Poniedziałek, 13 Kwiecień
Imieniny: Juliusza, Lubosława, Wiktoryny -

Reklama


Reklama

„Najpierw jestem człowiekiem”. Milena Różańska o seniorach, samotności i tym, co naprawdę jest ważne


Nie planowała tego. Nie szukała sceny. A jednak to właśnie ona dziś zmienia codzienność seniorów w Szczytnie. Ma 43 lata, pracuje z seniorami i mówi wprost: największym problemem nie jest choroba, tylko samotność. Milena Różańska – wyróżniona podczas gali Jurandy 2026 – opowiada o drodze, która zaczęła się w Długim Borku, a prowadzi do ludzi, którzy najbardziej potrzebują obecności.



– Zacznijmy od początku. Pani jest ze Szczytna?

– Nie do końca. Pochodzę z Długiego Borku. Urodziłam się co prawda w Szczytnie, ale wychowywałam się tam. Do miasta wróciłam dopiero w 2009 roku, po ślubie.

 

– Czyli powrót po latach. Co było wcześniej?

– Najpierw szkoła podstawowa w Kolonii, potem liceum w Rozogach. A później Warszawa. Wyjechałam tam i zostałam na osiem lat.

 

– I co Pani robiła w Warszawie?

– Pracowałam w różnych miejscach. To było dobre i bogate doświadczenie. Zupełnie inna rzeczywistość.

 

– I nagle decyzja: wracamy.

– Tak. Wyszłam za mąż, zaszłam w ciążę i stwierdziliśmy, że chcemy żyć tutaj. Wróciliśmy do Szczytna, zamieszkaliśmy u teściów. I zaczęło się takie normalne życie.

 

– Łatwo nie było?

– Nie było. Trzeba było się odnaleźć, złapać pracę. Imałam się różnych zajęć. I wtedy zaczęła się moja przygoda z seniorami.

 

„To wszystko przez moją mamę”

– Skąd w ogóle u Pani taka potrzeba pracy z seniorami?

– Ja zawsze mówię, że to wszystko przez moją mamę. Moi rodzice mieli dużo dzieci w domu, była gospodarka, obowiązki… a ona i tak znajdowała czas, żeby opiekować się sąsiadką.

 

– Czyli to było gdzieś obok, naturalnie.

– Tak. Ja się kiedyś sama nad tym zastanawiałam – skąd to się bierze. I wracam do tego obrazu. Widocznie to we mnie zostało. Ja po prostu mam potrzebę opieki nad ludźmi.

 

– Pierwsze doświadczenia były prywatne?

– Tak. Opiekowałam się starszymi osobami. Jednymi państwem przez trzy lata. Do dziś mamy kontakt. To była bardzo ważna relacja.

 

„Najpierw jestem człowiekiem”

 

– Dziś pracuje Pani w Klubie Seniora. Co to za miejsce?

– To jest jednostka pod MOPS-em, czyli Miejskim Ośrodkiem Pomocy Społecznej. A my jesteśmy pod miastem. Formalnie to tak wygląda.


Reklama

 

– A w praktyce?

– W praktyce to są ludzie. Ja jestem tam opiekunem. Kierownikiem jest pani Hanna Bojarska. A ja po prostu jestem z seniorami.

 

– Co to znaczy „być”?

– Najpierw być człowiekiem. To jest podstawa. Ja jestem bardzo wrażliwa i myślę, że to mnie prowadzi. Seniorzy są często bezradni, zagubieni. Mają swoje problemy. Potrzeba czasu aby zaufali, otworzyli się. Jak widzę ich uśmiech, to… to jest coś.

 

– Mówiła Pani, że czasem płaczecie razem.

– Tak. To się zdarza. Bo to są prawdziwe emocje. Oni mi zaufali. A jak ktoś ufa, to chce się robić więcej. To nie jest tylko praca.

 

„Oni nie chcą ćwiczeń. Oni chcą rozmowy”

 

– Jak wygląda dzień w klubie? Są zajęcia, harmonogram?

– Jest plan, oczywiście. Ale życie wygląda inaczej. Jeśli przyjdą i powiedzą: „Nie chcemy dziś ćwiczyć”, to nie ćwiczymy.

 

– I co wtedy?

– Rozmawiamy. Bo oni tego potrzebują najbardziej. Bycia razem.

 

– To jest dla nich ważniejsze niż zajęcia?

– Zdecydowanie. Warsztaty są dodatkiem. Największą potrzebą jest rozmowa. Kontakt.

 

– Z czym przychodzą?

– Z samotnością. Z żałobą. Utrata współmałżonka. Z poczuciem, że zostali sami. I to jest ogromny problem.

 

– Udaje się to zmieniać?

– Tak. Widzę to. Po pół roku ci ludzie są inni. Osoby, które się nie odzywały, zaczynają mówić. Występują w teatrze. Śmieją się. To jest niesamowite.

 

„Małe kluby dają więź”

 

– Co działa najlepiej?

– Małe grupy. Zdecydowanie. W dużych ludzie się gubią. Boją się wejść. A tutaj szybciej powstaje więź.

 

– Ale nowe osoby mają trudno?

Reklama

– Tak, zawsze. Bo grupa już jest zżyta. Dlatego zrobiłam dwie grupy, żeby było łatwiej. Nie wszystkim się to podobało, ale trzeba było coś zmienić.

 

– Ma Pani jakąś wizję na przyszłość?

– Marzę, żeby takie kluby były na każdym osiedlu. Blisko ludzi. Bo odległość naprawdę ma znaczenie.

 

„To wyróżnienie mnie zaskoczyło”

 

– Podczas gali Jurandy dostała Pani wyróżnienie. Jak Pani to przyjęła?

– Byłam bardzo zaskoczona. Naprawdę. Bo to nie jest tylko za klub.

 

– Za co jeszcze?

– Za wolontariat. Działam w „Naszej Szczycieńskiej Ziemi”. Karty zakupowe, śniadania wielkanocne, pomoc seniorom. Prowadzę też teatr.

 

– Czyli dużo się dzieje.

– Tak, ale to się wszystko łączy. To są ci sami ludzie, te same potrzeby.

 

„Ja czerpię z nich”

 

– Co Pani daje ta praca?

– Bardzo dużo. Ja czerpię z seniorów. Jak widzę, że ktoś się uśmiecha, to dla mnie jest ogromna radość.

 

– Czyli działa to w dwie strony.

– Dokładnie. To nie jest jednostronne.

 

Las, śpiew i namiot zamiast hotelu

 

– A prywatnie? Jak Pani odpoczywa?

– Śpiewam w chórze „Pasjonata”. Kocham muzykę. Lubię las. Mój mąż jest myśliwym, więc to też gdzieś naturalnie przyszło.

 

– Wakacje?

– Biwak. Samochód, namiot, woda. Żadne kurorty. To nie dla mnie.

 

„Recepta jest prosta”

 

– Na koniec. Jedno zdanie. Co jest receptą na samotność?

– Drugi człowiek. Nic więcej.

 



Komentarze do artykułu

Napisz

Galeria zdjęć

Reklama

Reklama

Reklama


Komentarze

Reklama