Piątek, 19 Lipiec
Imieniny: Alfreny, Rufina, Wincentego -

Reklama


Reklama

Marzena i Andrzej Winniccy – rodzice z pasji i potrzeby


Życie pisze piękne historie. Ta, którą wspólnie tworzą Marzena i Andrzej Winniccy, wciąż trwa. Jest wyjątkowa, bo w całości oparta na dzieleniu się sobą z drugim człowiekiem. Małżeństwo od 11 lat jest rodziną zastępczą. Przez ten czas w ich domu bezpieczną przystań znalazło czternaścioro dzieciaków.


  • Data:

Poznali się przez internet. Nie przypuszczali, że z tej znajomości zrodzi się wielka miłość. Los jednak miał dla nich swój plan. Plan utkany z dobroci. Pani Marzena pochodzi z Dolnego Śląska. Tam się urodziła i wychowała. Pan Andrzej jest rodowitym pasymianinem. Kiedy zdecydowali, że będą razem, planowali zamieszkać w okolicach Wrocławia. W 2008 roku powiedzieli sobie sakramentalne tak.

 

- W tamtym okresie było ciężko ze znalezieniem pracy w moich stronach, dlatego żyliśmy na dwa domy – opowiada pani Marzena. - Co dwa tygodnie na weekend przyjeżdżałam do Pasymia. W piątek późnym wieczorem mąż odbierał mnie z dworca, a w niedzielę po południu na niego odwoził.

Tęsknota podjęła za nich decyzję. - Tak się nie dało żyć. Chcieliśmy być razem, a nie osobno, dlatego pół roku po ślubie zdecydowaliśmy się zamieszkać razem w moim rodzinnym domu – mówi pan Andrzej.

 

Zaczęło się od przyjaźni

Pani Marzena z wykształcenia jest nauczycielem edukacji wczesnoszkolnej. W swoich rodzinnych stronach działała w harcerstwie i pracowała w świetlicy jako animator.

- Nie wyobrażałam sobie innej pracy. To dawało mi największą satysfakcję. Kiedy w mojej rodzinnej wsi likwidowali szkołę postanowiliśmy powalczyć o świetlicę, w której byłoby miejsce dla dzieciaków z naszej okolicy – wspomina. - Udało się. Założyliśmy stowarzyszenie, a ja zaczęłam tam pracę na etat.

 

Nie ma więc co się dziwić, że kiedy na stałe zamieszkała w okolicy Pasymia pierwsze kroki w poszukiwaniu pracy skierowała do Domu dla dzieci. - Nie było wolnego etatu, ale zaproponowano mi, żeby przychodziła tam jako wolontariusz. Decyzja była oczywista – mówi.

Po kilku miesiącach placówka zaproponowała małżeństwu, aby zostali rodziną zaprzyjaźnioną.

- Oznaczało to, że będziemy mogli zabierać dzieciaki na weekendy – wyjaśnia pan Andrzej. - Oczywiście, zgodziliśmy się. I tak co tydzień inne dzieciaki do nas przyjeżdżały. Chcieliśmy być sprawiedliwi, więc mógł z nami spędzić czas.

 

 

Dwunastka to ich liczba

Wśród dzieci był też jeden chłopiec. I to od niego zaczęła się reszta życia państwa Winnickich. Mateusz bardzo ich polubił i nawiązał z nimi więź. Marzył, by z nimi zamieszkać. - Poproszono nas na rozmowę. Dowiedzieliśmy się wtedy o marzeniu chłopca i o tym, że możemy zostać dla niego rodziną zastępczą – opowiada pani Marzena. - Decyzja przyszła nam bardzo naturalnie. W ciągu kilku dni zaczęliśmy załatwiać formalności związane z zostaniem rodziną dla chłopca.

 

Przeszli kurs, uzyskali wszystkie pozwolenia i 12 grudnia 2012 roku, dwunastoletni Mateusz zamieszkał w ich domu.

- Od tego dnia mówimy, że 12 to nasza szczęśliwa liczba – śmieje się pan Andrzej.

 

Na początku zakładali, że zamieszka u nich tylko jedno dziecko. Życie jednak zdecydowało inaczej i to w dość zaskakujących okolicznościach.

- Którejś nocy ktoś uporczywie do mnie dzwonił. Do tego stopnia, że wyłączyłam telefon. Mieliśmy nadzieję, że będziemy spokojnie spać, ale przed naszą bramą stanął policyjny radiowóz – opowiada pani Marzena. - Policjanci zapytali czy my to my i poinformowali, że musimy z nimi jechać, żeby odebrać dziecko z interwencji. Byliśmy w szoku. I tak naprawdę nie mieliśmy jak pojechać, bo ja wtedy nie miałam prawa jazdy, a mąż miał niebawem iść do pracy, którą zaczyna o 2 w nocy ponieważ jest kierowcą.


Reklama

- Zaproponowali więc, żebym pojechał za nimi, a oni będą mnie eskortować. Przyznam szczerze, że czułem się jak VIP – żartuje pan Andrzej. - Ale tak naprawdę była to dla mnie bardzo trudna sytuacja, bo chłopca zabieraliśmy bezpośrednio od rodziców.

 

 

Rozstania zawsze są trudne

Przez jedenaście lat, odkąd tworzą rodzinę zastępczą w ich domu zamieszkało 14 dzieci. Czwórka znalazła swoich rodziców adopcyjnych. Część dzieci wróciła do biologicznych rodziców, a część się usamodzielniła. Dzisiaj opiekują się Tosią, Czarkiem, Izą i Agatką.

 

- Każde z dzieci, które u nas mieszkało, ma miejsce w naszych sercach na zawsze – mówi pani Marzena, przyznając, że zawsze najtrudniejsze są rozstania. - Chyba nie można się do tego przyzwyczaić. Chociaż wiemy, że z czasem dzieci opuszczą nasz dom, to i tak jest to dla nas strata, którą bardzo przeżywamy – wyjaśnia.

 

- Dzieci są u nas kilka miesięcy, rok a czasami dłużej, i nie sposób jest ich nie pokochać – dodaje pan Andrzej.

Dla rodziców zastępczych każde rozstanie to wyrwa w sercu. Bo z dzieciakami, które trafiają pod ich dach, łączą ich szczególne relacje. - W większości przypadków nasz dom jest dla nich pierwszym bezpiecznym miejscem, gdzie jest ciepło, gdzie jest co jeść i nie trzeba się niczego bać – opowiada pani Marzena. - Wspólnie musimy przezwyciężyć wiele trudności.

 

Bo oprócz bagaży złych doświadczeń związanych z rodzicami biologicznymi dzieci niosą ze sobą także problemy związane z chorobami czy różnymi zaburzeniami, z którymi wcześniej nikt nic nie robił.

 

- Walczymy o sprawność, o jak najlepsze funkcjonowanie w życiu. Jednym dzieciakom jest łatwiej, inne mają zdecydowanie trudniej. Ale robimy wszystko, by radziły sobie jak najlepiej i z każdego jesteśmy dumni – dodaje pani Marzena.

 

 

Normalna rodzina

Chociaż są rodziną utkaną z koralików to żyją normalnie. Każdego roku ruszają wspólnie na wyprawy. Tak, by pokazać dzieciom jak najwięcej. - Trzy razy w roku wyjeżdżamy: w wakacje, ferie i raz wiosną lub jesienią. Każdego roku jeździmy w moje rodzinne strony. To są fantastyczne wyprawy, podczas których odkrywamy w sobie nowe rzeczy – opowiada pani Marzena. - Jesteśmy po prostu zwyczajną rodziną.

 

Mają swoje rytuały. Każdy też za coś odpowiada. Domowe obowiązki przydzielane są każdemu bez wyjątku. Do tego wszyscy dbają o Bunię, suczkę, która została przez nich przygarnięta ze schroniska. Na budynku gospodarczym obok domu znajduje się gniazdo bocianów, które przynoszą rodzinie szczęście.

 

- Uczymy dzieci odpowiedzialności za inne stworzenia i szacunku do nich. Tłumaczymy, że o każde stworzenie trzeba dbać, nie wolno go krzywdzić – wyjaśnia pan Andrzej. - Chodzi nam o to, by rozbudzić w dzieciach empatię. Każdego roku wspólnie odganiamy sroki, by nie wyjadły jaj z gniazd jaskółek, które znajdują się na naszym podwórku. Kiedy małe się wylęgną mamy co obserwować.

 

 

Wspierają ich bliscy

Małżeństwo zgodnie przyznaje, że ma ogromne wsparcie w najbliższych. Ich decyzja o zostaniu rodziną zastępczą została przez wszystkich przyjęta ze zrozumieniem.

Reklama

 

- Tworzymy rodzinę wielopokoleniową. Wspólnie z nami mieszkają rodzice Andrzeja. Babcia i dziadek są nieocenionym wsparciem w wychowaniu dzieci. Zawsze możemy liczyć na ich pomoc. Dzieci uczą się od nich wielu rzeczy. Babcia fantastycznie szyje i nasze maluchy zawsze biegną do babci, żeby coś im przeszyła, uszyła czy nareperowała, dziadek trochę rozpieszcza towarzystwo, chociaż jak łobuzują to też potrafi je ochrzanić – opowiada pani Marzena. - Ostatnio Tosia chodziła za dziadkiem, który śpiewał jej piosenki ze swojej młodości i próbowała go naśladować. To są piękne chwile, które zostaną też w pamięci dzieci.

 

Podobnie jest z rodziną pani Marzeny. Kiedy jadą do jej rodzinnego domu, to na dzieciaki czekają dziadkowie, ciocie, wujkowie i przybrani kuzyni. - Nigdy nie odczuliśmy, że nasza decyzja o zostaniu rodziną zastępczą nie jest akceptowana – dodaje pan Andrzej.

 

Chociaż motorem do podjęcia decyzji o zostaniu rodziną zastępczą była pani Marzena, to przyszły tata nie protestował. - Myślę, że poprzez bycie rodziną zaprzyjaźnioną z domem dla dzieci przygotowywaliśmy się podświadomie na ten krok – wyjaśnia zastępczy tata. - Wszystkie decyzje podejmujemy wspólnie.

Ta zasada przyświeca im również w wychowaniu dzieciaków. Zawsze mówią jednym głosem i wspierają się.

- Jak mamy coś do przedyskutowania, to spacerujemy wzdłuż podwórka. Potrafimy tak chodzić ponad godzinę, od bramy wjazdowej do płotu. Do chwili, gdy podejmiemy decyzję lub ustalimy plan działania – mówi pani Marzena.

 

 

Nie myślą o tym, aby przestać

To, że bycie rodzicem zastępczym ma sens, widzą w gestach dzieci. Ich chęci pomocy w codziennych sprawach, w spontanicznych uściskach i gestach.

- Pamiętam, gdy po raz pierwszy dostałam laurkę i różę w doniczce na dzień matki od Mateusza. To było najpiękniejsze wyznanie miłości. Taki sam prezent dostała też babcia. Jedna z tych róż do dziś rośnie w naszym ogrodzie – opowiada pani Marzena.

 

Małżonkowie wiedzą, że bez siebie nawzajem nie udałoby im się stworzyć takiego domu. Kochają się bardzo i cenią w sobie różne cechy. - Mój mąż ma w sobie niezwykły spokój, doskonałe poczucie humoru i do tego jest dobrym człowiekiem – mówi pani Marzena.

- Moja żona jest niezwykle kreatywna i pomysłowa, często jest moim natchnieniem – dodaje pan Andrzej.

Zgodnie przyznają, że nie myślą o tym kiedy przestaną tworzyć rodzinę zastępczą. Czasami zdarza im się myśleć raczej o tym, czy mogliby przyjąć jeszcze jedno dziecko. Czemu to robią, najlepiej podsumowuje jedno zdanie, które pan Andrzej wypowiada podczas naszego spotkania.

 

- Czasami, jak tak człowiek zaczyna nad tym wszystkim myśleć, to zdaje sobie sprawę z tego, że część z naszych dzieci nie ma nikogo oprócz nas. Po prostu na świecie zostały same.

 

Justyna Mahler-Piątkowska



Komentarze do artykułu

Napisz

Galeria zdjęć

Reklama

Reklama

Reklama


Komentarze

Reklama