaje Ewa.

 

Zbiorowy wysiłek budowlany

 

Środki, którymi dysponowali Piórkowscy, wystarczały na pokrycie 15, może 20 procent kosztów budowy. Ewa i Tadeusz byli jednak zdeterminowani, by swój dar dla Madagaskaru zrealizować w całości. Brakującą kwotę zbierali wśród znajomych i przyjaciół, informując o swoim przedsięwzięciu na profilu facebookowym.

 

- Oczywiście, przeznaczaliśmy też własne środki, a trzeba podkreślić, że pieniądze wpłacali też całkiem obcy ludzie – relacjonują rodzice Filipa. - Podczas tej pierwszej wizyty gotowe były już plany budowy i dokumentacja.

 

Szkoła ostatecznie powstała w ciągu niespełna roku od czasu rozpoczęcia budowy. Jej otwarcie miało miejsce w 2021 roku. Z inicjatywy misjonarki na głównej ścianie szkoły wymalowano twarz nieżyjącego, polskiego chłopca. W niewielkiej, madagaskarskiej miejscowości istnieje teraz Szkoła Filipa.

 

- Gdybyśmy wiedzieli, że na budynku będzie widniał wizerunek naszego syna, pewnie byśmy się na to nie zgodzili, ale siostra Iwona zadecydowała o tym nie pytając nas o opinię – mówi Ewa. - Znała naszą historię. Doskonale rozumiała nasze motywy, tę tkwiącą gdzieś w środku potrzebę działania, która przynosiła ulgę, pozwalała nam zdystansować się, zapomnieć... Nie, nie zapomnieć, bo syna nie zapomnimy nigdy, ale pogodzić się z jego odejściem.

 

Dobro zmniejsza żal

 

Przed wyjściem do szkoły.

 

- Szkoła Filipa daje radość wielu ludziom, dla których każdy okruch dobroczynności bywa czasem kwestią być albo nie być. My w Polsce zastanawiamy się na przykład: co by zjeść, a tamtejsze dzieci codziennie myślą o tym, czy w ogóle będą miały co jeść – opisują malgaską rzeczywistość rodzice Filipa. - Ale jednocześnie to wspaniali ludzie, o zupełnie innej mentalności. Tam życie płynie inaczej, znacznie biedniej, ale na pewno nie gorzej niż nasze. Malgasze mówili do nas: wy macie zegarki, my mamy czas. To takie niby proste zdanie, a jednocześnie życiowa filozofia, nad którą naprawdę warto się zastanowić. W Polsce lubimy narzekać, często drobne przeciwności traktując jak katastrofę: „tragedia, bo samochód się zepsuł...”. A to przecież żadna tragedia...

 

Dziś rodzice wspominają syna bez drżenia głosu, z rzadka tylko muszą hamować łzy. Chętnie opowiadają o Filipie, przywołują mnóstwo anegdot z nim związanych, mniej czy bardziej humorystycznych zdarzeń.

 

- Madagaskarska szkoła była bardzo potrzebna tamtejszej ludności, ale także nam. Pozwoliła otrząsnąć się z bólu, z poczucia ogromnej straty, z rozmyślań o niesprawiedliwości losu – mówi Ewa. - Kiedy myślę o Filipie, widzę malgaskie dzieci, ich radosne buzie... Ze śmiercią syna nie pogodzimy się nigdy, ale żal jest jakby mniejszy, kiedy wytłumaczyłam sobie, że może to, że go straciliśmy, też miało swój cel, że nic się nie dzieje bez przyczyny...



Komentarze do artykułu

Napisz

Galeria zdjęć

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama


Komentarze

Reklama