Wtorek, 28 Kwiecień
Imieniny: Sergiusza, Teofila, Zyty -

Reklama


Reklama

„Tłusta” tradycja z różanym wkładem


Pączki pojawiają się w domu rodziny nie tylko z okazji „tłustego” święta, bo apetyt daje znać o sobie niekoniecznie w zgodzie z kalendarzem, ale na koniec karnawału, w zapusty, pączki bezwzględnie muszą być. Krzenzkowie są wyznania ewangelickiego, ale nie sądzą, by tradycja tłustego czwartku wiązała się w ja...


  • Data:

Pączki pojawiają się w domu rodziny nie tylko z okazji „tłustego” święta, bo apetyt daje znać o sobie niekoniecznie w zgodzie z kalendarzem, ale na koniec karnawału, w zapusty, pączki bezwzględnie muszą być. Krzenzkowie są wyznania ewangelickiego, ale nie sądzą, by tradycja tłustego czwartku wiązała się w jakiś sposób z religią. - Nie wiem, ale pączki po prostu były zawsze, tyle że nazywaliśmy je, po mazursku „szmalckuchen”, bo smażone były na smalcu – opowiada pani Adela. - Najwcześniejsze tradycje zna moja mama, dziś już 82-letnia, a my, cóż, musimy tę tradycję nieco modyfikować, bo czasy inne.

Modyfikacja dotyczy na przykład samego wypieku. Dziś pączki smażone są już głównie na oleju. - Bo nie ma już takiego smalcu, jaki był dawniej. W gospodarstwie każdy hodował co najmniej jedną świnkę na własny użytek i jak się taką ubiło, to słonina była gruba na dłoń albo i lepiej. Jak się taką na smalec wytopiło, to był prawdziwy smalec. Tej współczesnej to już się tak wytopić nie da – dodaje pan Reinhard. - Koniecznie trzeba było do ciasta dodać łyżkę alkoholu, w ostateczności octu, wtedy pączki nie nasiąkały tłuszczem, były lekkie i puszyste. Pomagałem w domu rodzinnym, w Rudce, i teraz też. Moim zadaniem jest wyrobienie ciasta drożdżowego na te pączki, bo to, wbrew pozorom, kawał ciężkiej pracy. Przez kilka lat miałem „przerwę” w tym pieczeniu, ale jakieś dwanaście lat temu, gdy żona pracowała, a ja miałem akurat wolne, to wróciłem do kuchni, gotowania i pieczenia.

Państwo Adela i Reinhard mają trzy córki – jak powiada żartem ojciec – w dość dużych odstępach. - Między pierwszą a drugą jest siedem lat różnicy, a między drugą i trzecią aż dziesięć – mówi. - Wszystkie jeszcze do wzięcia, wszystkie w domu. Dla rodziny na ten jeden czwartek pieczemy tych pączków z kilograma mąki. Wychodzi około 40 sztuk. Panny za bardzo o linię nie dbają, przynajmniej z tej okazji, więc te czterdzieści pączków to akurat.

Córki piec umieją, choć nie zawsze czas im na to pozwala. Najstarsza pracuje jako fryzjerka, więc cały dzień na nogach to wystarczy, by nie mieć już sił na stanie przy stolnicy i garze. Środkowa studiuje, więc podobnie z czasem krucho. - Najmłodsza Wiktoria za to bardzo chce pomagać, garnie się do pieczenia, ale jej jeszcze na wszystko nie pozwalam, bo jednak trochę za mała – mówi pani Adela. - W tym wieku, tak po prawdzie, to wszystkie dziewczynki garną się do kuchni, ale jak dorośleją, to im jakby trochę ta pasja mija – dodaje ze śmiechem.


Reklama

Pączkową tradycją rodzinną jest także nadzienie – koniecznie osobiście przygotowane w ramach robienia jesiennych zapraw. - Mamy niewielki ogród, jest trochę własnych owoców, czasem dostajemy je od rodziny czy znajomych – mówi pani Adela. - Robię z nich konfitury i dżemy, do pączków osobny, bo musi być gęściejszy. Staram się do tego dżemu dodawać też owoce dzikiej róży, które dają wspaniały smak. Poza tym jakichś szczególnych tajemnic związanych z pieczeniem pączków nie mam. Wydaje mi się tylko, że kiedyś, gdy smażyło się te pączki na piecu opalanym drewnem, były lepsze, a już na pewno lepszy był chleb i ciasta pieczone w tych starych, kaflowych piecach wiejskich. Nie zawsze więc technika jest korzystna, mimo że z nią wygodniej. - I te „przemysłowe” pączki też robi się inaczej. Jestem przekonany, że są one nadziewane już po upieczeniu, stąd na przykład taka różnorodność tego nadzienia w tych „kupnych” pączkach – dodaje pan Reinhard.

Tłusty czwartek to nie tylko pączki, to także faworki, zwane chrustem oraz trochę podobne do pączków oponki. - Faworki to chyba zrobiły się modne nie tak dawno. Jak pamiętam od najmłodszych lat, w domu zawsze na tłusty czwartek piekło się pączki i nadal je piekę – komentuje pani Adela. - Zdarza się, rzadko, że ich nie upiekę, gdy np. zachoruję. - Ale wtedy się ratujemy wyprawą do sklepu – dodaje konspiracyjnym szeptem pan Reinhard.

Wiktoria, najmłodsza córka państwa Krzenzków, twierdzi, że już chciałaby sama, bez niczyjej pomocy upiec rodzicom pączki, ale mama na to jeszcze nie pozwala. Dziewczynka za bardzo się nie upiera, bo ma swoją inna pasję – śpiew, a ulubioną wykonawczynią młodziutkiej, bo 11-letniej Wiktorii jest Anna German. Gdy natomiast jest zestresowana, słucha... „Marsza Radetzkiego” Johanna Straussa. Cała rodzina jest zresztą muzycznie usposobiona i uczestniczy w pracach chóru Cantabo, który działa przy szczycieńskiej parafii ewangelicko-augsburskiej.

 

Halina Bielawska

 

Reklama

 

APLA

 

Przepis na pączki wg Reinharda Krzenzka

 

1 kg mąki tortowej

8 żółtek

szczypta soli, cukier waniliowy (całe opakowanie), aromat migdałowy, 2 łyżki alkoholu

6 dkg świeżych drożdży

pół kostki masła

2 szklanki mleka (3,2%)

szklanka cukru

 

Drożdże należy rozdrobnić w jakimś naczyniu, dodać dwie łyżki mąki (przesianej), dwie łyżki cukru, z pół szklanki lekko podgrzanego mleka i odstawić w ciepłe miejsce do wyrośnięcia. Przesiewamy resztę mąki do miski, dodajemy żółtka, masło, pozostałe składniki, masło lekko rozpuszczone i te wyrośnięte drożdże, i wyrabiamy ciasto tak długo, aż dobrze odchodzi od rąk i się już nie klei. Wtedy miskę przykrywa się płótnem i pozostawia do wyrośnięcia w dość ciepłym miejscu, np. przy kaloryferze. Jak ciasto wyrośnie (jak co najmniej podwoi swoją objętość i zacznie „wychodzić” z miski), formujemy pączki: na rozklepany „placek” nakładamy dżem, zamykamy, formujemy w kulkę i układamy na stolnicy. Znowu czekamy, aż pączki wyrosną, wtedy wkładamy je do garnka z mocno rozgrzanym tłuszczem (olejem lub smalcem) i smażymy.

 



Komentarze do artykułu

Napisz

Reklama


Komentarze

Reklama