O telewizji na żądanie – felieton Jerzego Niemczuka
Telewizja, jaką każdy widzi dzisiaj, jutro się zmieni całkowicie, ale dopóki się nie zmieniła, jest łakomym kawałkiem tortu dla polityków, którzy wygrywają wybory. W założeniach publiczna miała być zbalansowanym obrazem świata, do którego dostęp mają wszystkie opcje i prawnie dopuszczalne poglądy. Całkowicie zawłaszczona w ostatnich latach była instrumentem manipulacji oraz przekłamań w rękach władzy i zapewne dała jej zwycięstwo w poprzednich wyborach.
Tej kłamliwej wersji zawierzyła spora część wyborców mniej odpornych na jednostronny przekaz i na ten przekaz skazanych, bo niemających dostępu do innych mediów. Krótko mówiąc niewyedukowanych obywatelsko i bardziej podatnych na nienawistne treści. Podsycała ona zrozumiałe ludzkie lęki przed zmieniającym się gwałtownie światem zamiast go tłumaczyć.
Kilka lat temu, nie ruszając się z mojej mazurskiej wsi, analizowałem treści informacyjne w telewizji publicznej dla Obserwatorium Wyborczego. Wytrzymałem ledwie trzy miesiące, bo po tym czasie moja psychiczna odporność na przekaz jednostronny, do bólu nachalny, ale na swój toksyczny sposób sugestywny, się wyczerpała. Wyobrażam sobie, jakie szkody w głowach ludzi mniej ode mnie odpornych, którzy tylko z tego źródła czerpali wiedzę o świecie, mogła poczynić. „W telewizji powiedzieli” – ta formuła do tej pory dla wielu ludzi nosi walor wiarygodności.
Matka mojego kuzyna, dzielnego działacza ulicznej opozycji, gdy odwiedza go w domu w górach, na widok Tuska pokrzykuje: - O znowu ten Niemiec!
Podział, który w naszym społeczeństwie się pogłębił, to skutek tej propagandy, prostej jak konstrukcja cepa, ale też jak cep walącej po głowie.
Natura ludzka ma to do siebie, że łatwo skłania się do szukania winnych za własne niepowodzenia i obawy. Wskazywanie wrogów ma moc niszczącą tkankę społecznego kapitału zaufania, którego w naszym społeczeństwie nigdy nie było za wiele, co się najczęściej objawiało spojrzeniem spode łba na widok obcego, podczas gdy w innych krajach ludzie się pozdrawiają i do siebie uśmiechają. Odruch co prawda zdawkowy i niezobowiązujący, ale niedoceniany.
Ryszard Kapuściński, którego miałem szczęście znać, opowiadał mi, że uśmiech kilka razy ocalił go przed śmiercią, gdy przemierzał kraje ogarnięte wojną i mierzono do niego z kałasznikowa. Trudniej zapewne jest zabić człowieka, który nic złego nie zrobił i się do ciebie uśmiecha.
Nasz kapitał zaufania istnieje w ukryciu i objawia się w formie polskiej gościnności. Dopiero znajomość otwiera drzwi domu. Obcokrajowcy są zachwyceni tą formą wyróżnienia, bo w ich krajach ludzie rzadko odwiedzają się w domach.
Mam nadzieję, że telewizja w nowej wersji spełni swą misję w szerokim znaczeniu edukacyjną i będzie ludziom tłumaczyć świat w przejrzysty i wiarygodny sposób. Szczególnie tym, którzy przez osiem lat byli obiektem prania mózgów. Odcięci nagle od takiego sposobu prezentowania rzeczywistości, zdani dotąd na rojenia propagandystów, czują się zagubieni, gdy w ich domu nie gości już telewizja wzbudzająca skrajne emocje, do jakiej się przyzwyczaili.
Większość Polaków niewykluczonych cyfrowo ma dostęp do szerokiej palety mediów i poglądów, mogą wybierać obraz, który ich interesuje i opowiada o świecie ciekawie w wersji VOD - video on demand - na żądanie. Reszta była zdana na wersję powstałą na żądanie Kaczyńskiego, czego ostatnim objawem po zmianie politycznej były jego telefony z interwencją, że obraz telewizji do niego nie dociera. Dzwonił po nocach niczym Stalin do swoich poddanych. Telewizja na żądanie dla Kaczyńskiego. Mam wrażenie, że wcześniej przestał do niego docierać obraz rzeczywistości i sam uwierzył, że to, co suwerenowi serwuje, jest rodzajem prawdy.
Jerzy Niemczuk
Komentarze i materiały powiązane pojawią się poniżej.

