Piątek, 19 Lipiec
Imieniny: Alfreny, Rufina, Wincentego -

Reklama


Reklama

Zbigniew Chrobak zamienił korporację na śpiew ptaków (Rozmowa "Tygodnika Szczytno")


Czy możliwa jest zamiana 120-letnich ruder w atrakcyjne turystycznie miejsce? Wygląda na to, że tak. Dowodem siedlisko "Ptasie trele" w Jerutkach. O metamorfozie miejsc i... życia, rozmawiam ze Zbigniewem Chrobakiem, właścicielem tego wyjątkowego w naszym powiecie miejsca.



Z tego, co wiem, pochodzi pan z Bieszczad?

 

Początkowo mieszkałem w Cisnej. Jako 6-latek przeniosłem się w okolice Przemyśla, bo tata – jak to wówczas mówiono – ruszył "za pracą". W sercu Bieszczad został stryj, którego odwiedzaliśmy w każdej wolnej chwili. Bieszczady praktycznie całe schodziłem i zwiedziłem.

 

To od dziecka miał pan upodobanie do turystyki?

 

Nie całkiem, ale wtedy na wczasy za granicę się nie wyjeżdżało, a coś z czasem trzeba było robić. Jak ktoś mieszka w górach, to po prostu po nich chodzi. Tak było ze mną.

 

I tak pan spacerował sam czy z rodziną?

 

Mama i tata nie mieli czasu. Pracowali. Najczęściej więc "wyskakiwaliśmy" w Bieszczady z kolegami. Tak zupełnie spontanicznie, bez wielkich przygotowań. Motor, namiot, podstawowe wyposażenie, dżinsy i koszula flanelowa na grzbiecie... Można powiedzieć, że to były "dzikie" wypady w "dziką" przyrodę.

 

Ta "dzicz" bieszczadzka trwa nadal... Niedźwiedzie podchodzą do domostw...

 

Zdarza się. Podobno. Leśnicy na pewno mają takie doświadczenia albo ci, którzy mieszkają tam na stałe. Mnie się nie zdarzyło zobaczyć niedźwiedzia. Nawet z daleka. Szczerze mówiąc to chyba w Jerutkach widziałem więcej różnej dzikiej zwierzyny, niż w Bieszczadach.

 

Rozumiem, że szkoła średnia w Przemyślu...

 

Dokładnie. Technikum gastronomiczne. Mama całe swoje zawodowe życie związana była z gastronomią, poszedłem w jej ślady. Po maturze wybrałem technologię żywności, którą studiowałem na ART w Olsztynie.

 

Bliżej nie było?

 

Wybierałem najdalej, jak się da. Chciałem zmienić otoczenie. Ale też do decyzji przyczynił się kolega z klasy. Technikum gastronomiczne było wówczas raczej sfeminizowane. W klasie było nas tylko czterech chłopaków. Jeden – z Elbląga. Syn wojskowego, którego służbowo przeniesiono do Przemyśla. I to właśnie ten kolega zaproponował, byśmy podjęli studia w Olsztynie. Najpierw sprawdziłem na mapie, gdzie to jest. Gdy pierwszy raz przyjechałem do Kortowa, byłem zachwycony wszystkim. Tak dalece, że gdy przy pierwszym podejściu nie dostałem się na studia, po roku spróbowałem jeszcze raz. Tym razem z powodzeniem. Może warto dodać, że wraz ze wspomnianym kolegą byliśmy bodaj pierwszymi absolwentami technikum, którzy poszli na studia. Wszyscy pozostali zwykle szli po prostu do pracy.

 

I pan też, choć już z uczelnianym dyplomem...

 

Zgadza się, tyle że ogóle nie pracowałem w zawodzie. Zajmowałem się głównie sprzedażą. Ale pierwszą pracę podjąłem w... Teatrze im. Jaracza, jako kierownik działu upowszechniania teatru.

 

Dziś to coś, co nazywa się promocją lub reklamą?

 

Po części. Można powiedzieć, że teatr dzieliła niewidoczna granica na krawędzi sceny. Sama scena i to, co za nią, należała do dyrektora, którym wówczas był Zbigniew Marek Hass, a druga strona budynku – do mnie. Odpowiedzialny byłem więc za wszystko, co się wiązało z widownią. Owszem, była to też promocja i reklama, bo sprzedaż biletów musiała się łączyć z zachętą. Zajmowałem się tym ze dwa lata. Może wiązało się to z innymi moimi zainteresowaniami. Jeszcze w trakcie nauki w ART dwa razy próbowałem się dostać do Łódzkiej Szkoły Filmowej na wydział operatorski, ale nieskutecznie. Konkurencja w tamtych latach była ogromna. Stałym ekwiwalentem kamery był dla mnie aparat fotograficzny. Już na drugim roku studiów z kolegą założyliśmy w Kortowie klub fotograficzny. Ciemnia była w naszym akademiku. I jak komuś się udało zrobić naprawdę dobre, ciekawe zdjęcie, to szliśmy z nim do redakcji gazet, np. "Gazety Olsztyńskiej" czy "Gazety Wyborczej". A później już otrzymywałem z tych redakcji stałe zlecenia. Robiłem np. fotoreportaże z izby wytrzeźwień, czy jeździłem na festiwale do Jarocina.

 

Ale ostatecznie związał się pan ze sprzedażą. Może szkoda...

 

Skończyłem studia w 1996 r. W Polsce zaczęło lawinowo przybywać zagranicznych firm, sklepowe półki stawały się kolorowe. W tym czasie w sprzedaży można było po prostu zarobić najwięcej. Byłem już żonaty...


Reklama

 

Długo?

 

Pobraliśmy się z żoną tuż po dyplomie. Poznaliśmy – jako studenci, chociaż ona studiowała historię na WSP. Dziś obie te uczelnie: jej i moja są połączone i robią za Uniwersytet Warmińsko-Mazurski.

 

Wróćmy do pracy. Jak się pan w tę sprzedaż "wkręcił"?

 

Może dlatego, że już miałem doświadczenie w organizacji tzw. ewentów. Po raz pierwszy zorganizowałem m.in. Olsztyńskie Spotkania Teatralne. Pomysłodawcą był dyrektor Hass, moje wykonanie to promocja i – w rezultacie – pełna widownia. Te spotkania organizowane są do dziś. W tym roku będą już 28. Przy moim udziale też w olsztyńskim teatrze po raz pierwszy zagrała Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Ogólnie rzecz biorąc, miałem już niejakie doświadczenie w sprzedaży i organizowaniu całej otoczki, dzięki której ta sprzedaż szybowała.

 

I co? Poszedł pan do firmy, mówiąc: jestem świetny, bierzcie mnie...

 

Nie było to tak proste, ale trochę... Teatr uczestniczył w wystawieniu "Metra" Józefowicza w Olsztynie, w hali Urania. Nasze - teatru zadanie, nie miało związku z wyrazem artystycznym, ale ekonomicznym. Było to więc de facto moje zadanie. I udało się, praktycznie "na pniu", sprzedać niemal wszystkie bilety na kilka spektakli. Ten sukces sprawił, że postanowiłem pójść "na swoje". Wymyśliłem, że otworzę impresariat. To się jednak nie udało. Kontakty z firmami już jakieś miałem i tak rozpoczęła się moja 25-letnia kariera "sprzedawcy" na menadżerskich stanowiskach w różnych branżach. Konsekwencją rozpoczęcia tej ścieżki kariery była przeprowadzka do stolicy.

 

Żona chętnie się na to zgodziła?

 

Bardzo. Zawsze chciała żyć w Warszawie. Pochodzi ze Świętajna, tam mieszkają moi teściowie. Jest headhunterem, a jej firma naprawdę ma solidną renomę w branży. To już wysoka półka tej specjalizacji. Dlatego została w stolicy, nasze dzieci się tam uczą, a właściwie uczyły. Jedna córka już studia skończyła, prawnicze i zawodowo wierna jest kierunkowi, druga studia rozpoczęła. Wybrała kierunek: zarządzanie, ale w jej przypadku trudno przewidzieć, czy będzie w zawodzie pracowała, czy raczej podtrzyma rodzinną "tradycję" i jednego się nauczy, a w czym innym zrobi karierę. To artystyczna dusza. Uwielbia taniec, ale ma też upodobanie do fotografiki.

 

To skąd te Jerutki?

 

Kiedyś w drodze na na Mazury do teściów, taka myśl nam obojgu zaświtała, że przydałoby nam się jakieś spokojne miejsce na tzw. starość. Podobały nam się Jerutki, w połowie drogi między Świętajnem a Szczytnem. Wybrałem już miejsce, ale kolega teścia wspomniał o czymś innym. Pojechaliśmy, zobaczyliśmy i... zakochaliśmy się w tym siedlisku.

 

Mimo że była to ruina?

 

Oglądaliśmy to w maju. Rozpadające się rudery otoczone były bujną, świeżą zielenią, blisko zabudowań płynął sobie strumyk, wychodzący z jeziora Marksoby... Po prostu bajkowy widok. A że budynki stare? To tylko dodawało temu miejscu uroku.

 

I dlatego z zewnątrz nadal wyglądają podobnie, chociaż oczywiście, już nie jak rudery?

 

Siedlisko kupiliśmy 17 lat temu. Wszystko drewniane, zniszczone. Dom, czy raczej chałupa, była budowana w 1900 roku, trzy lata później stodoła, która dziś jest domkiem dla gości. Całość wymagała ogromnego nakładu pracy. Ja jeszcze mieszkałem w Warszawie. Dopiero od trzech lat zajmuję się wyłącznie "Ptasimi trelami". Ale od czasu zakupu spędzałem tu niemal każdy weekend. Mnóstwo pracy w dzisiejszy wygląd siedliska włożył mój teść. Kupowaliśmy je z myślą o tym, by mieć swoje miejsce na ziemi. Ale jak rozstałem się z korporacją, w której ostatnio pracowałem, uznaliśmy, że siedlisko może stać się czymś więcej, niż ostoją dla rodziny i przyjaciół. Tym bardziej, że w trakcie remontu stare budynki zostały wyposażone w możliwie najnowocześniejsze rozwiązania. Przyznam, że nie było łatwo zamienić rozwalającą się stodołę w budynek w pełni przystosowany do zamieszkania. Ale to się właśnie udało. I to skutecznie, bo "dom" w stodole ma wszystkie niezbędne zgody...

 

To też zapewne wymagało sporo zachodu...

 

A właśnie, że nie. W porównaniu z Warszawą, w Szczytnie znacznie łatwiej, szybciej i przyjemniej jest załatwiać formalne sprawy. Ludzie sa bardziej życzliwi, przychylni, pomocni. Jak przyjeżdżam do Szczytna i mam do załatwienia z dziesięć różnych spraw, to zwykle jeszcze zostaje mi trochę wolnego czasu, a w stolicy trwałoby to wszystko z kilka dni.

Reklama

 

Skąd nazwa?

 

Oczywiście ze względu na otaczającą przyrodę. Siedlisko otacza dużo starych drzew, wśród których żyje mnóstwo różnego ptactwa. I każdego ranka, od wczesnej wiosny, ptaki wśród gałęzi koncertują. Słuchanie ich, to niesamowita frajda. Nazwa więc się niejako nasuwała automatycznie.

 

Przeglądałam strony internetowe. Rzucają się w oczy niezwykle pochlebne komentarze. "Ptasie trele" zapewne więc są oblegane?

 

Są. Choć działamy stosunkowo krótko. W pierwszym roku pomogła pandemia, bo ludzie chcieli wyjeżdżać do miejsc właśnie odosobnionych. Pomógł też jeden z konkursów agro-eko-turystycznych, ogłaszanych corocznie w skali województwa, o nazwie "Zielone lato". W edycji 2021 zdobyliśmy pierwsze miejsce w kategorii "wypoczynek na wsi" co oczywiście przyniosło pewien rozgłos.

 

Goście przyjeżdżają na długo, zmieniają się czy macie już stałych "domowników"?

 

Przyjeżdżają osoby, które chcą się zupełnie oderwać od codzienności. Czasem powtarzam, że stworzyliśmy dobre miejsce dla dobrych ludzi. Podczas pobytu po prostu nic nie trzeba robić, wystarczy być i żyć. Początkowo mieliśmy do dyspozycji tylko stodołę z miejscem dla 4 osób, ale z różnych powodów było to za mało. Zbudowaliśmy więc jeszcze jeden dom "Ptasie trele 2", w lekkim oddaleniu, za strumykiem. Też drewniany, by za bardzo nie odbiegał od całości. Nie ma telewizorów, ale internet jest dostępny, bo w pandemii zrodziła się moda na wyjazdy połączone z pracą. Ktoś do 16. wykonuje swoje zawodowe zajęcia on-line, a później wypoczywa.

 

Jerutki zabiegają o status wsi tematycznej, wsi sztuki. Czy "Ptasie trele" włączają się w ten nurt?

 

Dość aktywnie nawet. Z Asią Gawryszewską i jej Kreolią zrealizowaliśmy jeden wspólny projekt o nazwie "Sielskie Jerutki". We wsi naprawdę wiele się dzieje i wiele już jest. Przyjeżdżający turyści są zdziwieni i mile zaskoczeni, że w takiej niewielkiej miejscowości jest amfiteatr, odbywają się koncerty... Czyli jest wiele i dla ciała, i dla duszy.

 

Myśli pan o dalszej rozbudowie?

 

Nie. To by się kłóciło z ideą tego miejsca. Staram się patrzeć na "Ptasie trele" oczami gościa. Myślę, czego ja bym oczekiwał, co byłoby dla mnie ważne, gdybym zdecydował się na odpoczynek w takim miejscu. Mam za sobą kilkadziesiąt lat spędzonych w Warszawie, więc być może łatwiej jest mi sobie wyobrazić to, co jest najlepszym antidotum na gwar i tempo stołecznego życia. I chyba wyobraźnia dobrze mi podpowiada, bo "Ptasie trele" mają już grupkę stałych przyjaciół, a ci, którzy wolą wciąż poznawać nowe miejsca, to nasze polecają innym.

 

Jacyś wyjątkowi goście?

 

Wielu. Naszym gościem zerowym była dziewczyna ze... Stanów Zjednoczonych, aktorka, reżyserka. Przyjechała tu pracować w czasie pandemii i chciała odpocząć. Nie będę wymieniać nazwisk, choć sporo z nich jest powszechnie znanych. Ale przyjeżdżają do Jerutek odpocząć, więc i mi, i im zależy na anonimowości. Niektórzy chcą przeżyć coś niepowtarzalnego i to staram się zapewniać. Na przykład żona myśli o kupnie kwiatów na urodziny mężowi, bo obchodzi je akurat podczas pobytu w Jerutkach. Mówię, by wybrała indywidualny prezent. I zapraszam zaprzyjaźnionych Kasię z Arkiem, którzy grają i śpiewają tylko dla tych małżonków to, co oni chcą usłyszeć. Jubilat ma łzy w oczach. Czy można sobie wyobrazić piękniejszy urodzinowy prezent? I czy może być coś wartościowszego od zadowolenia, czasem nawet szczęścia, które sprawi się drugiemu człowiekowi? O taką właśnie atmosferę zabiegam, dla każdego gościa osobno. Ale przyznam, że zdarza sie także stracić gości. Trzy małżeństwa, które rozpoczęły poznawanie Jerutek od mojego siedliska, upodobały sobie miejscowość tak dalece, że nabyły w Jerutkach działki, wybudowały domy i teraz jesteśmy sąsiadami. Taka korzyść, że widzimy się częściej. Kiedy czasem myślę o latach spędzonych w korporacjach, to uważam, że wtedy żyłem tylko "na pokaz", dziś żyję naprawdę i na nic innego bym już tego nie zamienił.



Komentarze do artykułu

Napisz

Galeria zdjęć

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama


Komentarze

Reklama