O upadku obyczajów i sztuki konwersacji – felieton Jerzego Niemczuka
W minionych wiekach polscy posłowie występowali w dziwacznych, szytych na turecką modłę strojach, które w kraju uchodziły za tradycyjnie sarmackie. Budzili tym zadziwienie świata Zachodu. Niedawno w Europarlamencie polski europoseł wystąpił w spodniach od dresów, nadając nowe znaczenie sformułowaniu dress cod. Nie suknia zdobi człowieka, ale jak się ją zastąpi spodniami od dresów, to może być tylko gorzej. Poprawna politycznie Europa może ten afront zniesie, żeby posła Jakiego w stroju byle jakim ze względu na ubiór nie stygmatyzować.
Knajacki sznyt poseł wyniósł z blokowiska, na którym się wychował i do którego przejawia sentyment.
Daleki jestem od stygmatyzowania ludzi ze względu na pochodzenie. Sam się wychowałem na blokowisku i to nawet niższym niż blokowisko europosła, bo za mojego dzieciństwa niżej budowano. Moi koledzy z podwórka lądowali w więzieniach, zanim ukończyłem studia. Po prawdzie niektórzy zostawali też w nich klawiszami. Sentymentu do tego środowiska nie zachowałem, jedynie poczucie, że nie miałem wpływu na moje pochodzenie, a to, kim się stałem po latach, zawdzięczam wyłącznie własnej determinacji, a nie wyposażeniu kulturalnemu, jakie wyniosłem z domu i podwórka.
Poseł mógłby odwrócić uwagę od gaci retoryczną swadą, ale i to mu nie wychodzi. Choć kształci się, gdzie może i słów próbuje używać trudnych do wymówienia.
Sposób mówienia zdradza, z jakiego środowiska pochodzisz, jeśli nie umiesz przekroczyć jego ograniczeń językowo, a co za tym idzie, mentalnie.
Nie wiem, czy z bloku Jakiego wychodziło się „na dwór” czy „na pole”. Nawet jeśli na dwór wychodził, to nie znaczy, że wraz z mandatem posła nabrał dworskich manier. Wręcz przeciwnie. Co widać, słychać i czuć.
Znajoma pisarka, która dawno temu wyemigrowała do USA, opowiadała o swoich początkowych problemach z adaptacją w tej domenie, chociaż angielski znała dobrze. W Polsce wystarczyło jej parę zdań wymienić, żeby się dowiedzieć, z jakiego środowiska pochodzi rozmówca, czym się zajmuje, jakie ma wykształcenie. A w Stanach paru miesięcy potrzebowała, zanim była w stanie stwierdzić, że rozmawia z durniem.
Do dzisiaj ze wstydem wspominam, że za błąd językowy, powszechny w moim wcześniejszym środowisku, dostałem ledwie trzy z plusem na egzaminie z kultury języka u mojej ulubionej profesor Satkiewicz, choć przygotowany byłem na piątkę.
Dzisiaj gorzej ode mnie przygotowani są prezenterzy telewizyjni i dziennikarze, którzy podobnie jak ja robią w języku.
Coraz więcej ludzi nie tylko nie potrafi mówić poprawnie, ale też i słuchać. Z racji niechlujstwa językowego poziom rozmów znacznie się obniżył, a w ślad za tym podupadła sama konwersacja. Każdy ma swoją historię, ale nie każdy zważa na to, czy jest ona interesująca. Niekiedy mam wrażenie, kiedy próbuję rozmawiać, że nie biorę udziału w dialogu, lecz mam do czynienia z logoreą, zalewem słów w chaosie skojarzeń i wątków.
Sam należę raczej do słuchających i jako autor chętnie z tej pozycji z pożytkiem korzystam. Wyjątkiem są spotkania autorskie, gdzie muszę przynajmniej przez godzinę utrzymać uwagę publiczności. Ale na co dzień tracę czas na tokujących, zasłuchanych we własny głos rozmówców, którzy zdają się nie zważać, że może i ja mam im coś do powiedzenia. Kiedyś doszło do tego, że moja gadająca znajoma dopiero po paru latach zauważyła, że jednak wykazuję poczucie humoru. Wcześniej nie dopuściła mnie do okazji.
Jerzy Niemczuk
Komentarze i materiały powiązane pojawią się poniżej.

