Dokładna data jej utworzenia nie jest może aż tak istotna, ale najstarszy dokument nosi datę 1 lutego 1947 roku i ten dzień uznaje się za początek istnienia placówki. Jakoś ten jubileusz przeszedł bez echa...
Świętowaliśmy w gronie pracowniczym i czytelniczym. Na tym nie koniec. Planujemy wystawę fotografii, najchętniej tych najstarszych, powiązanych z biblioteką, jej wyglądem i działalnością. W naszych zasobach mamy trochę takich zdjęć, ale przydałoby się więcej. Tu więc moja ogromna prośba do czytelników i mieszkańców. Jeśli ktoś z Państwa ma w swoich domowych archiwach takie zdjęcia i byłby skłonny wypożyczyć – bardzo serdecznie zapraszam.
Z treści wspomnianego historycznego dokumentu wynika, że biblioteka była jednak powołana wcześniej. Tu już mamy do czynienia z kontrolą stanu księgozbioru.
Zapewne tak i – być może – ambitni szperacze w historii doszukaliby się konkretniejszych danych. Nam, do świętowania kolejnych rocznic, ta umownie przyjęta data wystarcza. Na pewno jednak warto wspomnieć, że w tym historycznym dokumencie kontroli wskazano, iż w ówczesnym zasobie książek brakowało siedmiu tomów, a w dniu kontroli 68 książek było wypożyczonych czytelnikom. I warte jest też podkreślenia, że w tym czasie biblioteka miała status powiatowej.
Jak na rok 1947 – wypożyczonych 68 książek, to było dużo czy mało?
Trudno mi powiedzieć, nie mam punktu odniesienia. Trzeba by to chyba porównać z liczbą mieszkańców powiatu w tym czasie. Na pewno wiele się zmieniło, również w powiązaniu z liczbą mieszkańców. Teraz dziennie wypożyczamy średnio około 300 książek. Dokładnie – w ubiegłym roku – zanotowaliśmy 77.678 wypożyczeń.
Ta liczba maleje czy rośnie w perspektywie ostatnich lat?
Niestety, liczba ta maleje. Nieznacznie, ale jednak. Zdarza się, że w jednym roku wygląda to troszkę lepiej, ale analizując dłuższy przedział czasowy można stwierdzić, że jest tendencja spadkowa.
Czyli coraz głośniejsze i powszechniejsze ubolewanie, że naród nie czyta, jest uzasadnione.
Osobiście, mimo wskazanej tendencji, nie jestem co do tego przekonana. Czytanie nigdy nie było bardzo powszechne. Nigdy nie było tak, że z nosem w książkach siedzieli wszyscy. Była dziesiąt lat temu i jest dziś jakaś część narodu, która po prostu nie czytała i nie czyta. Statystyka w tym przypadku nie musi oddawać w pełni rzeczywistego obrazu. Nie obejmuje tych książek, które zostały przeczytane za pomocą współczesnych nośników, w formie e-booków czy audiobooków, nie notuje „wypożyczeń” intenetowych np. za pośrednictwem platformy IBUK. Inaczej mówiąc osobiście uważam, że ten, kto czytać lubi, czyta.
Może jednak temu przeczyć zmniejszająca się liczba klientów biblioteki.
Owszem, też maleje i też bardzo nieznacznie. Ale i tego nie składałabym na karb braku zainteresowania książką, a tylko szerszą do niej dostępnością, w formach innych niż tradycyjna, papierowa.
Jak się kształtuje wiek czytelników?
Jest różnorodny. Największa grupa to ci, którzy się uczą, czyli dzieci od pierwszej klasy podstawówki po studentów. Tych oficjalnie jest zarejestrowanych 1527. Mniej czytaniem zajmują się osoby pracujące – 919. W trzeciej grupie „statystycznej” mieszczą się osoby „pozaprodukcyjne” czyli głównie emeryci oraz dzici do lat 5. W tej kategorii nasze rejestry „wypełnia” 883 czytelników. Jedyne, z czym się w pełni zgadzam z powszechnych opinii, to za małe zainteresowanie książką ze strony młodzieży. Owszem, w gronie zarejestrowanych czytelników osób uczących się jest najwięcej, ale nie są „nałogowymi” czytelnikami. Oczywiście, nie można generalizować, bo i wśród młodych są pasjonaci drukowanego słowa, ale mogłoby być ich więcej.
A gusta czytelnicze? Czy i jak się zmieniają?
Utrzymuje się od co najmniej 30 lat upodobanie do literatury sensacyjnej, która – co prawda – zwykle zawiera wątek kryminalny, ale to już jest jednak trochę „wyższa” półka w porównaniu z typowymi dla kryminalnego garunku utworami Agaty Christie czy Raymonda Chandlera. Co ważne, po „ataku” wziętych obcych autorów, typu Ludlum czy Follet, mamy już wcale niemało naszych własnych, polskich autorów naprawdę dobrych pozycji sensacyjnych. Czytelnicy bardzo sobie chwalą i chętnie czytają Zygmunta Miłoszewskiego, Katarzynę Bondę czy też Remigiusza Mroza.
Upodobanie do literatury sensacyjnej mają chyba bardziej panowie?
Niekoniecznie. Znam panie, które pochłaniają właśnie sensację, a nie tkną tak zwanej literatury kobiecej, czyli książek o tematyce społeczno-obyczajowej, czy też zwykłych romansów. Co nie znaczy, że w tym gatunku nie ma wartościowych pozycji i to też naszych polskich autorów. Tu warto wymienić takie nazwiska jak np. Katarzyna Michalak, Magdalena Witkiewicz, Maria Nurowska czy Agnieszka Lingas-Łoniewska.
Przeglądając internetowe informacje o nowościach wydawniczych czy księgarskie półki, a zdarza mi się nierzadko, odnoszę wrażenie, że nawet jeśli spada liczba czytelników, to przybywa piszących. Jakby każdy albo prawie każdy miał ambicję zostać literatem: i gimnazjalistka, i celebryta...
Istotnie, można takie wrażenie odnieść. Z pewnością jest teraz więcej osób piszących, niż kiedyś. Ma na to wpływ – być może – dostępność do środków wydawniczych. Praktycznie każdy może swoją książkę opublikować, wystarczy za to zapłacić.
Tyle że, niestety, wartość literacka wielu z tych „dzieł” jest bardzo wątpliwa. Czy ta często miernej jakości masówka, która jednak trafia na półki, nie przyczynia się też do braku zainteresowania czytaniem?
A to właśnie dlatego polecam bibliotekę. Przy zakupach nowości dokonujemy daleko idącej weryfikacji. Raz, że mamy dostęp do recenzji i opinii fachowców, dwa – pracownikom biblioteki też tej fachowości nie brakuje. Słuchamy też czytelników, bo wychodzimy z założenia, że jeśli jakaś pozycja spodobała się jednemu, to i innemu przypadnie do gustu.
Jak wygląda kwestia lansowania – powiedziałabym – rodzimej twórczości? Coraz częściej pojawiają się informacje o tym, że ludzie z naszego powiatu, młodzi czy starsi, chwycili za pióra i coś tam „spłodzili”, a czasem nawet wydali?
Tak. Te książki kupujemy i organizujemy spotkania autorskie, które cieszą się zawsze ogromnym zainteresowaniem, jest na nich bardzo duża frekwencja. To – powiedziałabym – wartość dodana do tych utworów, bo osoby, które na takie spotkanie przyszły może pozostaną związane z biblioteką na dłużej, jeśli dotychczas nie były. Przy okazji warto też podkreślić, że biblioteka to już nie jest wyłącznie miejsce, w którym wypożycza się książki. Jak przystało na placówkę kultury, reazlizujemy najróżniejsze formy tę kulturę kształtujące i promujące. Jest wcale niemała grupa mieszkańców, którzy może niezbyt intensywnie korzystają z zasobów księgozbioru, ale za to są stałymi bywalcami podczas różnych wydarzeń. Wielkim wzięciem, na przykład, cieszą się spektakle „Teatru przy stoliku”. Cudne, takie właśnie spektakle, przygotowuje i przedstawiają ostatnio uczniowie z Zespołu Szkół nr 1. Gdy się ich słucha, to od razu zapomina o powszechnych narzekaniach, jaka to ta nasza młodzież dzisiejsza jest tylko konsumcyjna, a nie twórcza.
Wróćmy do historii i siedzib. Dziś biblioteka zajmuje okazały budynek, chociaż pewnie i tak przydałby się większy. Jak było dawniej?
Być może trudno będzie w to uwierzyć, ale pierwszą siedzibą naszej bibioteki były... ruiny zamku. Oczywiście, wtedy nie były jeszcze całkiem ruinami. Miały podłogę i dach, a nawet drzwi, co zresztą widać na archiwalnych fotografiach. Później biblioteczny księgozbiór trochę krążył po Szczytnie. Krótko był w budynku przy ul. Bohaterów Westerplatte (w domu pp. Kijewskich – przyp. H.B.), a także przy ul. 3 maja, w domu, w którym mieszkał Krzysztof Klenczon. Później biblioteka trafiła do budynku przy ul. Lipperta, gdzie obecnie znajduje się powiatowy oddział ARMiR-u, była też w „gmachu partii”, czyli obecnym Urzędzie Skarbowym, tam, gdzie później lokował się Hufiec ZHP. I w końcu biblioteka przeszła do swojej obecnej siedziby, chociaż początkowo wyglądała ona zupełnie inaczej niż teraz. Dopiero rozbudowa, prowadzona w latach 80., dała aktualny budynek.
O jakichś historycznych ciekawostkach możesz wspomnieć?
Z pewnością takich nie brakuje. Mnie intrygowały wpisy w takim dokumencie, który się nazywał „zeszyt wysłanych upomnień” z 1957 roku. W tymże zeszycie, pod pozycją 155 figuruje... Krzysztof Klenczon. Jest też adnotacja, że szybko odpowiedział na upomnienie i książkę oddał, bo uniknął kary. Inne osoby nie były tak skrupulatne i za zbyt długie przetrzymywanie musiały dokonać wpłaty. Różnie... 5 zł, 6, a nawet i 7 zł.
Dziś to przetrzymywanie też kosztuje...
Książki z wypożyczalni można trzymać miesiąc. Później są naliczane kary – 0,20 zł za każdy dzień. Ale gdy zbliża się termin zwrotu, czytelnik najpierw otrzymuje przypomnienie. Teraz to łatwe, bo kontrolę w tym względzie prowadzi... komputer.
Gdy odwiedzam bibliotekę intryguje mnie jeden, pozornie prozaiczny szczegół. Biblioteka to sporo pomieszczeń, mnóstwo półek z książkami, komputerów, różnego sprzętu... To wielu wizytujących w ciągu każdego dnia, czy słońce, czy deszcz. A nigdy, ale to nigdy, nie widziałam na jakiejkolwiek półce, nawet z tych rzadko odwiedzanych, drobinki kurzu, śladu mokrych butów na podłodze... To aż nieprawdopodobne, jak można nieustannie tak niemal perfekcyjną czystość utrzymać w miejscu, bądź co bądź, publicznym...
To zasługa systematycznego sprzątania. Tym się zajmują tylko dwie panie, które utrzymują porządek nie tylko w tzw. bibliotece centralnej, ale także w filii przy ul. Solidarności. Obie panie pracują zresztą już dość długo i są doskonałe w tym, co robią. To z kolei może być skutkiem naprawdę bardzo dobrej atmosfery pracy, chociaż wcześniej różnie z tym bywało. Nie ma konfliktów. Nawet osoby, które miały początkowo problem z porozumieniem, zmieniły się mentalnie i na korzyść – rzecz jasna. Naprawdę, mogłabym chyba innym dyrektorom różnych innych placówek czy firm, życzyć tak dobrego zespołu, tak zgranej, fachowej kadry. Może to zależy od czytania? Może dobrymi, rzetelnymi pracownikami są ci, którzy kochają książki?
Z takim myśleniem to w Rozogach nic, nigdy nie powstanie. Pracy brak, nowe inwestycje są od razu krytykowane. Pan Tomasz powinien od razu napisać, że chodzi o przyszłość zajazdu, a nie o środowisko i dobro mieszkańców. To nie elektrownia atomowa...
Mieszkaniec
2026-04-22 13:14:36
Mam nadzieję, że młody człowiek ma silny kręgosłup moralny. I władza Go nie zmanieruje i nie zdeprawuje. Trzymam kciuki!
sąsiad
2026-04-22 08:54:08
Ten facet kióry mówi obankructwie byłego burmistrza to chyba jakiś ufoludek . Jak bankrut może mieć takie pieniądze. Moim smażenie jest aby wszyscy w Polsce byli takimi bankrutami. Zazdrość to brzydka cecha. Nie zazdrościć tylko klaskać, że ktoś realnie patrzy na potrzeby chwili. Mówi się o przysposobienie obronnym w szkołach. Gdzie oni mają się uczyć strzelania. Pozdrawiam wszystkich trzeźwo myślących
Dębal
2026-04-21 16:24:33
Wiesław idz popchać karuzele, tak po prostu
Daniel
2026-04-21 04:54:51
Zarzuty wyolbrzymione do granic możliwości. W dobie dzisiejszej bioasekuracji, nic nie ma prawa wyjść poza fermę. Gdzie mają takie obiekty powstawać jak nie na terenach wiejskich z dala wielkich aglomeracji? Do tego wpływy z podatków, miejsca pracy dla okolicznych mieszkańców, ale nieeee. Blokujmy wszystko, bo jaśnie państwo od agroturystyki straci kilku klientów albo nie, bo może śmierdzieć. To trochę jak z bojkotem anten 5g przez osoby które nie mają pojęcia o dzisiejszej technologii.
Emil
2026-04-20 21:20:03
Kapusty się najedz będziesz miał detonację.
Jam
2026-04-20 16:39:00
Nie komentujcie wypocin tego osobnika
Romek
2026-04-20 16:08:10
Firma Zondacrypto formalnie działa w Estonii i jest wielką naiwnością sądzić, że weto prezydenta tu by coś zmieniło. Jest to publicystyka polityczna, nie wiem dlaczego ludzie to łykają. Ps. Jeszcze pan liczy głosy?
XxX
2026-04-20 10:15:04
Panie Karolu nie przejmować się krytyka. I tak jest Pan ładniejszy od Kiersikowskiego
Romek
2026-04-19 18:22:04
A filmiku z detonacji nie ma? Łee...
Jan
2026-04-19 18:20:07