Piątek, 1 Lipiec
Imieniny: Arnolda, Emiliany, Lucyny -

Reklama


Reklama

Nie żyje Ludwik Narewski, niestrudzony propagator myślistwa, samorządowiec, społecznik...


W poniedziałek, 30 maja zmarł Ludwik Narewski. To znany mieszkaniec Szczytna – niestrudzony propagator myślistwa, samorządowiec, społecznik... Miał 89 lat. - Zmarł w domu o godz. 15:30 – mówi jego żona Józefa. - Po prostu zasnął snem wiecznym.



Ludwik Narewski był jedną z najbarwniejszych postaci wśród szczycieńskich miłośników polowań. Starał się pokazywać dobre oblicze myślistwa. Propagować je wśród dzieci i dorosłych.

Ludwik Narewski 17 grudnia skończyłby 90 lat.

Uroczystości pogrzebowe odbędą się w sobotę, 4 czerwca. Nie będzie różańca, a msza za duszę zmarłego odbędzie się w kościele przy ulicy Niepodległości w Szczytnie. Początek godz. 11. Potem urna z prochami zmarłego spocznie na cmentarzu komunalnym w Szczytnie.

 

 

Przypominamy rozmowę z panem Ludwikiem, którą dziennikarka „Tygodnika Szczytno” przeprowadziła przeprowadziła niemal 10 lat temu:

 

Niedługo, bo 17 grudnia Ludwik Narewski będzie świętował 80. urodziny. Wielu ludzi chciałoby dożyć tego wieku, zachować zdrowie, temperament i chęć działania takie, jakie Ludwikowi wciąż towarzyszą. Tym, którzy choć trochę interesują się sprawami myślistwa jego postać z tą właśnie dziedziną się kojarzy. Jednak 80 lat życia to przecież wiele innych zdarzeń i działań. O nich właśnie rozmawiam z Ludwikiem Narewskim, choć – oczywiście – bez wspomnień z lasu takiej rozmowy przeprowadzić się nie da.

 

Pochodzisz z Mazur?

 

Nie. Do Szczytna trafiłem dopiero w 1960 roku. Urodziłem się we wsi Szucie koło Rypina czyli właściwie jestem Pomorzaninem. Rodzice mieli niewielkie gospodarstwo. Ojciec, uczestnik wojny z bolszewikami w 1920 roku, nie bardzo chciał się poddać prowadzonej w latach 50. kolektywizacji wsi, więc oddał swoich kilka hektarów w dzierżawę, a rodzina rozjechała się po świecie. Było nas siedmioro, więc miał się kto po tym świecie rozprzestrzenić. Ale to właśnie z domu rodzinnego wyniosłem podstawy myślistwa, bo ojciec się tym zajmował. Już jako 12-latek towarzyszyłem ojcu w wyprawach do lasu. Później wpływ na moje życie miał – co może brzmieć dziwnie – pewien prawdziwy, przedwojenny komunista.


Reklama

 

To faktycznie dziwne...

 

Jemu, podobnie jak mojemu ojcu, nie podobały się działania ówczesnego ustroju, a trzeba pamiętać, że był to rok 1950 – czas intensywnej kolektywizacji. Mnie i pasierbicę tego komunisty, nie przyjęli do szkoły średniej – to była swoista kara za to, że nasi ojcowie byli oporni. Tenże komunista załatwił rzecz inaczej. Swoją pasierbicę umieścił w szkole w Kętrzynie, a mnie w Technikum Rolniczym w Karolewie. Po maturze już nie ciągnął się za mną ten rodzinny, ideologiczny „swąd”, dostałem się na studia na ART w Kortowie i zostałem zootechnikiem. Tuż po studiach zostałem kierownikiem fermy lisów w Janowie i tak właśnie trafiłem do Szczytna. I tu, zarówno ze względu na miejsce zamieszkania, jak i pracę, no i oczywiście całe otoczenie miałem doskonałe warunki, by powrócić do rozbudzonej w dzieciństwie pasji łowieckiej. Zresztą zrobiłem to niemal natychmiast po przyjeździe do Szczytna. Fermą zacząłem kierować w 1960 roku, a w 1961 – zostałem członkiem Polskiego Związku Łowieckiego.

 

Pół wieku temu zostawało się myśliwym tak samo, jak teraz?

 

Tak samo: trzeba było odbyć staż i zdać egzamin. Podczas stażu trzeba było mieć też wychowawców – mentorów, którzy uczyli tej profesji. Moimi łowieckimi wychowawcami byli dwaj wspaniali ludzie: niestety nieżyjący już Adam Łempicki, uczestnik bitwy pod Monte Casino oraz Jan Kapuściak, cieszący się jeszcze dobrym zdrowiem myśliwy, dwa lata wyróżniony „Złomem”. Obaj byli członkami koła „Sokół”, którego ja przez następne 35 lat byłem członkiem.

 

Najwcześniejsze wspomnienie z lasu...

 

Chyba pierwsze polowanie, na które pojechałem rowerem, w strugach deszczu, dokładnie 1 listopada 1961 roku i wtedy pozyskałem też pierwszego w życiu zająca. W okolicach Trelkowa to było. Schowałem się za kamieniami i trafiłem tego zająca. Wtedy Adam Łempicki zwrócił mi uwagę, że zające są niewielkie, bać się ich nie trzeba i nie należy się chować za kamieniami. Taka dostałem jedną z pierwszych lekcji dotyczących etyki łowieckiej: ze zwierzyną należy stawać oko w oko, nie strzelać z ukrycia i nie wolno strzelać do zajęcy z pozycji siedzącej.

Reklama

 

Wróćmy na chwilę do działalności zawodowej, choć pewnie znów w odpowiedzi i tak dotrzesz do łowiectwa...

 

Po 6 latach pracy w fermie, zostałem kierownikiem Zakładów Mięsnych w Szczytnie... Tak, tak – były takie w Szczytnie... W 1969 roku zostałem powołany na stanowisko wiceprzewodniczącego Powiatowej Rady Narodowej czyli byłem wtedy hm... takim męskim odpowiednikiem dzisiejszej Sylwii Jaskólskiej – wicestarosty. Pełniłem tę funkcję do 1975 roku czyli do momentu likwidacji powiatów. Później wróciłem na fermę do Janowa, z tym że była ona częścią dużego Kombinatu Zwierząt Futerkowych we Wiartlu, podlegającego pod tamtejszy PGR. Nie to, żebym się chwalił, ale w tym czasie ferma w Janowie zaliczana była do najlepszych w Polsce, a normy, jakie my wypracowywaliśmy, stawały się obowiązujące w kraju. Jakoś tak mi się udawało, ale i warto było, bo np. byłem delegowany na tygodniowe targi futrzarskie w Londynie. Nie trzeba wspominać, że w tamtych czasach możliwość takiego wyjazdu była bardzo dużym wyróżnieniem...



Komentarze do artykułu

Michał

Wspaniały człowiek, nieodżałowana strata dla naszego miasta. Wyrazy współczucia dla rodziny.

Napisz

Reklama


Komentarze

Reklama