Aneta Lenard, właścicielka Przedszkola Niepublicznego Kinderland w Szczytnie wygrała przed sądem spór z miastem. Dotyczył on wysokości przyznanych dotacji na prowadzenie przedszkola. Miasto musi wypłacić jej 78 tysięcy odszkodowania. Jak do tego doszło? Pytamy Anetę Lenard, która Kinderland prowadzi od 8 lat.
W jaki sposób dowiedziała się pani, że wyliczenia dokonane przez miasto dotyczące dotacji są nieprawidłowe?
Kwoty, które otrzymywałam z urzędu były tak zaniżone, że zaczęłam interesować się, co jest tego powodem, ponieważ miałam dość dobre rozeznanie w przypadku innych miast i gmin. Na początku swojej działalności związanej z prowadzeniem przedszkola dość ciężko było rozkręcić biznes związany z prowadzeniem placówki. Jest to oczywiste, że na początku prowadzenia działalności zawsze trzeba zainwestować własne pieniądze, ale kwoty otrzymywane z urzędu były zaniżone i to dość sporo, tym bardziej, że miałam rozeznanie w przeznaczaniu wysokości dotacji na każde dziecko.
Tak się złożyło, że znałam osobę, która posiada dość dużą wiedzę jeśli chodzi o subwencję i poprosiłam go w tym zakresie o pomoc. Po jakimś czasie otrzymałam informację, że kwoty, które mi wypłaca miasto są dość dużo zaniżone.
W którym roku postanowiła pani wyjaśnić sprawę związaną z niewłaściwym naliczeniem i wypłatą należnej części dotacji?
W 2014 roku stwierdziłam, że osobę, która mi sprawdziła wysokość przyznawanych przez miasto dotacji zrobię pełnomocnikiem w zakresie odzyskania należnych mi pieniędzy.
Pan, który otrzymał moje pełnomocnictwo i mnie reprezentował, zjawił się w urzędzie miasta w celu przedstawienia wyliczeń, a raczej ich nieprawidłowości i przedstawienia dokumentacji skarbnik miasta, która została poinformowana o błędach w naliczeniach.
Oczywiście, podstawą do przedstawienia formalnej dokumentacji i jej wcześniejszego przygotowania, jest urzędowy wzór i algorytm, na podstawie którego wylicza się kwotę dotacji na każde dziecko w przedszkolu, która samorząd jest zobowiązany do jej przekazania.
Po przedstawieniu naszych argumentów Pani skarbnik miasta była świadoma, że wcześniejsze naliczenia są nieprawidłowe, ale jak stwierdziła „od wielu lat tak liczy i będzie liczyć nadal”.
Jakie są podstawy naliczenia dotacji na dziecko w przedszkolu?
Pod kątem naliczenia dotacji przygotowałam się bardzo dobrze. Niewątpliwie pomogły mi tym liczne szkolenia, na których niestety, ale nie zauważyłam przedstawicieli z urzędu miasta.
Kwota dotacji jest naliczana przez miasto. Podstawą do wyliczenia jest 75% wydatków wszystkich przedszkoli publicznych w Szczytnie i taką kwotę, czyli nie 100%, ale 75% my jako niepubliczne otrzymujemy.
Na czym więc polegały błędy w wyliczeniach dokonanych przez miasto?
Otóż zasadniczym niedopełnieniem w tej kwestii był brak właściwych naliczeń dotacji na dzieci w okresie wakacyjnym. W 2014 roku wysłałam mojego pełnomocnika do urzędu miasta, aby pokazał swoje wyliczenia i przedstawił w urzędzie, że dotacja jest źle wyliczona. Chodziło o tzw. naliczenie średniej wakacyjnej. W tym przypadku naliczenia z czterech miejskich placówek były dość rozbieżne, natomiast nikt w urzędzie nie zwrócił uwagi na to, że w dwóch z nich były one nie do końca dobrze wykonane. Dodatkowo, do wyliczeń nie są brane wpłaty przekazywane na konto przedszkola przez rodziców, a powinny.
Pani Burmistrz powiedziała radnym na jednej z sesji, że dwukrotnie pytała się mnie jak ja wyliczam, a ja jej nie odpowiedziałam, w zamian za to wysłałam pozew do sądu. Nie jest moją rolą, przedstawianie urzędnikom sposobu naliczania dotacji, bo to leży w zakresie ich obowiązków oraz posiada podstawę prawną. Mało tego, w dniu kiedy rada miejska była informowana, że sąd rozstrzygnie kto ma rację w tym sporze, to pismo podpisane już przez panią burmistrz, w którym przyznaje się do złego naliczania dotacji i uznania błędu w kwocie 38 tysięcy złotych leżało już w sądzie. Było ono złożone przed rozprawą.
Nie pomogło wezwanie więc postanowiła pani skierować sprawę na drogę sądową?
Wezwanie do zapłaty zaległych należności, a następnie pozew do Sądu Okręgowego w Olsztynie złożyłam w grudniu 2017 roku. Dlaczego tak późno? Otóż zmieniła się ustawa i był to ostateczny termin, w którym mogłam rościć prawo do zwrotu niewypłaconych pieniędzy, czyli maksymalnie do dziesięciu lat wstecz. Gdybym tego nie zrobiła z końcem 2017 roku, pieniądze po prostu by przepadły.
Jak była reakcja władz?
W grudniu burmistrz miasta otrzymała moje pismo, po czym odpowiedziała, że w ciągu miesiąca otrzymam odpowiedź. Nie wiem, czy było to zamierzone działanie, ale miesiąc to za długo, a w styczniu 2018 roku zgodnie z tym co wcześniej powiedziałam – nie otrzymałabym zaległych pieniędzy. W styczniu otrzymałam odpowiedź z Urzędu Miasta, w której proszą o więcej informacji i konkretnych danych przyjętych przeze mnie do wyliczeń.
Pozew, który złożyłam w sądzie nie powinno być zaskoczeniem dla władz miasta, ponieważ wcześniej wielokrotnie interweniowałam w tej sprawie. Suma, którą miasto musi mi zwrócić to ponad 78 tysięcy złotych. Chciałabym tu jasno zaznaczyć, że niewypłacona części dotacji, to nie są pieniądze, które włożyłabym sobie w kieszeń, ale przeznaczyła je na zajęcia dla dzieci w przedszkolu, oraz wypłaty dla pracowników i rozwój placówki.
Jaki był wyrok sądu?
10 kwietnia 2018 roku odbyła się w Olsztynie rozprawa sądowa. Wnioskowałam o odszkodowanie w wysokości 78 tysięcy złotych plus odsetki około 15 tysięcy złotych.
Ze strony miasta otrzymałam propozycję, że są skłonni mi zapłacić 58 tysięcy złotych, na co oczywiście nie przystałam. Zaproponowałam miastu ugodę, że odstąpię od wypłaty naliczonych odsetek, czyli 15 tys., ale pod warunkiem, że otrzymam 78 tys. odszkodowania. Burmistrz Górska przystała na moją propozycję i w ten sposób została sprawa zamknięta.
Wbrew temu, co inni twierdzą, kwota którą miasto na podstawie prawomocnego wyroku sądu będzie musiało mi wypłacić, to nie zwrot części należnej dotacji, ale odszkodowanie, czyli doszło do niewłaściwego naliczenia, a co za tym idzie – szkody finansowej. Sędzia podkreślał , iż jest to „odszkodowanie za niewypłaconą dotację”, ponieważ miasto nie może mi wypłacić wstecznych dotacji, które zostały już właściwie rozliczone i zamknięte.
W naszym mieście istnieją 4 niepubliczne przedszkola. W przedszkolu pani Anety przebywa obecnie około 40 dzieci, ale są i takie, w których liczba ta przekracza grubo ponad setkę. Czy w przypadku pozostałych placówek naliczenia dotacji były również nieprawidłowe, a jeśli tak? Czy ruszy lawina zwrotu o część niewypłaconych dotacji? Czas pokaże.
A kto ten Wilczek, że aż taki artykuł o niej m piszą?
Rafał
2026-06-17 16:58:24
Ten człowiek ma zdolności do likwidacji i zamykania
Bodzio
2026-06-17 09:21:02
Te Spaliny sławne ze złej strony . Wczesniej pedofila złapali , teraz 3, 8 promyka. Szofer
konrado
2026-06-16 22:12:28
Uuuu to w restauracji grota pewnie szambo wybija że zmywarki
Mieszkaniec
2026-06-16 21:22:40
Dzień dobry Państwu. No wreszcie ktoś odważył się powiedzieć to głośno! Pani Radna Malwina Prusińska słusznie „męczy” odpowiednie osoby o temat Dworca PKS, bo — nie oszukujmy się — ten plac wygląda tak, jakby czas zatrzymał się tam w 1981 roku i od tamtej pory nikt nie miał odwagi tam zajrzeć. Wstyd to mało powiedziane. Nie wiem, czy Pan Michał Trusewicz faktycznie był na tym dworcu osobiście, czy tylko widział go na zdjęciu z satelity, ale skoro już rozmawiamy o transporcie, to mam kilka pytań, które aż proszą się o odpowiedź. Może jakaś kompetentna osoba z ratusza pochyli się nad tym postem — choćby na tyle, żeby nie dostać skurczu pleców. Do rzeczy: 1) Kto wydał pozwolenie dla przewoźników EGER, IKEA i całej reszty floty kosmicznej na parkowanie na parkingu przy Andresa/Lipperta? Bo wygląda to jak prywatny terminal lotniczy, tylko bez samolotów. 2) Czy właściciele tych pojazdów płacą za parkowanie? Pytam, bo parking wygląda jak powierzchnia Marsa po gradobiciu — kratery, jeziora po deszczu i dekoracje w postaci pustych butelek. NASA mogłaby tam kręcić dokument o terraformacji. 3) Dlaczego te autobusy jeżdżą przez Lipperta? Mieszkańcy mają tam survival na co dzień, a przejście przez ulicę to jak gra w „Froggera” na poziomie hard. 4) Co z autami lokalnego zbieracza skarbów? Pan został przegoniony spod Starostwa, więc przeniósł się na parking i dalej parkuje swoje rydwany pełne… powiedzmy: „kolekcji”. Czy naprawdę nie ma sposobu, żeby zakończyć tę epopeję? 5) Czy Straż Miejska lub Policja może tu zareagować? W końcu to centrum miasta, a nie strefa wolnego handlu i dowolnego parkowania. 6) I na koniec — hit sezonu. Pseudo‑przystanek na Pasymskiej, vis‑à‑vis Biedronki, na drodze krajowej 53. Autobusy zatrzymują się na jezdni, zatoki brak, linie ciągłe jak mur chiński — wyminąć się nie da, więc rano korek jak w Warszawie, tylko bez metra. Zgodnie z przepisami decyzję o lokalizacji przystanku wydaje zarządca drogi, czyli GDDKiA (albo miasto, jeśli ma zgodę). No i pytanie: kto uznał, że to dobre miejsce? Bo wygląda to jak żart, tylko nikt się nie śmieje.
MilczącyMyśliciel
2026-06-16 14:58:26
Brawo, Kaiser Wilhelm II lubi to!
Klasyk
2026-06-16 14:27:07
Na kolejowej mapie Warmii i Mazur właśnie dzieje się coś, czego mieszkańcy Wielbarka nie widzieli od ponad trzech dekad. Po 34 latach pociągi Intercity znów zatrzymają się w ich miejscowości. - Gwoli sprostowania - spółka PKP IC powstała w 2001 r, więc Wielbark nie mógł czekać na jej pociągi 34 lata
wolf
2026-06-16 11:08:10
gratuluję szczycieńskiej policji brawurowej akcji, teraz czuję się bezpieczniej
20 porcji dilerskich
2026-06-16 10:11:23
Podoba mi się zaproszę żonę na wycieczkę .
Franek66
2026-06-15 07:49:34
Tak to jest, jak brzegi zabudowane. Jezioro ok, ale bylam raz i nigdy więcej.
Gabi
2026-06-14 19:30:23