Niedziela, 3 Maj
Imieniny: Longiny, Toli, Zygmunta -

Reklama


Reklama

Radna z przekonania, społecznik z marzeń


Mundur, prawo i mandat radnej – to podstawowe etapy aktywności społecznej i zawodowej Ewy Czerw. Miała swoje małe i wielkie sukcesy, miała swoje porażki, miała chwile trudne, jak i szczęśliwe... jak każdy człowiek. O tych sukcesach i porażkach, o chwilach przyjemnych i złych r...


  • Data:

Mundur, prawo i mandat radnej – to podstawowe etapy aktywności społecznej i zawodowej Ewy Czerw. Miała swoje małe i wielkie sukcesy, miała swoje porażki, miała chwile trudne, jak i szczęśliwe... jak każdy człowiek. O tych sukcesach i porażkach, o chwilach przyjemnych i złych rozmawiamy podsumowując miniony rok i wcześniejsze lata.

Pani Ewo, pamiętam z podwórkowej piaskownicy, jak szła pani w mundurze do pracy... Budziła pani podziw dziewczynek i pewnie sporo zazdrości w sąsiadkach, którym dane było tylko zajmowanie się domem i wychowywaniem dzieci. Uzyskanie wykształcenia, oficerskich gwiazdek, stanowiska wykładowcy nie było z pewnością łatwe...

Nie. Szczególnie wobec kobiety stawiano duże wymagania, bo wówczas kobiet nie przyjmowano tak chętnie do służb mundurowych. Zaczęłam pracę w WSPol., która wtedy nazywała się SOMO, w bibliotece i zaocznie, mając roczne dziecko studiowałam prawo. Mąż też studiował w tym samym czasie i jakoś dawaliśmy sobie radę. Owszem, przy pomocy sąsiadów i znajomych. Ludzie byli w stosunku do siebie bardziej otwarci, przyjaźnie nastawieni, chętni do pomocy. Pod tym chociażby względem wspominam tamte czasu z ogromnym sentymentem. Gdy skończyłam studia i zwolnił się etat w wydziale prawa, uzyskałam stanowisko wykładowcy. Mój przełożony kontrolował i poprawiał, jak trzeba było, nie tylko to, jak jestem przygotowana do wykładów, ale jak mówię, jak się poruszam itp. Tłumaczył, że jeśli mam wymagać od studenta poprawności, sama muszę być bez zarzutu.

Nauczała pani...

Różnie. Prawa państwowego czy karnego na przykład. Ale najdłużej, kiedy już powstała WSO w 1975 roku, wyspecjalizowałam się w prawie cywilnym i uczyłam go do przejścia na emeryturę w marcu 1992 roku.

I niewiele później została pani miejska radną?

W domu siedziałam dwa lata i były to chyba najgorsze, a już z pewnością najbardziej nudne lata. Ja zawsze byłam aktywna, pracowałam w organizacjach, prowadziłam pogadanki na tematy prawnicze dla dzieci i młodzieży w mieście i w powiecie. Psychicznie czułam się bardzo źle. Trochę wcześniej przeprowadziłam się z ul. Piłsudskiego na Tetmajera. Tam skrzyknęłam sąsiadów, poprawiliśmy estetykę, posialiśmy trawę, nasadziliśmy krzewów... Ludzie mnie poznali jako społecznika i namówili, bym startowała w wyborach. I tak zostało do dziś.

To już osiemnaście lat. Czyli można powiedzieć, że jest już pani pełnoletnią radną. Jak to wyglądało politycznie?

Na początku weszłam do rady jako radna niezależna. Na krótko związałam się z SLD, ale szybciej się rozstałam niż zżyłam i gdy w szeregach tego ugrupowania zaczęło się dziać brzydko, przeszłam do Ziemi Szczycieńskiej – komitetu utworzonego przez Kazimierza Oleszkiewicza. Weszłam do Rady Miejskiej z tego ugrupowania razem z Danusią Stefanowicz. To była czwarta kadencja z burmistrzem Bielinowiczem. Nie miałyśmy klubu, więc zaproszone przez Henryka Żuchowskiego przyłączyłyśmy się do Forum Samorządowego i tak to trwa.


Reklama

Jak pani postrzega swoją rolę radnej na przestrzeni tych lat?

Zawsze startowałam pod hasłem: służyć miastu i jego mieszkańcom, więc zasadniczo najbliższe są mi wszystkie sprawy, które mieszkańcom ułatwiają życie. Byłam za oczyszczalnią, za utworzeniem lotniska, za powołaniem strefy ekonomicznej, bo to elementy, które w perspektywie i przy prawidłowej realizacji musiały przynieść korzyść mieszkańcom. Nie mówi się na sesjach o sprawach, którymi radni zajmują się na co dzień, niejako prywatnie, a przynajmniej ja na pewno. Nieustająco pomagam ludziom w ich sprawach osobistych, indywidualnych: tłumaczę przepisy, pomagam poruszać się w gąszczu prawa, piszę pisma procesowe, doradzam, a tych, którzy z osobistymi problemami się do mnie zgłaszają, wcale nie jest mało.

Przyznaję, że źle mi się pracuje jako radnej opozycji, a dokładniej rzecz biorąc – nie podoba mi się obecnie praca w komisjach. Zawsze starałam się każde zagadnienie zgłębiać, lubiłam i lubię wiedzieć co, skąd i dlaczego. Zadaję więc sporo pytań, ale nie zawsze kwestia jest w pełni omówiona. Może dlatego, że nie wszyscy radni są tak dociekliwi. Niewiele też, niestety, jest obecnie działań takich, które uważam za dobre z lat poprzednich. Z miejskiego budżetu finansowaliśmy zakupy sprzętu, nawet samochodów dla policji i straży, nawet dla szpitala, bo to przecież też wsparcie dla mieszkańców miasta. Społecznie jestem też w zarządzie koła emerytów i rencistów przy WSPol., gdzie zajmuję się sprawami socjalnymi członków. Wiele czasu poświęcam też pracy w Towarzystwie Opieki nad Zwierzętami i współpracy z miejscowym schroniskiem. Dostajemy już ten 1% z podatków, ale tylko ten, który w deklaracji jest wyraźnie przeznaczony dla oddziału w Szczytnie. Wpływa on do nas dopiero w listopadzie, a jest na co wydawać. Kupiliśmy np. nosze do transportu zwierząt rannych w wypadkach, maty ocieplające, mnóstwo szczepionek, karmy dla zwierząt w schronisku. Prowadzimy też mnóstwo działań innych, które nie są bezpośrednio związane z wydatkami, np. w zakresie adopcji zwierząt. Gdyby wymieniać wszystkie działania stowarzyszenia w Szczytnie, to miejsca by nie starczyło.

Miniony rok... Co w 2012 było dla pani najbardziej przykre, a co najmilsze?

Najbardziej przykra była sprawa związana z procesem lustracyjnym. Zostałam posądzona o kłamstwo, do czego w ogóle się nie poczuwałam. Nie chciałabym już tego roztrząsać. Powiem tylko, że cały ten proces, przesłuchania, interpretacje faktów stosowane przez IPN to jeden wielki stres. Ostatecznie wygrałam, gdy w drugiej instancji sąd uznał, że oskarżenia są bezpodstawne. Może to zabrzmi dziwnie, ale ten proces był jednocześnie źródłem tego, co było najmilsze. Pierwsze – to pismo Rady Miejskiej, w którym wszyscy, mimo że w wielu kwestiach politycznych i miejskich się nie zgadzamy, jednogłośnie stanęli w mojej obronie. To pismo świadczy o tym, że moi „wrogowie” w radzie doceniają moją pracę, szanują mnie. Naprawdę ten gest był dla mnie niezwykle ważny i bardzo mi pomógł wzmacniając psychicznie. Drugi, podobny aspekt wynikał z reakcji mieszkańców miasta. Nie spotkałam się z żadnym tzw. „złym spojrzeniem”, wszyscy mnie uspokajali, podkreślali, że nie warto się martwić.

Reklama

Miłych zdarzeń było znacznie więcej. Społeczne: po dwunastu latach „walki” mam zbudowaną ulicę Drzymały, choć oczywiście to nie tylko moja zasługa. Prywatne i rodzinne: mój pierwszy wnuczek skończył roczek. Długo czekałam na wnuka, bo wnuczki mam już dorosłe. Jedna z nich lada moment obdarzy mnie prawnuczkiem, z czego bardzo się cieszę.

Pani Ewo! Czyli rok 2013 przyniesie pani zaszczytne miano prababci. Nie chcę być źle zrozumiana, ale moim zdaniem zupełnie pani na ten tytuł nie zasługuje. Jak to? Prababcia – to w pojęciu potocznym starowinka o lasce, w chuścinie na resztce włosów drepcząca co niedzielę do kościółka, jeśli siły i zdrowie pozwalają, a zwykle nie pozwalają... Pani z pewnością taką babinką nie jest...

Ooo, to zastrzeżenie powinno być zgłoszone cztery lata temu, bo ja już tak długo jestem prababcią. I miło mi, że mogę weryfikować stereotypy. Czas chyba najwyższy, żeby wszyscy, w tym także, a może przede wszystkim media, zaczęli uznawać, że ludzie w podeszłym wieku mają prawo nie tylko do życia w ogóle, ale do życia aktywnego i twórczego. Prababcia – to tylko nazwa związana z następstwem pokoleniowym. Ja, póki co, nawet babcią się nie czuję, a że niedawno udało mi się zrzucić też sporo nadprogramowych kilogramów, to w ogóle czuję się jak niespełna „trzydziestka”, nawet jeśli ta niespełna trzydziestka brakuje mi do setki.

Plany na najbliższy rok?

Mnóstwo! Chociaż, niestety, czuję, że czas płynie zbyt szybko, bo wielu planów, zamierzeń i marzeń zapewne już nie uda mi się zrealizować. Nie na wszystkie wystarczy sił. Kamień z serca by mi spadł, gdyby zapadły decyzje dotyczące budowy nowego schroniska zgodnie z planami. Byłabym zadowolona, gdyby nie wypadły z planu inwestycyjnego te ulice, które są zaplanowane, np. Paderewskiego. Marzy mi się to, by mieszkańcy Szczytna żyli dostatniej, by mieli mniej codziennych problemów. Chciałabym, aby więcej było możliwości wspierania zdolnej młodzieży, byśmy mieli w niedalekiej przyszłości mądrych następców.

Zostawmy już ten mandat i sprawy publiczne. Niech pani powie o swoich prywatnych, ludzkich nadziejach i marzeniach

Jako 18-latka marzyłam o studiowaniu historii, ale się nie udało, bo warunków materialnych rodzina nie miała. Marzyłam później o dobrym mężu, spokojnej, kochającej się rodzinie – to mam. Ale chyba najbardziej zawsze chciałam mieć dość sił i energii, by zachować swoją aktywność – i to też mam. Z tego, co chciałam mieć, o czym marzyłam – mam więc więcej niż mniej. Mam dobrych przyjaciół, dobrych sąsiadów, w miarę godne życie. Czego chcieć więcej?

Rozmawiała Halina Bielawska







Komentarze do artykułu

Napisz

Reklama


Komentarze

Reklama