Tygodnik Szczytno

Czwartek, 17 Wrzesień
Imieniny: Jagienki, Kamili, Korneliusza

Reklama

Reklama

O nagłych rozstaniach – felieton Jerzego Niemczuka

Wiadomość o śmierci Maćka Cichockiego dotarła do nas, kiedy wracaliśmy z podróży. Na pogrzeb dotarliśmy w ostatniej chwili. Nawigacja najpierw nas zaprowadziła na stary cmentarz w Brwinowie, a potem pod nieczynną bramę na właściwym cmentarzu. Miałem zamiar powiedzieć o nim parę ciepłych słów. Lakonicznie, bo on co prawda lubił rozmowy, jednak nie monologi. Kiedy dołączyliśmy do żałobników, było już po przemowach.

  • O nagłych rozstaniach – felieton Jerzego Niemczuka.
  • Data:

Teresa, żona Maćka, nie widziała mnie na oczy, ale od razu rozpoznała. Padliśmy sobie w ramiona z jego córką, Mają, która przyleciała na pogrzeb ze Stanów. Jako pierwsi w jej życiu kąpaliśmy ją. Wzruszyły mnie ostatnie jej zdjęcia z ojcem, z których emanowała czysta, wzajemna miłość.

 

Maciek wracał wcześniej trzy razy do zdrowia po ciężkiej chorobie, wydawało się, że wszystko już w porządku. Nie na długo. Zabił go wylew.

 

Zanim wyniosłem się z Warszawy na Mazury, byliśmy blisko. Napisałem po raz pierwszy w życiu krótki szkic o jego obrazach w „Kulturze”. Jeden wyrwałem mu z gardła, kiedy go próbował pociąć nożem z powodu rzekomych niedostatków. Maciek był bezkompromisowym perfekcjonistą. Ręce mu jednak opadły, kiedy mu poradziłem, żeby sobie raczej ucho obciął wzorem van Gogha.

 

Obraz wisi u mnie do tej pory w moim mazurskim domu i robi wrażenie.

 

Maciek nie miał formalnego wykształcenia, ale był autentycznym erudytą, człowiekiem wszechstronnie oczytanym, inteligentnym samoukiem, wybitnym w malarskim fachu. Nie znam drugiego malarza w Polsce, który by mu dorównywał talentem w realistycznym przedstawianiu martwej natury. Niedoceniony, inny od wszystkich, perfekcyjny w detalach, co zapewne budziło zawiść mniej starannych autorów i niechęć krytyki, która realizm uznawała za anachronizm.


Reklama

 

Więcej satysfakcji od recenzji dała mu reakcja jednego ze znanych wówczas krytyków, który próbował ręką przepłoszyć muchę namalowaną w centrum jednej z kompozycji.

 

Nie szukał aplauzu, dążył do doskonałości. Był mistrzem w pełnym znaczeniu tego słowa. Martwe przedmioty pod jego pędzlem stawały się sugestywną opowieścią o przemijaniu. Opadłe płatki kwiatów, więdnące owoce. Piękno podszyte rozkładem.

 

Jego obrazy w osiemdziesiątych latach kupowali na pniu Holendrzy. Nie bez powodu. Większość twórczego życia poświęcił Cichocki na studiowanie tajników flamandzkiego światłocienia.

 

W ostatnich latach jego niezwykłe obrazy zaczęły budzić coraz większe zainteresowanie. Był znakomitym uczniem i kontynuatorem holenderskich mistrzów. Wykonywał też ich znakomite kopie. Gdyby tylko zechciał, mógłby zostać polskim van Meegerenem, który – przypomnę – tworzył repliki jakością nieustępujące w niczym oryginałom, ale równie zręcznie podrabiał oryginalne podpisy.

 

Lubiłem jego poczucie humoru, oryginalne, dotkliwe, ironiczne, ale nie raniące nikogo, chyba że chodziło o niereformowalne kanalie.

 

Reklama

W ostatnich latach nie mieliśmy okazji się spotykać. On zaszył się w rodzinnym Brwinowie i tam uprawiał swój ogródek, ja w Piecach.

 

Kiedy zdarzało się nam rozmawiać przez telefon, było tak, jakby ledwie parę dni minęło, a nie lat. Wydawało się, że na kolejne rozmowy mamy jeszcze czas. Żal, że nagle go zabrakło.

 

W parę dni później zaskoczyła mnie kolejna śmierć bliskiej osoby. Adam Myjak, rzeźbiarz, jeden z najwybitniejszych polskich twórców. Z nim też znałem się od ponad pół wieku. Kilka lat przepracowaliśmy razem w „Nowym Wyrazie”, gdzie Adaś w ciągu kilku lat zaprezentował dorobek kilkudziesięciu malarzy i rzeźbiarzy – kanon polskiej sztuki współczesnej. Dwie dekady temu Adam miał wernisaż w Szczytnie.

 

Już ze szpitala umawiał się na nagranie „Pocztu świrów polskich” z Janem Wołkiem. Na cieplejsze dni, kiedy wiosna będzie w rozkwicie i rzeźby zaprezentują się okazalej.

Jerzy Niemczuk



Komentarze i materiały powiązane pojawią się poniżej.

Więcej materiałów podczas przewijania.

Reklama