Przed wyjazdem do Bostonu spotykamy się w Szczytnie. Za kilka dni stanie na starcie jednego z najbardziej prestiżowych maratonów świata – biegu, do którego nie można się po prostu zapisać. Trzeba na niego „zasłużyć” wynikiem. Bogdan Kalinowski ma 63 lata i na koncie kilkanaście maratonów na kilku kontynentach. Biega od pięćdziesiątki. Wcześniej – biznes, samorząd, polityka. Dziś łączy to wszystko w jednym rytmie: treningu, pracy i – jak sam mówi – „porządkowania myśli”. Rozmawiamy o bieganiu, które zaczęło się od niedopinającej się koszuli, ale też o państwie, które – jego zdaniem – coraz częściej działa bez refleksji.
Za kilka dni Boston. Maraton, który dla wielu biegaczy jest czymś więcej niż tylko kolejnym startem. Czym on jest dla pana – celem sportowym, prestiżem, a może pewnym etapem drogi, którą pan zaczął stosunkowo późno?
To jest przede wszystkim jeden z tych biegów, do których nie można wejść „z ulicy”. Boston to elita. Trzeba mieć wynik, trzeba się zakwalifikować. Dla mojej kategorii wiekowej, czyli 60+, to jest czas w granicach 3:50, ale żeby mieć pewność, to raczej 3:30–3:40. Ja miałem 3:40, więc się zmieściłem. Ten maraton odbędzie się 20 kwietnia, w Dzień Patriotów, to będzie 130. edycja. To też ma znaczenie – historia, tradycja, a nawet takie rzeczy jak zamach sprzed lat, które paradoksalnie jeszcze bardziej podkreślają rangę tego wydarzenia.
Mówi pan o Bostonie jak o czymś zamkniętym, elitarnym. A przecież bieganie kojarzy się raczej z dostępnością, z tym, że każdy może wyjść i zacząć. Gdzie jest granica między pasją a sportem wymagającym selekcji?
Bieganie jest dla wszystkich, ale maraton już nie do końca. To nie jest dyscyplina dla bardzo młodych ludzi ani dla tych, którzy chcą spróbować „z marszu”. Wysiłek jest ogromny. Trzeba mieć przygotowany organizm. Ja zacząłem biegać późno, bo miałem 48–49 lat, ale wcześniej uprawiałem sport – była piłka nożna, było karate. Potem przyszło życie, biznes, rodzina. I w pewnym momencie zobaczyłem, że koszule się nie dopinają. To był sygnał (śmiech). Zacząłem od krótkich dystansów, potem półmaratony, dopiero później maraton.
Czyli to nie był impuls typu „zapisuję się na maraton i zobaczymy”, tylko raczej proces?
Dokładnie. Najpierw były piątki, dziesiątki, piętnastki. Potem kilkanaście półmaratonów. I dopiero wtedy maraton. Dziś mam ich na koncie szesnaście. Najlepszy czas – 3:43 w Paryżu. W Nowym Jorku miałem 3:50, startowało 54 tysiące ludzi, byłem gdzieś w okolicach 12 tysięcy. To pokazuje skalę. Za mną dobiegło jeszcze czterdzieści tysięcy.
Mówi pan o liczbach, wynikach, kwalifikacjach, ale jednocześnie w tej rozmowie wraca wątek czegoś bardziej osobistego. Co panu daje bieganie poza wynikiem?
Spokój głowy. To jest najważniejsze. Jak biegnę, to analizuję różne rzeczy – biznesowe, życiowe. Wiele problemów rozwiązałem właśnie w trakcie biegu. Zdarzało się, że dzwoniłem do prawnika i mówiłem: „mam rozwiązanie”. On sprawdzał i mówił: „ma pan rację”. To działa. Oczyszcza głowę. Dlatego nie lubię bieżni. Muszę mieć przestrzeń.
Czyli bieganie jako forma myślenia?
Tak. I jako forma dyscypliny. Bo maraton to nie jest tylko jeden dzień. To są miesiące przygotowań. Trzy miesiące przed startem trzeba już robić konkretne dystanse – 15, 20, nawet 30 kilometrów. Docelowo 70–80 kilometrów tygodniowo. Ja w tym roku miałem trochę mniej, bo były wyjazdy, narty, ale to się potem czuje.
W którym momencie biegu przychodzi prawda?
Na 30. kilometrze. Tam się wszystko weryfikuje. Albo jest „power” i biegniesz dalej na wynik, albo go nie ma i kończysz rozsądnie. Ja każdy maraton, który zacząłem, ukończyłem. I to też jest dla mnie ważne.
Biega pan po świecie. Nowy Jork, Berlin, Paryż, Chicago. Każdy z tych maratonów ma swoją specyfikę. Co najbardziej zapada w pamięć?
Skala. Organizacja. Nowy Jork to jest spektakl. Start na moście Verrazzano, fale po tysiąc osób, całe miasto podporządkowane biegowi. Ale są też maratony zupełnie inne, jak Honolulu – tam nie ma limitu czasu. Można się zatrzymać, napić piwa, iść dalej. Moi znajomi szli ponad dziewięć godzin. To pokazuje, że bieganie może mieć różne oblicza.
Z biegania przejdźmy do drugiego obszaru pana życia – samorządu i polityki. Był pan aktywny, potem się pan wycofał. Dziś wraca pan do tej aktywności. Co się zmieniło?
Przede wszystkim podejście. Przez kilka lat byłem z boku, nie angażowałem się. Ale doszedłem do wniosku, że nie chcę tylko patrzeć i narzekać. Jeżeli coś mi się nie podoba, to powinienem spróbować coś zmienić. I dlatego wróciłem do aktywności.
Co konkretnie panu się nie podoba?
Mechanizmy. To, że ludzie często podejmują decyzje bez analizy. Słuchają jednego lidera i idą za nim. Nie patrzą na kompetencje, doświadczenie. A to jest niebezpieczne.
W tej wypowiedzi jest sporo krytyki, ale też pewna refleksja o jakości elit. Czy problemem jest brak ludzi, czy raczej brak chęci do wejścia w politykę?
Jedno i drugie. Najlepsi często nie chcą iść do samorządu czy polityki. Bo mają biznes, mają stabilność. A tu nagle muszą składać oświadczenia majątkowe, wystawiać się na ocenę społeczną, często niesprawiedliwą. Usłyszą: „jeszcze wam mało?”. I rezygnują.
A kto w takim razie idzie?
Czasem ludzie, dla których to jest jedyna droga. Albo dla których wynagrodzenie ma duże znaczenie. I wtedy motywacja nie zawsze jest właściwa.
To jest, jak pan mówi, ze szkodą dla kraju, ale też tych małych ojczyzn?
Oczywiście. Bo tracimy ludzi z doświadczeniem, kontaktami, wiedzą. A to oni mogliby rozwijać to miasto.
Mówi pan o doświadczeniu. Sam był pan w samorządzie i w pewnym momencie zrezygnował z mandatu. Dlaczego?
Bo nie podobał mi się kierunek, w jakim to szło. Uważałem, że nie tak powinno to wyglądać. I uznałem, że nie chcę w tym uczestniczyć.
Dziś takie decyzje, że radny, burmistrz, wójt, czy prezydent w trakcie kadencji z własnej wili rezygnują, „bo to nie dla nich”, są rzadkością.
Bo dziś trudniej odejść niż zostać.
Mówi pan o mechanizmach, o tym, że ludzie często wybierają bez głębszej analizy. A jak pan patrzy na kampanie wyborcze – zarówno te ogólnopolskie, jak i lokalne – to nie ma pan wrażenia, że coraz częściej opierają się one na obietnicach, które w praktyce nie mają pokrycia w realnych kompetencjach tych stanowisk?
Mam takie wrażenie i powiem więcej – mnie to momentami zdumiewa. Bo jeżeli ktoś startuje na urząd prezydenta i opowiada, że będzie budował mieszkania albo tworzył miejsca pracy, to ja się zastanawiam, czy on naprawdę nie rozumie, jakie są kompetencje tego urzędu, czy po prostu liczy na to, że wyborcy tego nie sprawdzą. Prezydent nie ma takich narzędzi. I teraz pytanie – po co to mówić? Odpowiedź jest prosta: bo ludzie chcą to usłyszeć. Tylko że to jest droga donikąd, bo później przychodzi rozczarowanie. I to rozczarowanie buduje jeszcze większy brak zaufania do państwa i do polityki.
Zejdźmy na nasze podwórko. Szczytno, powiat. Często wraca taki wątek, że kiedyś – niezależnie od ocen – była pewna grupa samorządowców, którzy uczyli się tej demokracji, budowali coś od zera. Dziś wielu mieszkańców ma poczucie, że tej wizji rozwoju jest mniej, a więcej jest myślenia o samych stanowiskach. Zgadza się pan z tym?
Częściowo tak. Trzeba pamiętać, że my zaczynaliśmy w zupełnie innych realiach. Uczyliśmy się tego wszystkiego, popełnialiśmy błędy, ale była pewna energia, potrzeba zbudowania czegoś od podstaw. Dziś sytuacja jest inna – system jest ukształtowany, są procedury, są ograniczenia. I mam wrażenie, że część ludzi wchodzi do samorządu nie z myślą o rozwoju miasta czy powiatu, tylko dlatego, że to jest dla nich pewna funkcja, pewna pozycja. I to zmienia sposób działania. Bo jeżeli motywacją jest stanowisko, to decyzje też będą podporządkowane utrzymaniu tego stanowiska, a nie rozwojowi.
W tej rozmowie wraca bardzo mocno wątek przedsiębiorców – ludzi, którzy coś osiągnęli, mają doświadczenie, kontakty, wiedzę. Mamy takich osób dużo w naszym powiecie. A jednocześnie oni w dużej mierze nie angażują się w samorząd. Czy to jest problem mentalności, strachu, czy może po prostu kalkulacji?
To jest miks wszystkiego. Po pierwsze – mentalność. W Polsce nadal funkcjonuje takie myślenie: „dorobiłeś się, to jeszcze ci mało?”. I to jest bardzo silne. Po drugie – ryzyko wizerunkowe. Dziś każdy ruch jest oceniany, komentowany, często w sposób brutalny. Po trzecie – kwestie formalne, jak oświadczenia majątkowe. Ktoś prowadzi duży biznes, ma różne aktywa i nagle musi to wszystko ujawniać, tłumaczyć się z każdego szczegółu. A wystarczy jeden błąd i robi się z tego problem. No i wreszcie polityka – „łatka”. Jak wejdziesz na listę konkretnej partii, to już ją masz przypiętą na stałe. I wielu ludzi tego nie chce.
Czyli paradoksalnie ci, którzy mogliby najwięcej wnieść do samorządu, najczęściej stoją z boku. Jakie są tego konsekwencje dla miasta czy powiatu?
Bardzo konkretne. Tracimy potencjał. Mamy w tym regionie ludzi, którzy prowadzą biznesy na poziomie ogólnopolskim czy nawet międzynarodowym. Oni wiedzą, jak zarządzać, jak planować rozwój, jak budować relacje. I tego nie wykorzystujemy. A jednocześnie potem narzekamy, że coś nie działa, że nie ma inwestycji, że brakuje wizji. To się samo nie zrobi. Do tego są potrzebni ludzie z kompetencjami.
Wspomniał pan wcześniej o pieniądzach. To temat często pomijany albo traktowany powierzchownie. Czy bez zmiany podejścia do wynagradzania w samorządzie w ogóle da się przyciągnąć lepsze kadry?
Nie. To trzeba powiedzieć wprost. Jeżeli chcemy mieć ludzi kompetentnych, to oni muszą mieć warunki, które są dla nich akceptowalne. Dziś często jest tak, że ktoś w biznesie zarabia wielokrotnie więcej niż w samorządzie, a jednocześnie ma dużo mniejszą presję. W samorządzie dochodzi odpowiedzialność, ocena społeczna, ryzyko polityczne. Jeżeli do tego dołożymy relatywnie niskie wynagrodzenie, to odpowiedź jest prosta – najlepsi nie przyjdą. I wtedy zostaje nam średnia, a czasem poniżej średniej. I to się przekłada na jakość zarządzania.
Na koniec wróćmy do początku. Boston. Co będzie sukcesem?
Dobiec. A jeśli będzie siła – zrobić wynik. Ale tak naprawdę wszystko i tak rozstrzygnie się na 30. kilometrze.
A kto wyremontuje odcinek na Gminie Dżwierzuty?
2026-04-13 11:59:50
Ktoś kasuje komentarze
Hmmm
2026-04-13 08:06:48
Pytam kiedy te zmiany nadejdą i po co otwierać to co dawno otwarte, niech się nowy dyrektor weźmie do pracy jak obiecał bo do do tej pory to efektów brak, a GOK funkcjonuje jak biuro od 8 do 16 a miało być tak super kiedy to \'\' PODBIJAŁ ROZOGI\'. Żenada!!!
mieszkaniec
2026-04-13 08:03:55
Nie wiem o co chodzi ale większość kobiet na zdjęciu ma za duże galoty. Chyba pożyczone po wujkach czy co??
Romek
2026-04-13 07:54:24
A gdzie pieniądze dla Szyman się pytam.co wyparowały
Panie Papa
2026-04-13 06:19:11
Pierwszy zespół znów pominięty...
...
2026-04-12 22:05:06
Proponuję nie czytać a już na pewno jest komentować wypocin tych panów, którym już powinno się dawno podziękować. To dla nich będzie najgorsze jeżeli ich teksty nie wywołają dyskusji
Jan
2026-04-12 13:04:07
Szkoda tylko, że droga z Olsztyna do Szyman pozostawia wiele do życzenia. Również dla wygody dojazdu kursuje pociąg, który kompletnie nie wpasowuje się w godziny odlotów. Dojazd busikiem... 50 zł za osobę, tego to już nawet nie ma co komentować. Taniej jest przyjechać autem i zostawić je na parkingu, wyjdzie taniej. Na prawdę nie rozumiem idei powstania tego lotniska na zadoopiu. Na prawdę nie dało się wyciąć jakiegoś kawałka lasu w stronę Olsztynka? Gdzie jest świetna droga. No chyba, że ideą było naciukanie odcinkowych pomiarów prędkości. Tylko u nas buduje się szybkie i nowoczesne drogi, aby kasować obywateli za mandaty.
MP
2026-04-10 21:28:30
Znam twórczość Kornela Makuszyńskiego. Lubię jego poczucie humory w utworach takich jak „Szatan z siódmej klasy” , „O dwóch takich co ukradli księżyc”. Inspirowany baśniami (też z dalekiego wschodu), potrafił tworzyć dzieła pełne humoru dla dzieci. Nie to jednak skusiło mnie do napisanie odpowiedzi. Drogi anonimowy krytyku. Jak najbardziej dopuszczalne jest w wypowiedziach odnoszenie się do etymologicznego pochodzenia nazwisk. Należy przy tym zachować szczególną uwagę i zachować ostrożność (savoir-vivre). Nie taktem jest, gdy wyrażając myśl i wplatając w nią w/w, wyciągamy jednoznaczne negatywne wnioski naruszające godność drugiej osoby. Forma wypowiedzi, kolejność zdań, badawcze rozumienie opisywanego zjawiska jak najbardziej wpisuje się w poczet form dopuszczalnych. Stoi zatem w sprzeczności (jest przeciwieństwem), formy, w jakiej odniósł się p. Wiesława Mądrzejewski (pochodzenie nazwiska od „mądry\"), odpowiadając na wpis komentującego pod nazwą „Polak\" cyt: „osobnik tytułujący się ksywą Polak\". Pan Mądrzejewski ewidentnie w sposób pejoratywny naruszył godność komentującego. Określając adresata przymiotnikiem „osobnik, potraktował go jak bezmózgiego, prostego przedstawiciela rasy ludzkiej. Dokładnie zwykłego samca. Na domiar złego, dodał jeszcze rzeczownik „ksywa\". Wypowiedziany przez emerytowanego funkcjonariusza sugeruje, jego bardzo emocjonalne podejście i brak szacunku. Miłego dnia życzę krytykowi i więcej luzu :-)
Do anonimowej postaci podnoszącej twórczość Kornela Makuszyńskiego
2026-04-10 13:24:41
A gdzie inni? Krzysztof Daukszewicz? Stoklosa? Agnieszka Frączek autorka książek dla dzieci, która podobnież mieszka tu już na stałe?
Marcin
2026-04-09 06:19:53