Niedziela, 15 Luty
Imieniny: Arnolda, Jowity, Georginy -

Reklama


Reklama

„Na Mazurach czuję połączenie ze wszechświatem”. Karina Zembrzuska o powrocie, sztuce i samotności twórcy


Kilkanaście lat spędziła w Irlandii, ale to mazurskie lasy okazały się silniejsze niż emigracyjne bezpieczeństwo. – Jak mam umierać, to na Mazurach – mówi dziś bez ironii Karina Zembrzuska, artystka ze Szczytna, która po latach wróciła do miejsca, gdzie natura, samotność i sztuka splatają się w jedną opowieść. 

 



Zacznijmy światowo (śmiech). Kilkanaście lat mieszkałaś w Irlandii. Jak Ci tam było?

W pięknej Irlandii długo czułam się jak u siebie w domu, jednak po kilkunastu latach poczułam tęsknotę za Mazurami, brakowało mi lasów, tego ich swojskiego cichego piękna. Tu najlepiej wypoczywam, ładuję baterie, czuję harmonię i połączenie ze wszechświatem. Moją decyzję o powrocie przyspieszyła pandemia. Kiedy jeszcze nie było wiadomo o co chodzi, cały świat opanowała histeria, podjęłam decyzję – „Jak mam umierać, to na Mazurach!” (śmiech). Zaraz po lock-downie spakowałam się i wróciłam.

 

I trafiłaś do Miejskiego Ośrodka Kultury w Pasymiu...

Tak. Wkrótce po moim powrocie Danuta Choroszewska-Clausen, ówczesna dyrektor MOK w Pasymiu, zaproponowała mi współpracę. To był strzał w dziesiątkę. Jestem jej bardzo wdzięczna. W kulturze trudno jest o godziwe pieniądze, ale robię to, co lubię. Jestem na swoim miejscu. Ktoś tę kulturę musi robić! Wariaci-pasjonaci, którzy zdają sobie sprawę jakie to ważne.

 

Mam wrażenie, że kultura nie jest zbyt doceniana. Co o tym myślisz?

Sztuka, kultura to sprawy bardzo istotne dla społeczeństwa, narodu. Zapominamy, że twórczość jest istotą człowieczeństwa i jego świadectwem. Sztuka, ta przez duże „S”, ma jeszcze jedną magiczną właściwość – kiedy nikt nie ma odwagi powiedzieć prawdy i to właśnie ludzie sztuki mają tę szczególną zdolność, aby obiektywnie przyjrzeć się ludzkiej kondycji, czy rzeczywistości i subiektywnie to wyrazić. Zwykle się im wybacza, bo są przecież „szurnięci” (śmiech). Albo sprytnie przemycają prawdę, nieczytelną dla ignorantów, jak to było z fenomenalną polską szkołą plakatu za komuny. Jednak kiedy się chce zgładzić naród – to zaczyna się właśnie od nich - od ludzi kultury, sztuki i nauki. Niedawno się dowiedziałam, że z nowym rokiem w Irlandii artyści i pracownicy sektora kreatywnego będą mieli wypłacaną stałą pensję od rządu – ponad trzysta euro tygodniowo, aby mieli więcej czasu na pracę twórczą, nie martwiąc się o chleb. Czyż to nie cudowne? Wsparcie to podkreśla rolę artystów we wzmacnianiu kultury i społeczności. A w Polsce? Daleko nam i naszym rządzącym do przyjęcia takiej perspektywy.

 

Myślisz, że takie niewielkie miejskie, czy gminne ośrodki kultury mają znaczenie na kulturalnej mapie kraju?

Jak najbardziej. To najczęściej w domach kultury rodzą się przyszli artyści. Modzi ludzie rozpoczynają swoją edukację artystyczną, budują swoją wrażliwość. Ja też tak zaczęłam. Za dzieciaka chodziłam do szczycieńskiego MDKu na akrobatykę, pantomimę, aż wreszcie trafiłam do pracowni plastycznej Danki Choroszewskiej, no i tak mi już zostało (śmiech). Z jej pracowni wyszło wielu lokalnych artystów, to między innymi: Kasia Wolicka-Kozak, Bartek Myślak, Przemek Kozak, Ola Górska. Razem z nimi zdobywałam pierwsze szlify, właśnie w pracowni u Danki.


Reklama

 

Kiedy się ostatnio spotkałyśmy, powiedziałaś mi, że dla Ciebie sztuka była ekstazą ale też udręką. Co miałaś na myśli?

Długo od tej swojej sztuki uciekałam. To była właśnie ta „udręka i ekstaza” (śmiech). Ironizuję trochę – jest taka książka Irvinga Stone'a. Kończyłam z nią „na zawsze”, ale po dwóch, trzech latach, jak bumerang powracała potrzeba tworzenia. W wielkim skrócie - przerywałam naukę w trzech średnich szkołach artystycznych, zamiast na ASP do Gdańska, poszłam na dziennikarstwo w Olsztynie. Zanim jednak skończyłam studia, po współpracy z „Naszym Mazurem” i Gazetą Wyborczą w Olsztynie. Wiedziałam, że to nie moja bajka. Potem, kiedy byłam w Irlandii, po pewnym czasie zapisałam się na kursy wieczorowe rysunku i malarstwa do National College of Art and Design w Dublinie. Po jakimś czasie trafiłam na studia dzienne projektowania graficznego... ale to wszystko było przeplatane przerwami z mocnymi postanowieniem pożegnania sztuki na zawsze!

 

Byłaś niespokojnym duchem, po drodze jeszcze była pedagogika...

Pedagogika przyszła do mnie, kiedy wpadłam na pomysł, aby pracować z dziećmi poprzez sztukę. Kilka lat pracowałam w przedszkolu, pomagałam instruktorowi sztuki w dublińskim ośrodku kultury.

 

Tak sobie myślę, że uciekałaś od sztuki. A może od czegoś innego?

Sztuka zawsze kojarzyła mi się z samotnością. Z trudem pełnym samotności, bo to nie jest bułka z masłem. To jest wysiłek zarówno umysłowy jak i fizyczny. Ludzie nie zdają sobie z tego sprawy, mówiąc „To jest sztuka? Ja też bym tak namalował”.

 

Może nie chciałam być samotna? Teraz, kiedy wiem, że samotność jest integralną częścią naszego życia, kiedy ją oswoiłam - jestem gotowa tworzyć! (śmiech).

 

Z tego co wiem, to jednak trochę tworzyłaś, ale nie wystawiałaś zbyt często swoich prac.

Nie, bo na dodatek mam twórcze ADHD i wciąż ciągnie mnie w przeróżne kreatywne strony, które wymagają wysiłku i czasu na poznanie i opanowanie techniki. Nigdy też nie miałam tzw. parcia na szkło. Onieśmielało mnie, kiedy ktoś mówił „ojej, to ty jesteś artystką, masz talent”, czy coś w tym rodzaju... ja chciałam być normalna (śmiech). Artyści, żeby dobrze się czuć eksponowani, powinni mieć w sobie odrobinę ekshibicjonizmu, trochę jak aktorzy, ja nie miałam tego pierwiastka. Wciąż się tego uczę. Zawsze wolałam stać w cieniu, słuchać i obserwować, niż mówić i być widzianą.

 

Artysta jednak nie tworzy wyłącznie dla siebie. Powinien prezentować swoje prace i będziemy mieli okazję zobaczyć Twoją autorską wystawę. Opowiedz coś o niej.

Reklama

To będzie mała wystawa w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Szczytnie. Zaprezentuję kilka wybranych prac z cyklu „Opowieści drzew”. To obrazy, które zalicza się do dziedziny sztuki zwanej cyfrową – połączenia fotografii z ręczną obróbką komputerową. Ale to nie AI!

 

To projekt, który rozpoczęłam kilka lat temu. Wyraz mojego zachwytu przyrodą, pięknem drzew, poświęcony historiom-obrazom jakie znalazłam na ich pniach.

 

Wspomniałaś, że najbardziej urzeka Cię brzoza.

Brzozy to moje ulubione drzewa - mają przepiękną korę, na której jest mnóstwo gotowych obrazów, tworzonych przez samą Naturę. To swego rodzaju zabawa – odczytywanie tych „drzewnych opowieści”. Spostrzegłam je, zrobiłam zdjęcia, potem nieco wydobyłam rysunkiem, tak, żeby były czytelne dla innych. Starałam się pozostawić je w prawie nietkniętej formie, zostawić też niedopowiedzenia i pole dla wyobraźni odbiorcy. To nie będzie duża wystawa, ale dla mnie jest specjalna. Symboliczna. Zamknięcie pewnego osobistego cyklu. To właśnie w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Szczytnie, jakieś 30 lat temu, miałam pierwszą „poważną” wystawę zbiorową wraz z innymi młodymi ludźmi ze Szczytna. Zatem kiedy kilka miesięcy temu Adrianna Trzepiota, dyrektor biblioteki w Szczytnie wyszła z propozycją zrobienia wystawy, przyjęłam ją z dużą radością.

 

 

Fot. - Najlepiej czuję się na Mazurach, w otoczeniu lasów i jezior. Są w moich genach – mówi Karina Zembrzuska.

 

 


 

Karina Zembrzuska jest artystką działającą w obszarze szeroko pojętej sztuki wizualnej. Zajmuje się m.in. sztuką cyfrową, fotografią i grafiką, jednak pociąga ją wszystko, co wiąże się z procesem twórczym - od grafiki i malarstwa, po różne formy rękodzieła. W swojej twórczości najczęściej sięga do natury, traktując ją jako źródło największego piękna i inspiracji.

Jest certyfikowaną projektantką graficzną, a jej droga edukacyjna obejmuje także dziennikarstwo oraz pedagogikę. Mieszka w Szczytnie, pracuje w Miejskim Ośrodku Kultury w Pasymiu, gdzie realizuje działania związane z kulturą i edukacją artystyczną.


 

 



Komentarze do artykułu

Napisz

Reklama


Komentarze

Reklama