Poniedziałek, 28 Listopad
Imieniny: Jakuba, Stefana, Romy -

Reklama


Reklama

Medalowy rolnik z Jurg kontynuuje rodzinną tradycję


Mariusz Turowski z Jurg otrzymał nagrodę za działalność rolniczą od Warmińsko–Mazurskiej Izby Rolniczej. - Takie wyróżnienia zawsze cieszą – mówi z uśmiecham pan Mariusz, który gospodarstwo rolne prowadzi wspólnie z żoną Małgorzatą oraz dziećmi Michałem, Aleksandrą i Piotrem od niemal ćwierć wieku. Przejął je od swoich rodziców i rozwinął.



Nagroda to medal i 700 zł – śmieje się pan Mariusz. - Niby niewiele, ale fajnie, że ktoś dostrzega rolników.

 

Pan Mariusz gospodarzyć zaczął w 1997 roku, kiedy przejął rolę po swoich rodzicach Janie i Jadwidze. A oni wcześniej gospodarkę przejęli po ojcu pana Jana. - Z tego, co pamiętam, teściowie przyjechali tu zza Buga – wspomina pani Jadwiga.

 

 

- Z terenów dzisiejszej Ukrainy, chyba był to powiat Równe. Pyta pan, jak wyglądała wówczas praca na roli? Wszystko robiło się rękami. Były dwa konie i tyle. Nie było takiego postępu, jak dziś. A dodam, że obrabialiśmy jakieś 12 hektarów ziemi. Hodowało się wszystko, krówki, świnki, kurki... uprawiało ziemię, ziemniaki, zboża. Dziś to wszystko wygląda zdecydowanie inaczej. I jest trochę łatwiej dzięki maszynom, choć te nadal w stu procentach człowieka nie są w stanie zastąpić.

 

Dziś pan Mariusz gospodarzy na 50 hektarach własnych i 50 dzierżawionych. Produkcja nastawiona jest głównie na mleko. W oborach jest łącznie 40 krów. - Dziś rzeczywiście rolnictwo się zmieniło, takich małych gospodarzy już praktycznie nie ma – mówi. - Rzadko się zdarza też, aby hodować coś dla siebie, jakaś kurkę, czy świniaczka. Prawo mamy takie, że jest to niemal niemożliwe. Liczy się specjalizacja.


Reklama

 

Zawsze chciał pan być rolnikiem?

 

Od dziecka (śmiech). Mówię całkiem serio. To była moja pasja. Zanim ojciec przeszedł na emeryturę, to przez 10 lat pracowałem w Novum. Praca była dobra, ale pracowanie dla kogoś nigdy mi nie pasowało. Chciałem stworzyć coś swojego. Może i ciężej, może i większa odpowiedzialność, ale za to i satysfakcja większa.

 

Uczył się pan gdzieś rolnictwa?

 

Skończyłem szkołę zawodową o profilu rolniczym w Szczytnie. Ale największe nauki dostałem od ojca. To od niego nauczyłem się tego rzemiosła.

 

Co jest najtrudniejsze w tej pracy?

 

Trudno określić.

- Dojenie krów – dopowiada Michał, syn pana Mariusza.

O nie, nie – prostuje pan Mariusz. Gdy doi się krowy, to słychać, jak do zbiornika lecą złotówki (śmiech). Mleczarnia odbiera mleko i człowiek wie, że coś zarobił. Że będzie coś za tę pracę. Myślę, że najtrudniejsza jest systematyczność. Każdego dnia, czy to niedziela, czy święto, trzeba poświecić czas, aby gospodarkę oporządzić.

 

Satysfakcja jest?

 

Praca na roli zawsze ją daje, bo człowiek widzi, jak z niczego, z małego ziarenka rodzi się coś wielkiego. Że jego trud nie idzie na marne. Ale bywa też ciężko, gdy pogoda lub zwierzyna wyrządzi szkody. Takie straty po prostu bolą.

Reklama

 

Był pan też przez dwie kadencje radnym...

 

I zrezygnowałem. To etap już zamknięty. Zostawiłem to za sobą. Na pracę społeczną trzeba mieć po prostu czas. Gdy prowadzi się gospodarkę nigdy nie ma się go za wiele. A ja nie lubię robić czegoś na pół gwizdka. Jeśli mam coś udawać, to wolę za to się w ogóle nie zabierać.

 

Gospodarstwo stale się rozwija?

 

Trzeba inwestować, dokupywać nowy sprzęt, bo inaczej człowiek się cofa. Ostatnio kupiliśmy trzy nowoczesne ciągniki, które znacznie usprawniły nam pracę. Ale sam sprzęt to za mało. Gdyby nie Michał, żona, czy pomoc pozostałych dzieci, a bywa, że i sąsiadów, to człowiek nie zdążyłby tego wszystkiego ogarnąć. Niestety, w rolnictwie jest duży problem z ludźmi do pracy. Dotyka to niemal każdego gospodarstwa.

 

Jest czas na jakieś hobby?

 

Niewiele, ale próbuję go znaleźć (śmiech). Jestem myśliwym i czynnym strażakiem OSP. Nawet naczelnikiem (śmiech). Działam w straży od 1992 roku. To takie moje dwie pozarolnicze pasje.

 



Komentarze do artykułu

Napisz

Galeria zdjęć

Reklama

Reklama


Komentarze

Reklama