Czy możliwa jest zamiana 120-letnich ruder w atrakcyjne turystycznie miejsce? Wygląda na to, że tak. Dowodem siedlisko "Ptasie trele" w Jerutkach. O metamorfozie miejsc i... życia, rozmawiam ze Zbigniewem Chrobakiem, właścicielem tego wyjątkowego w naszym powiecie miejsca.
Z tego, co wiem, pochodzi pan z Bieszczad?
Początkowo mieszkałem w Cisnej. Jako 6-latek przeniosłem się w okolice Przemyśla, bo tata – jak to wówczas mówiono – ruszył "za pracą". W sercu Bieszczad został stryj, którego odwiedzaliśmy w każdej wolnej chwili. Bieszczady praktycznie całe schodziłem i zwiedziłem.
To od dziecka miał pan upodobanie do turystyki?
Nie całkiem, ale wtedy na wczasy za granicę się nie wyjeżdżało, a coś z czasem trzeba było robić. Jak ktoś mieszka w górach, to po prostu po nich chodzi. Tak było ze mną.
I tak pan spacerował sam czy z rodziną?
Mama i tata nie mieli czasu. Pracowali. Najczęściej więc "wyskakiwaliśmy" w Bieszczady z kolegami. Tak zupełnie spontanicznie, bez wielkich przygotowań. Motor, namiot, podstawowe wyposażenie, dżinsy i koszula flanelowa na grzbiecie... Można powiedzieć, że to były "dzikie" wypady w "dziką" przyrodę.
Ta "dzicz" bieszczadzka trwa nadal... Niedźwiedzie podchodzą do domostw...
Zdarza się. Podobno. Leśnicy na pewno mają takie doświadczenia albo ci, którzy mieszkają tam na stałe. Mnie się nie zdarzyło zobaczyć niedźwiedzia. Nawet z daleka. Szczerze mówiąc to chyba w Jerutkach widziałem więcej różnej dzikiej zwierzyny, niż w Bieszczadach.
Rozumiem, że szkoła średnia w Przemyślu...
Dokładnie. Technikum gastronomiczne. Mama całe swoje zawodowe życie związana była z gastronomią, poszedłem w jej ślady. Po maturze wybrałem technologię żywności, którą studiowałem na ART w Olsztynie.
Bliżej nie było?
Wybierałem najdalej, jak się da. Chciałem zmienić otoczenie. Ale też do decyzji przyczynił się kolega z klasy. Technikum gastronomiczne było wówczas raczej sfeminizowane. W klasie było nas tylko czterech chłopaków. Jeden – z Elbląga. Syn wojskowego, którego służbowo przeniesiono do Przemyśla. I to właśnie ten kolega zaproponował, byśmy podjęli studia w Olsztynie. Najpierw sprawdziłem na mapie, gdzie to jest. Gdy pierwszy raz przyjechałem do Kortowa, byłem zachwycony wszystkim. Tak dalece, że gdy przy pierwszym podejściu nie dostałem się na studia, po roku spróbowałem jeszcze raz. Tym razem z powodzeniem. Może warto dodać, że wraz ze wspomnianym kolegą byliśmy bodaj pierwszymi absolwentami technikum, którzy poszli na studia. Wszyscy pozostali zwykle szli po prostu do pracy.
I pan też, choć już z uczelnianym dyplomem...
Zgadza się, tyle że ogóle nie pracowałem w zawodzie. Zajmowałem się głównie sprzedażą. Ale pierwszą pracę podjąłem w... Teatrze im. Jaracza, jako kierownik działu upowszechniania teatru.
Dziś to coś, co nazywa się promocją lub reklamą?
Po części. Można powiedzieć, że teatr dzieliła niewidoczna granica na krawędzi sceny. Sama scena i to, co za nią, należała do dyrektora, którym wówczas był Zbigniew Marek Hass, a druga strona budynku – do mnie. Odpowiedzialny byłem więc za wszystko, co się wiązało z widownią. Owszem, była to też promocja i reklama, bo sprzedaż biletów musiała się łączyć z zachętą. Zajmowałem się tym ze dwa lata. Może wiązało się to z innymi moimi zainteresowaniami. Jeszcze w trakcie nauki w ART dwa razy próbowałem się dostać do Łódzkiej Szkoły Filmowej na wydział operatorski, ale nieskutecznie. Konkurencja w tamtych latach była ogromna. Stałym ekwiwalentem kamery był dla mnie aparat fotograficzny. Już na drugim roku studiów z kolegą założyliśmy w Kortowie klub fotograficzny. Ciemnia była w naszym akademiku. I jak komuś się udało zrobić naprawdę dobre, ciekawe zdjęcie, to szliśmy z nim do redakcji gazet, np. "Gazety Olsztyńskiej" czy "Gazety Wyborczej". A później już otrzymywałem z tych redakcji stałe zlecenia. Robiłem np. fotoreportaże z izby wytrzeźwień, czy jeździłem na festiwale do Jarocina.
Ale ostatecznie związał się pan ze sprzedażą. Może szkoda...
Skończyłem studia w 1996 r. W Polsce zaczęło lawinowo przybywać zagranicznych firm, sklepowe półki stawały się kolorowe. W tym czasie w sprzedaży można było po prostu zarobić najwięcej. Byłem już żonaty...
Długo?
Pobraliśmy się z żoną tuż po dyplomie. Poznaliśmy – jako studenci, chociaż ona studiowała historię na WSP. Dziś obie te uczelnie: jej i moja są połączone i robią za Uniwersytet Warmińsko-Mazurski.
Wróćmy do pracy. Jak się pan w tę sprzedaż "wkręcił"?
Może dlatego, że już miałem doświadczenie w organizacji tzw. ewentów. Po raz pierwszy zorganizowałem m.in. Olsztyńskie Spotkania Teatralne. Pomysłodawcą był dyrektor Hass, moje wykonanie to promocja i – w rezultacie – pełna widownia. Te spotkania organizowane są do dziś. W tym roku będą już 28. Przy moim udziale też w olsztyńskim teatrze po raz pierwszy zagrała Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Ogólnie rzecz biorąc, miałem już niejakie doświadczenie w sprzedaży i organizowaniu całej otoczki, dzięki której ta sprzedaż szybowała.
I co? Poszedł pan do firmy, mówiąc: jestem świetny, bierzcie mnie...
Nie było to tak proste, ale trochę... Teatr uczestniczył w wystawieniu "Metra" Józefowicza w Olsztynie, w hali Urania. Nasze - teatru zadanie, nie miało związku z wyrazem artystycznym, ale ekonomicznym. Było to więc de facto moje zadanie. I udało się, praktycznie "na pniu", sprzedać niemal wszystkie bilety na kilka spektakli. Ten sukces sprawił, że postanowiłem pójść "na swoje". Wymyśliłem, że otworzę impresariat. To się jednak nie udało. Kontakty z firmami już jakieś miałem i tak rozpoczęła się moja 25-letnia kariera "sprzedawcy" na menadżerskich stanowiskach w różnych branżach. Konsekwencją rozpoczęcia tej ścieżki kariery była przeprowadzka do stolicy.
Żona chętnie się na to zgodziła?
Bardzo. Zawsze chciała żyć w Warszawie. Pochodzi ze Świętajna, tam mieszkają moi teściowie. Jest headhunterem, a jej firma naprawdę ma solidną renomę w branży. To już wysoka półka tej specjalizacji. Dlatego została w stolicy, nasze dzieci się tam uczą, a właściwie uczyły. Jedna córka już studia skończyła, prawnicze i zawodowo wierna jest kierunkowi, druga studia rozpoczęła. Wybrała kierunek: zarządzanie, ale w jej przypadku trudno przewidzieć, czy będzie w zawodzie pracowała, czy raczej podtrzyma rodzinną "tradycję" i jednego się nauczy, a w czym innym zrobi karierę. To artystyczna dusza. Uwielbia taniec, ale ma też upodobanie do fotografiki.
To skąd te Jerutki?
Kiedyś w drodze na na Mazury do teściów, taka myśl nam obojgu zaświtała, że przydałoby nam się jakieś spokojne miejsce na tzw. starość. Podobały nam się Jerutki, w połowie drogi między Świętajnem a Szczytnem. Wybrałem już miejsce, ale kolega teścia wspomniał o czymś innym. Pojechaliśmy, zobaczyliśmy i... zakochaliśmy się w tym siedlisku.
Mimo że była to ruina?
Oglądaliśmy to w maju. Rozpadające się rudery otoczone były bujną, świeżą zielenią, blisko zabudowań płynął sobie strumyk, wychodzący z jeziora Marksoby... Po prostu bajkowy widok. A że budynki stare? To tylko dodawało temu miejscu uroku.
I dlatego z zewnątrz nadal wyglądają podobnie, chociaż oczywiście, już nie jak rudery?
Siedlisko kupiliśmy 17 lat temu. Wszystko drewniane, zniszczone. Dom, czy raczej chałupa, była budowana w 1900 roku, trzy lata później stodoła, która dziś jest domkiem dla gości. Całość wymagała ogromnego nakładu pracy. Ja jeszcze mieszkałem w Warszawie. Dopiero od trzech lat zajmuję się wyłącznie "Ptasimi trelami". Ale od czasu zakupu spędzałem tu niemal każdy weekend. Mnóstwo pracy w dzisiejszy wygląd siedliska włożył mój teść. Kupowaliśmy je z myślą o tym, by mieć swoje miejsce na ziemi. Ale jak rozstałem się z korporacją, w której ostatnio pracowałem, uznaliśmy, że siedlisko może stać się czymś więcej, niż ostoją dla rodziny i przyjaciół. Tym bardziej, że w trakcie remontu stare budynki zostały wyposażone w możliwie najnowocześniejsze rozwiązania. Przyznam, że nie było łatwo zamienić rozwalającą się stodołę w budynek w pełni przystosowany do zamieszkania. Ale to się właśnie udało. I to skutecznie, bo "dom" w stodole ma wszystkie niezbędne zgody...
To też zapewne wymagało sporo zachodu...
A właśnie, że nie. W porównaniu z Warszawą, w Szczytnie znacznie łatwiej, szybciej i przyjemniej jest załatwiać formalne sprawy. Ludzie sa bardziej życzliwi, przychylni, pomocni. Jak przyjeżdżam do Szczytna i mam do załatwienia z dziesięć różnych spraw, to zwykle jeszcze zostaje mi trochę wolnego czasu, a w stolicy trwałoby to wszystko z kilka dni.
Skąd nazwa?
Oczywiście ze względu na otaczającą przyrodę. Siedlisko otacza dużo starych drzew, wśród których żyje mnóstwo różnego ptactwa. I każdego ranka, od wczesnej wiosny, ptaki wśród gałęzi koncertują. Słuchanie ich, to niesamowita frajda. Nazwa więc się niejako nasuwała automatycznie.
Przeglądałam strony internetowe. Rzucają się w oczy niezwykle pochlebne komentarze. "Ptasie trele" zapewne więc są oblegane?
Są. Choć działamy stosunkowo krótko. W pierwszym roku pomogła pandemia, bo ludzie chcieli wyjeżdżać do miejsc właśnie odosobnionych. Pomógł też jeden z konkursów agro-eko-turystycznych, ogłaszanych corocznie w skali województwa, o nazwie "Zielone lato". W edycji 2021 zdobyliśmy pierwsze miejsce w kategorii "wypoczynek na wsi" co oczywiście przyniosło pewien rozgłos.
Goście przyjeżdżają na długo, zmieniają się czy macie już stałych "domowników"?
Przyjeżdżają osoby, które chcą się zupełnie oderwać od codzienności. Czasem powtarzam, że stworzyliśmy dobre miejsce dla dobrych ludzi. Podczas pobytu po prostu nic nie trzeba robić, wystarczy być i żyć. Początkowo mieliśmy do dyspozycji tylko stodołę z miejscem dla 4 osób, ale z różnych powodów było to za mało. Zbudowaliśmy więc jeszcze jeden dom "Ptasie trele 2", w lekkim oddaleniu, za strumykiem. Też drewniany, by za bardzo nie odbiegał od całości. Nie ma telewizorów, ale internet jest dostępny, bo w pandemii zrodziła się moda na wyjazdy połączone z pracą. Ktoś do 16. wykonuje swoje zawodowe zajęcia on-line, a później wypoczywa.
Jerutki zabiegają o status wsi tematycznej, wsi sztuki. Czy "Ptasie trele" włączają się w ten nurt?
Dość aktywnie nawet. Z Asią Gawryszewską i jej Kreolią zrealizowaliśmy jeden wspólny projekt o nazwie "Sielskie Jerutki". We wsi naprawdę wiele się dzieje i wiele już jest. Przyjeżdżający turyści są zdziwieni i mile zaskoczeni, że w takiej niewielkiej miejscowości jest amfiteatr, odbywają się koncerty... Czyli jest wiele i dla ciała, i dla duszy.
Myśli pan o dalszej rozbudowie?
Nie. To by się kłóciło z ideą tego miejsca. Staram się patrzeć na "Ptasie trele" oczami gościa. Myślę, czego ja bym oczekiwał, co byłoby dla mnie ważne, gdybym zdecydował się na odpoczynek w takim miejscu. Mam za sobą kilkadziesiąt lat spędzonych w Warszawie, więc być może łatwiej jest mi sobie wyobrazić to, co jest najlepszym antidotum na gwar i tempo stołecznego życia. I chyba wyobraźnia dobrze mi podpowiada, bo "Ptasie trele" mają już grupkę stałych przyjaciół, a ci, którzy wolą wciąż poznawać nowe miejsca, to nasze polecają innym.
Jacyś wyjątkowi goście?
Wielu. Naszym gościem zerowym była dziewczyna ze... Stanów Zjednoczonych, aktorka, reżyserka. Przyjechała tu pracować w czasie pandemii i chciała odpocząć. Nie będę wymieniać nazwisk, choć sporo z nich jest powszechnie znanych. Ale przyjeżdżają do Jerutek odpocząć, więc i mi, i im zależy na anonimowości. Niektórzy chcą przeżyć coś niepowtarzalnego i to staram się zapewniać. Na przykład żona myśli o kupnie kwiatów na urodziny mężowi, bo obchodzi je akurat podczas pobytu w Jerutkach. Mówię, by wybrała indywidualny prezent. I zapraszam zaprzyjaźnionych Kasię z Arkiem, którzy grają i śpiewają tylko dla tych małżonków to, co oni chcą usłyszeć. Jubilat ma łzy w oczach. Czy można sobie wyobrazić piękniejszy urodzinowy prezent? I czy może być coś wartościowszego od zadowolenia, czasem nawet szczęścia, które sprawi się drugiemu człowiekowi? O taką właśnie atmosferę zabiegam, dla każdego gościa osobno. Ale przyznam, że zdarza sie także stracić gości. Trzy małżeństwa, które rozpoczęły poznawanie Jerutek od mojego siedliska, upodobały sobie miejscowość tak dalece, że nabyły w Jerutkach działki, wybudowały domy i teraz jesteśmy sąsiadami. Taka korzyść, że widzimy się częściej. Kiedy czasem myślę o latach spędzonych w korporacjach, to uważam, że wtedy żyłem tylko "na pokaz", dziś żyję naprawdę i na nic innego bym już tego nie zamienił.
To bardzo skromny i niezmanierowany Doktor. Cenię jako człowieka, który podchodzi do pacjenta z sercem. Zjeździłem całą Polskę, lecząc się prywatnie, i nigdy nigdzie nie otrzymałem tyle opieki i pomocy, którą okazał mi Pan Doktor. Ogromny szacunek.????????????
Dariusz
2026-04-02 18:31:30
Bez skrótów. Bez przypadków. Bez imienia. Bez nazwiska. Po prostu policjant. Ze Szczytna.
Czytelnik ze Szczytna
2026-04-01 17:48:06
To doskonały pomysł, niech mnie pan cytuje studentom ile tylko można, ludzie w końcu muszą poznać prawdę. nie tylko jednostronną fałszywą narrację. Cały świat wie czym Netanjahu wciągnął Trumpa w wojnę, oczywiście o aktach Epsteina, agenta Mossadu, nic Pan nie słyszał, prawda? :)... I nie Rosjanie o tym otwarcie mówią, tylko sami Amerykanie. W moich komentarzach piszę mój punkt widzenia, do którego mam pełne prawo...a Pan sraczki dostaje i nie potrafiąc się do nich merytorycznie odnieść, i podważyć, używa agresywnego personalnego ataku. Prawda jest niepodważalna.. co nie?
Polak
2026-04-01 14:02:23
Najbardziej to pewnie ucieszył się ten pan z DPS, ktory zawsze prosi o drobne pod biedra lub Orlenem. Jak każdy student dal mu piątaka to będzie miał na kilka czteropakow
Kamil
2026-04-01 12:35:56
Mądrzejewski-toponimiczne pochodzenie nazwiska od przymiotnika (mądry). Być może. Wgłębiając się jednak w twórczość p. Mądrzejewskiego zamieszczaną na łamach owego tygodnika, widzę człowieka, która za wszelką cenę chce nam wszystkim udowodnić, iż należy do starannie wyselekcjonowanej grupy mądrych. Grupa mędrców Donalda Tuska. Może się mylę. Może treści, które czytam, to myśli głębsze po głębszym. Może ja czegoś nie rozumiem i autor rzeczywiście jest mądrzejszy ode mnie. Szukam odpowiedzi. Na razie znalazłem jedną. Jak dla mnie mało miarodajną. Zawsze to jednak jakiś trop. Otóż statystyki nazwisk w Polsce podają, iż osobników płci męskiej o nazwisku Mądrzejewski jest tylko 266-u. Jak mawiała pani Kidawa-Błońska cyt: „gdyby natura chciała, to przekop by sama zrobiła\". Nie zrobiła. Z mądrością widać też jej nie poszło.
Zakute Łby : )
2026-04-01 12:08:43
Przekształcili w nową instytucję, która pewnie nic nie wniesie to i lepiej zarobią.
Do Marek
2026-04-01 08:52:59
Wspaniały , empatyczny lekarz. Życzliwy , ciepły Człowiek. Inny lekarz mnie zlekceważył. Pan doktor zrobił badania , przepisał leki. Przestało boleć. Stan zapalny zlikwidowany. Dziękuję za pomoc.
Marzenna Żakowicz
2026-03-31 21:40:33
Ty \"Polak\" ty \"Romek\". Zanim coś naPiSzecie, to się tysiąc razy nad tym zastanówcie, jeśli jeszcze potraficie.
Sławek
2026-03-31 14:52:25
Osobnik tytułujący się ksywą Polak jest niezawodny. Jego komentarze do moich mikro felietoników wprowadzę w najbliższym czasie jako materiał poglądowy do zajęć ze studentami z przedmiotu \"Biały wywiad i dezinformacja\". Tym razem mamy do czynienia z \"mykiem\" polegającym na wrzucanie do komentarza treści, o których w komentowanym materiale nie było mowy czyli: 1. Bogata Polska utrzymuje wrogą Ukrainę; 2. Trump rozpętał wojnę z Iranem na polecenie Izraela. Panie \"Polak\" jakby nie patrzeć widać starą dobrą ruską szkołę. Czekam na następne przykłady.
Wiesław Mądrzejowski
2026-03-31 14:20:27
Strzelnica o której wspomniałem to też jest dół, jednak pocisk wyleciał. Skoro zatem istnieje możliwość zranienia innego człowieka, a istnieje, dowód już Pani dałem, to taka strzelnica powinna mieć ściany, szczególnie, gdy w pobliżu są domy mieszkalne. Pogratuluje pan mieszkańcom, jak nie daj Boże dojdzie do podobnego wypadku, a prędzej czy później dojdzie, ciekawe czy wtedy też będą tak entuzjastycznie nastawieni.
nikoś
2026-03-31 13:11:34