Kontynuujemy nasz cykl prezentacji ratowników medycznych pogotowia ratunkowego w Szczytnie. Dziś przedstawiamy sylwetkę Janusza Wiśniewskiego. To mieszkaniec Rozóg, który z ratownictwem medycznym związany jest od 19 lat, a od 30 - z jednostką OSP Rozogi.
Jak to się stało, że zdecydował się pan na zawód ratownika medycznego?
Było w tym trochę przypadku. Zanim na poważnie zainteresowałem się ratownictwem, próbowałem swoich sił w innych zawodach. Byłem między innymi kierowcą tira w transporcie międzynarodowym, zajmowałem się też uprawą pieczarek. Był to czas, gdy szukałem swojego miejsca. Ale też czas, gdy zawód ratownika medycznego dynamicznie się rozwijał. Zaciekawił mnie. Na poważnie zacząłem się nim interesować.
I?
Od 1991 roku związany byłem z Ochotniczą Strażą Pożarną w Rozogach, byłem tam kierowcą oraz konserwatorem. Wyjeżdżając do zdarzeń spotykałem ratowników, widziałem ich pracę. Rozmawiałem z nimi. Kropla drążyła przysłowiową skałę (śmiech). Kraj się powoli normował, ale 19 lat temu wciąż było trudno było o stałą, pewną pracę. Mając 35 lat podjąłem decyzję, że zostanę ratownikiem medycznym. Była to szansa na zawodową i życiową stabilizację.
Ale nie jest to łatwy zawód.
Zdecydowanie nie. Łączy się z mnóstwem stresu. Co prawda, jako strażak, miałem już do czynienia z wypadkami, śmiercią, tragediami, ale dopiero ratownictwo medyczne pokazało, jaki to jest ogrom zdarzeń i jak mocno to oddziałuje na psychikę.
Czyli kiedy został pan dokładnie ratownikiem medyczny?
W 2002 roku zacząłem w Spychowie, jako kierowca karetki. W 2004 roku ukończyłem szkołę ratowników medycznych i przeniosłem się do pracy w Szczytnie, ale dyżury miałem nadal też w Spychowie.
Czym ta praca różni się od pana poprzednich zajęć zawodowych?
Oj, tego nie da się porównać. To jest zupełnie inna specyfika, inna odpowiedzialność. Tu pracuje się wyłącznie z ludźmi i odpowiada się za to, co najcenniejsze, za ich życie i zdrowie. Z jednej strony ta praca bardzo wciąga, staje się pasją, ale z drugiej podsuwa człowiekowi wiele pytań o sens.
O sens?
Widząc tyle ludzkich tragedii zawsze pojawia się mnóstwo pytań: dlaczego, kto, co o tym decyduje, że takie rzeczy przytrafiają się ludziom...
Znalazł pan odpowiedź?
Nie. Ale widząc to, co my, chyba łatwiej jest cieszyć się życiem, chwilą, bo wiemy, jak bardzo to życie może być ulotne. Wiemy, że najważniejszy jest drugi człowiek, rodzina, a nie dobra doczesne.
Pamięta pan swój pierwszy wyjazd?
Nie bardzo, ale jeden z pierwszych to wyjazd do porodu w domu, czy wypadków komunikacyjnych. Te drugie nie robiły na mnie większego wrażenia, bo w takich akcjach brałem udział już jako strażak.
Czym różni się bycie ratownikiem medycznym od ratownika strażackiego?
Różnic jest sporo, ale główne to uprawniania. Z mojej perspektyw najważniejsze jest jednak to, że coraz lepiej się uzupełniamy, współpracujemy. Wśród strażaków jest coraz więcej ratowników medycznych i po specjalistycznych szkoleniach z zakresu udzielania pierwszej pomocy przedmedycznej, więc doskonale wiedzą, na czym polega nasza praca. Często nas wspierają. Dzięki temu skuteczniej możemy nieść innym pomoc.
Jest jakiś wyjazd, który najbardziej utkwił panu w głowie?
Sam wyjazd to nie, ale jeden nocny dyżur tak. Kilka lat temu w okolicach Klonu, Wilamowa doszło do wypadku fiata 126 p. Jedna osoba tam zginęła, cztery inne były poważnie ranne. Było dużo krwi, dużo bólu i cierpienia. Pracowały tam chyba ze cztery karetki. Gdy odstawiliśmy swojego pacjenta do szpitala miałem nadzieję na odpoczynek, a tymczasem dostaliśmy kolejne wezwanie i pojechaliśmy do zderzenia motocyklisty z samochodem osobowym. Kolejna śmierć i kolejna krew. Pamiętam to, bo było tego za dużo jak na jedną noc. Trudno było to poukładać w głowie.
To duży ciężar...
Niestety tak, bo nie można od tego uciec. Pomaga rozmowa z kolegami, z rodziną, ale każdy radzi sobie z tym na swój sposób. Wiemy, że mamy taką pracę, ale czasami trzeba to z siebie jakoś zrzucić. Dla mnie taką ucieczką jest praca na działce i jazda na rowerze. Uwielbiam też ten czas spędzać ze swoją rodziną, żoną Krystyną i dziećmi Bartłomiejem i Agatą. Myślę, że gdy ktoś na co dzień styka się z takim tragediami, bardziej docenia takie, wydawałaby się, zwykłe rzeczy...
A kto ten Wilczek, że aż taki artykuł o niej m piszą?
Rafał
2026-06-17 16:58:24
Ten człowiek ma zdolności do likwidacji i zamykania
Bodzio
2026-06-17 09:21:02
Te Spaliny sławne ze złej strony . Wczesniej pedofila złapali , teraz 3, 8 promyka. Szofer
konrado
2026-06-16 22:12:28
Uuuu to w restauracji grota pewnie szambo wybija że zmywarki
Mieszkaniec
2026-06-16 21:22:40
Dzień dobry Państwu. No wreszcie ktoś odważył się powiedzieć to głośno! Pani Radna Malwina Prusińska słusznie „męczy” odpowiednie osoby o temat Dworca PKS, bo — nie oszukujmy się — ten plac wygląda tak, jakby czas zatrzymał się tam w 1981 roku i od tamtej pory nikt nie miał odwagi tam zajrzeć. Wstyd to mało powiedziane. Nie wiem, czy Pan Michał Trusewicz faktycznie był na tym dworcu osobiście, czy tylko widział go na zdjęciu z satelity, ale skoro już rozmawiamy o transporcie, to mam kilka pytań, które aż proszą się o odpowiedź. Może jakaś kompetentna osoba z ratusza pochyli się nad tym postem — choćby na tyle, żeby nie dostać skurczu pleców. Do rzeczy: 1) Kto wydał pozwolenie dla przewoźników EGER, IKEA i całej reszty floty kosmicznej na parkowanie na parkingu przy Andresa/Lipperta? Bo wygląda to jak prywatny terminal lotniczy, tylko bez samolotów. 2) Czy właściciele tych pojazdów płacą za parkowanie? Pytam, bo parking wygląda jak powierzchnia Marsa po gradobiciu — kratery, jeziora po deszczu i dekoracje w postaci pustych butelek. NASA mogłaby tam kręcić dokument o terraformacji. 3) Dlaczego te autobusy jeżdżą przez Lipperta? Mieszkańcy mają tam survival na co dzień, a przejście przez ulicę to jak gra w „Froggera” na poziomie hard. 4) Co z autami lokalnego zbieracza skarbów? Pan został przegoniony spod Starostwa, więc przeniósł się na parking i dalej parkuje swoje rydwany pełne… powiedzmy: „kolekcji”. Czy naprawdę nie ma sposobu, żeby zakończyć tę epopeję? 5) Czy Straż Miejska lub Policja może tu zareagować? W końcu to centrum miasta, a nie strefa wolnego handlu i dowolnego parkowania. 6) I na koniec — hit sezonu. Pseudo‑przystanek na Pasymskiej, vis‑à‑vis Biedronki, na drodze krajowej 53. Autobusy zatrzymują się na jezdni, zatoki brak, linie ciągłe jak mur chiński — wyminąć się nie da, więc rano korek jak w Warszawie, tylko bez metra. Zgodnie z przepisami decyzję o lokalizacji przystanku wydaje zarządca drogi, czyli GDDKiA (albo miasto, jeśli ma zgodę). No i pytanie: kto uznał, że to dobre miejsce? Bo wygląda to jak żart, tylko nikt się nie śmieje.
MilczącyMyśliciel
2026-06-16 14:58:26
Brawo, Kaiser Wilhelm II lubi to!
Klasyk
2026-06-16 14:27:07
Na kolejowej mapie Warmii i Mazur właśnie dzieje się coś, czego mieszkańcy Wielbarka nie widzieli od ponad trzech dekad. Po 34 latach pociągi Intercity znów zatrzymają się w ich miejscowości. - Gwoli sprostowania - spółka PKP IC powstała w 2001 r, więc Wielbark nie mógł czekać na jej pociągi 34 lata
wolf
2026-06-16 11:08:10
gratuluję szczycieńskiej policji brawurowej akcji, teraz czuję się bezpieczniej
20 porcji dilerskich
2026-06-16 10:11:23
Podoba mi się zaproszę żonę na wycieczkę .
Franek66
2026-06-15 07:49:34
Tak to jest, jak brzegi zabudowane. Jezioro ok, ale bylam raz i nigdy więcej.
Gabi
2026-06-14 19:30:23