Tygodnik Szczytno

Wtorek, 13 Październik
Imieniny: Krystyny, Maksa, Serafiny –

Reklama

Reklama

Uciekli przed wojną w Ukrainie do Szczytna

Śmierć, ranni, wybuchy, rosyjscy żołnierze, syreny alarmowe... taki obraz będę miała do końca życia przed oczyma - mówi Olga Bober, Ukrainka, która z 7-letnim synem i mężem uciekła do Szczytna przed wojną w Ukrainie. Mieli to szczęście, że pan Rafał jest Polakiem. To były mieszkaniec Szczytna, który wiele lat temu zakochał się w pani Oldze i zamieszkał na Ukrainie. Mimo że wciąż miał polski paszport wcale tak łatwo z Ukrainy nie było wyjechać.

  • Data:

Rafał Bober na Ukrainę wyjechał w 2007 roku.

 

- Firma, w której pracowałem, produkująca deski podłogowe, otwierała tam swój oddział – wspomina. - Bardzo podobał mi się ten kraj, a jeszcze bardziej nasza księgowa Olga – mówi z nutką radości w głosie pan Rafał. - Zaprzyjaźniliśmy się, pokochaliśmy, wzięliśmy ślub, potem przyszedł na świat nasz syn i tam zostałem. I nadal bardzo chcę wrócić.

 

Para zamieszkała w Winnicy, sporym, bo 380-tysięcznym mieście w środkowej części Ukrainy.

 

- Nasz dramat zaczął się dokładnie 24 lutego – opowiada pani Olga. - To wówczas rozbrzmiały pierwsze syreny alarmowe i poszły komunikaty, aby chować się w schronach. Początkowo niewiele osób w to wierzyło. Ale gdy zbombardowany został magazyn broni w Kalinówce, oddalonej od naszego miasta o zaledwie 20 km, zaczęło robić się bardzo groźnie. Pierwsze rosyjskie rakiety zostały strącone przez naszych żołnierzy, ale ich odłamki spadły na cywilne budynki. Zostało rannych mnóstwo ludzi, w tym nasi znajomi.

 

Zbombardowane zostało też obrzeże Winnicy. Od tego momentu schrony zaczęły się zapełniać.


Reklama

 

- Ludzie byli w domach, a na dźwięk syren uciekali do piwnicy starej, nieczynnej fabryki papieru – mówi pan Rafał. - Głównie osoby starsze, kobiety, dzieci, bo mężczyźni szli do armii, walczyć o ojczyznę. - Widać było przerażenie, strach. Coś niewyobrażalnego. Każdy miał świadomość, że w każdej chwili może zginąć, że jakaś bomba może trafić w budynek, w którym akurat się było. Na dodatek wciąż docierały do nas informacje, że zrzucani są rosyjscy spadochroniarze, że może pojawić się tu jakiś oddział, który zacznie strzelać, mordować...

 

Rodzina pana Rafała wahała się do ostatniej chwili z podjęciem decyzji o wyjeździe do Polski.

 

- Szalę przechyliły odłamki, które spadły w pobliżu naszego mieszkania – mówi pani Olga. - Byliśmy na wyjazd przygotowani już 16 lutego, bo mój mąż jest bardzo przewidujący i powiedział, abyśmy się spakowali na wszelki wypadek. Walizki stały i czekały.

 

Z Winnicy do Szczytna to około 1100 km. Ta droga rodzinie Bór zajęła trzy dni. - Prowadził nas Bóg, bo inaczej jechalibyśmy co najmniej tydzień – mówi pani Olga. - Sam odcinek z Winnicy do Lwowa zajął nam 12 godzin. Korki, kontrole. Brak paliwa. Napięta atmosfera. Gdy do granicy mieliśmy zaledwie 30 km, staliśmy pół doby, aby przejechać kilka metrów. Gdy sytuacja się powtórzyła, skorzystaliśmy z polskiego paszportu męża. Ale to niewiele dało, bo potworzyły się lokalne grupy, kobiety z małymi dziećmi, które szły w stronę granicy i nikogo nie przepuszczano. W sumie się nie dziwię. Każdy był poddenerwowany, przerażony tym, co się dzieje. Gdy dotarliśmy do strefy, gdzie byli strażnicy graniczni, udało nam się na paszporcie męża szybciej przekroczyć granicę.

Reklama

 

Jak mówią, sama granica, zarówno po stronie ukraińskiej, jak i polskiej, jest dobrze przygotowana na przyjęcie uchodźców. Jest żywność, gorące napoje, ogrzewane namioty.

 

- Gdy patrzę na to wszystko, to mam oczy pełne łez – mówi pan Rafał. - Zostawiliśmy na Ukrainie całe swoje życie. Z drugiej strony jestem bardzo dumny z mojego rodzinnego Szczytna, jego mieszkańców, tego co robią, dla Ukrainy, jej mieszkańców. Dziękujemy!



Komentarze i materiały powiązane pojawią się poniżej.

Więcej materiałów podczas przewijania.

Reklama