Środa, 22 Maj
Imieniny: Emila, Neleny, Romy -

Reklama


Reklama

O przewagach konkurencji – felieton Jerzego Niemczuka


Pożegnałem ostatnio listonoszkę. Z przykrością. Miła, solidna inteligentna. Odchodzi. Nie zapytałem jej dlaczego, ale podejrzewam, że to jednak nie awans. Znalazła pewnie lepsze zajęcie i wcale się jej nie dziwię. Poczta Polska jest reliktem dziewiętnastowiecznym, czego symbolem są sprzedawane na poczcie książki. Dewocyjne i narcystyczno-historyczne. Pieczątki ciągle tam młócą jak werble doboszy.



Na każdym stanowisku jest komputer, a jednak panie na poczcie wciąż skrobią długopisami w papierach, przepisując zapewne to, co widzą na ekranie. Podejrzewam, że nikt tego nie czyta i nie sprawdza, bo nasza poczta w ogóle się nie sprawdza. Podobno najdroższa w świecie, a śladem działania listonoszy jest nieśmiertelne awizo. Zaglądasz do skrzynki i wiesz, że był i nie zastał cię w domu, chociaż w nim byłeś. Zamiast otrzymać list musisz się po niego udać i odstać w kolejce podobnych tobie, wsłuchując się w stukot pieczątek. Nic tam się nie zmieniło od czasów komuny, tylko przybyło komputerów, z których trzeba odpisywać ręcznie. Jak przed Gutenbergiem.

 

Pandemia dała szansę dynamicznej konkurencji. Firmy kurierskie działają bardzo sprawnie wykorzystując to, co jest. Powiadamiania esemesami. Telefoniczny kontakt z kurierem, bo telefony komórkowe mają niemal wszyscy. Paczkomaty, do których możesz skierować nieodebraną przesyłkę. Dzięki temu, że firmy ze sobą konkurują, ceny są na przyzwoitym poziomie.

 

Mieszkając na wsi korzystam z tej formy zakupów i przesyłania paczek intensywnie i tylko raz mi się zdarzyło, że miałem jakieś drobne pretensje do kuriera. Pretensje do listonoszy ma większość klientów. Ale to nie ich wina. Są ostatnim ogniwem, fatalnie opłacanym, których praca jest równie źle zorganizowana.


Reklama

 

Żyję dość długo i jestem przekonany, że każda centralizacja przynosi fatalne skutki. Tam, gdzie ludzie mają swobodę działania, nawet w scentralizowanym systemie można wprowadzić sensowne pomysły.

 

Leczyłem się w kilku przychodniach, w których powtarzał się ten sam modus operandi. Kolejki do lekarza, bo nie wyznacza się godzin wizyty. A tam, gdzie się wyznacza, to albo kolejki, albo lekarze mają przestoje, bo pacjenci rezerwują wizytę, ale nie przychodzą. Jedna trzecia wizyt to te niewykorzystane i nieodwołane w porę.

 

Marnotrawstwo możliwości w niewydolnym systemie zdrowia, to równie chore jak same choroby.

 

Ostatnio jestem pacjentem przychodni, gdzie nie ma kolejek, a kody recept docierają nawet tego samego dnia. Recepcja działa świetnie, monituje pacjentów. Raz mi się tylko zdarzyło, że pomyliłem termin, ale zadzwoniono do mnie i dotarłem z niewielkim opóźnieniem. Czyli można. Oddolnie. Wymaga to jednak trochę szacunku do rzeczywistości i do siebie nawzajem.

 

Reklama

Niemal pół wieku temu byłem sekretarzem miesięcznika. Pismo się rozchodziło w niewielkim jak na owe czasy, kilkunastotysięcznym nakładzie. Dystrybucja odbywała się oczywiście na szczeblu centralnym. Mieliśmy zwroty ponad 20%. A jednocześnie w kilku większych miastach pismo był trudno dostępne. Siadłem na godzinę, rozdzieliłem to, co zwracano, między miasta, gdzie zwrotów nie notowano, w RSW zgodzili się na mój oddolny eksperyment i już po dwóch miesiącach rozchodził się cały nakład. Gnębiło mnie, dlaczego nikt przede mną na to nie wpadł. Otóż dyrektywa nakazywała dzielić w proporcji do liczby mieszkańców. Tego, że są miasta, które mniej chętnie czytają, nie brała pod uwagę.

 

Dla centrali jednostka jest niczym, a rutyną jest bezmyślne mielenie masy. A nawet masa nie ma dla niej wartości, bo jedyną wartością dla centrali jest, żeby samej utrzymać i rozszerzać swój centralistyczny zasięg.

Jerzy Niemczuk



Komentarze do artykułu

Napisz

Reklama


Komentarze

Reklama