Grzegorz Sabala urodził się w Świdnicy na Dolnym Śląsku. Po prawie 28 latach służby wojskowej w 8. Szczycieńskim batalionie radiotechnicznym z końcem stycznia rozstał się z mundurem i przeszedł na emeryturę.
Grzegorz Sabala urodził się w Świdnicy na Dolnym Śląsku. Po prawie 28 latach służby wojskowej w 8. Szczycieńskim batalionie radiotechnicznym z końcem stycznia rozstał się z mundurem i przeszedł na emeryturę.
Chorąży prywatnie
Ma dwóch synów, z których starszy wyemigrował zarobkowo do Irlandii, natomiast drugi został z ojcem. Jest zapalonym wędkarzem i aktywnym członkiem szczycieńskiego koła Polskiego Związku Wędkarskiego. Przez kilka lat był komendantem Społecznej Straży Rybackiej. Swoją pasję do wędkowania wyniósł jeszcze z domu rodzinnego. – Właściwie zacząłem wędkować już w wieku 4 lat. Mój dziadek zabierał mnie na ryby i taki wypad trwał na ogół dwa dni. Zabierał mnie swoim motorem do odległego o 60 kilometrów Jeziora Otmuchowskiego, które właściwie było sztucznym zbiornikiem zaporowym wybudowanym jeszcze w latach dwudziestych ubiegłego wieku. Gdy w 1991 przybyłem do Szczytna, to jeśli chodzi o wędkowanie stwierdziłem, że jest tu właściwie Eldorado dla każdego wędkarza – opowiada pan Grzegorz i dodaje, że dopiero poznając nasze miasto i okolice mógł zobaczyć jak naprawdę wyglądają jeziora. Na południu Polski, skąd pochodzi, właściwie nie ma jezior. Są tylko sztuczne zbiorniki lub rzeki.
Rodzinna „niespodzianka”
- 1988 roku wraz ze swoim znajomym zrobiła mi „niespodziankę”. Podczas gdy ja kończyłem zdobywać zawód ślusarza, oni zanieśli moje dokumenty do WKU i załatwili za mnie wszystkie niezbędne formalności związane z przyjęciem do szkoły chorążych – wspomina dalej. Po jakimś czasie pan Grzegorz otrzymał z WKU Lublin wezwanie do stawienia się przed komisją w związku ze skierowaniem do szkoły. – Zdenerwowałem się trochę, że zrobili to bez mojej wiedzy, ale teraz, jak spojrzę na to z perspektywy czasu, to śmiało mogę stwierdzić, że bardzo dużo im zawdzięczam. Mieszkaliśmy wtedy już w Puławach, mieście niezbyt dużym, z niewielkim rynkiem pracy. Jedynym dużym zakładem były znane puławskie „azoty”.
Dalsze działania związane z wojskową edukacja przyszły chorąży wziął już w swoje ręce. W 1988 roku zdał egzaminy do Szkoły Chorążych Personelu Technicznego Wojsk Lotniczych w Oleśnicy, jednak ze względu na ograniczoną liczbę miejsc nie został przyjęty. Niejako w zamian dostał się do Centralnego Ośrodka Wojsk Łączności w Legnicy, gdzie służył jako kadet przez 3 lata.
Jak trudno być... chorążym
Należy tu obalić pewne mity związane z ówczesnym szkolnictwem wojskowym. Dostać się do jakiejkolwiek uczelni wojskowej nie było łatwym wyzwaniem. Sukcesem było także jej ukończenie. - Nasza kompania w 1989 roku liczyła 165 kadetów. Do promocji dotrwało tylko 62. Grzegorz Sabala był szkolony z zakresu pracy na radiostacjach średniej mocy: R-140. - Prawda jest taka, że jeśli się wówczas nie uczyłeś, to nie było szans na ukończenie szkoły chorążych i przystąpienie do promocji. Jeden z naszych wykładowców już na drugim roku wskazał palcem na kadetów i jasno określił, kto skończy szkołę, a kto nie. W naszym plutonie było 26 kadetów, a skończyło 9 – opowiada już emeryt.
„Bratnia” wymiana sportowa i towarowa
Jednostka, w której służył Grzegorz Sabala stacjonowała nieopodal jednostki radzieckiej. Stosunek liczbowy żołnierzy polskich do radzieckich wynosił 1:10. Sowieci zajmowali w mieście blisko 400 budynków w tzw. kwadracie, czyli wydzielonej i ogrodzonej części Legnicy. Były tam m.in. dwa sklepy, trzy hotele, osiem klubów oficerskich i dziewięć szpitali – oczywiście na wypadek wojny. - Wojska radzieckiego było bardzo dużo. Często ze sobą rywalizowaliśmy sportowo. Prawda jest taka, że rzadko kiedy udawało nam się z nimi wygrać i nie było to nam z góry narzucone, po prostu naprawdę byli dobrzy. Na ogół wszyscy żołnierze radzieccy, których miałem okazję poznać, tłumaczyli nam, że do Polski trafili w ramach wyróżnienia. Przeważnie byli to sportowcy – tak bynajmniej twierdzili, a jak było naprawdę, tego chyba nikt nie wie. Razem z nimi odbywaliśmy ćwiczenia. Jako żołnierze mieliśmy ten przywilej, że mogliśmy chodzić do sklepów znajdujących się na terenie jednostek radzieckich. Nie ukrywam, że w owym czasie były one bardzo dobrze zaopatrzone w porównaniu do naszych, gdzie towary w większości były reglamentowane na tzw. kartki. To, co najbardziej nas drażniło, to fakt obecności w takich sklepach 80% naszych towarów, gdy w tym samym czasie w naszych, polskich sklepach półki świeciły pustkami. Ceny w porównaniu do polskich nie różniły się znacznie, jednakże ich sklepy były bardzo dobrze zaopatrzone.
Lipowiec? A gdzie to?
W 1991 roku młody chorąży, jako jeden z najlepszych podczas egzaminów miał prawo wyboru jednostki, w której będzie służył. Pan Grzegorz dostał do wyboru: Kraków Balice, Warszawa Bemowo i Lipowiec. - Gdy zapytałem swoich przełożonych, gdzie ten Lipowiec jest, to niestety – nie uzyskałem jasnej odpowiedzi. Po powrocie do domu wziąłem mapę do rąk i zacząłem Lipowca szukać. Znalazłem ich aż sześć i myślałem, że chodzi o Lipowiec koło Leszna, gdzie stacjonowało wówczas sporo naszych jednostek. W tym czasie odwiedził mnie kolega, też wojskowy i mnie do tego Lipowca zachęcił, bo sam tam służył jako nawigator. Tak więc wybrałem Lipowiec – wspomina żołnierz.
Marny początek: lasy, pola i Romowie
Niezbyt mile był zaskoczony, gdy okazało się, że – owszem – pojedzie służyć do Lipowca, ale zupełnie innego. Słowo się jednak rzekło, a w wojsku się go nie zmienia tak łatwo. Na Grzegorza przyszedł więc czas, spakował manatki i w końcu wyjechał do Lipowca. - Do Szczytna zawitałem o 5 rano i do godziny 7 musiałem przeczekać w poczekalni dworca PKP. Przeraziłem się gdy tam wszedłem: wszędzie porozkładane koce i coś co przypominało pierzyny. Szczycieńską poczekalnię „zaadaptowała” na noclegownię pochodząca zapewne gdzieś z Bałkanów jakaś cygańska rodzina. Dwie godziny wolałem jednak spędzić na zewnątrz.
W końcu o 7 rano wsiadł do autobusu jadącego w kierunku Lipowca i jak twierdzi: „wyruszył w nowe i nieznane” - Wysiadłem przy jednostce i ogarnęła mnie rozpacz: Gdzie ja trafiłem? Do zielonego garnizonu? A może to już jest koniec świata? - opisuje swoje pierwsze wrażenia. Młodszy chorąży, który dotychczas służył w jednostkach znajdujących się w dużych miastach, był w niemałym szoku. Lipowiec - nie dość, że daleko od miasta, to wokół tylko pola i lasy. - Właściwie to nawet nie wiedziałem wcześniej, że dostanę przydział do Wojsk Radiotechnicznych, bo prosiłem o przydział do Wojsk Lotniczych.
Radiotelegraficzna kariera
Na miejscu zdziwionego i jeszcze niechętnie do jednostki nastawionego młodego żołnierza przyjął ówczesny dowódca jednostki kapitan Janusz Boratyński. Młodszy chorąży Grzegorz Sabała rozpoczął pracę w 8 batalionie radiotechnicznym jako dowódca radiostacji, następnie jako dowódca plutonu, kierownik radiowego centrum nadawczego, a po restrukturyzacji Sił Zbrojnych w 2001 roku, został wyznaczony na stanowisko komendanta ochrony. - Jeśli chodzi o staż na tym stanowisku to byłem najstarszym komendantem w Siłach Powietrznych – podkreśla starszy chorąży sztabowy, bo w takim stopniu Grzegorz Sabala zakończył czynną, zawodową służbę.
Zapuszczone korzenie
Mimo mało zachęcających pierwszych wrażeń pan Grzegorz mocno związał się z jednostką w Lipowcu i Szczytnem, gdzie mieszka od bez mała dwudziestu pięciu lat. Związał się tak mocno, że swoje emerytalne plany również łączą się z jednostką. Zamierza, ze względu na nabyte uprawnienia, nadal strzec wojskowych obiektów, ale już nie w żołnierskim mundurze, a cywilnym – ochroniarskim. Swoje plany na najbliższą przyszłość pan Grzegorz nadal wiąże z jednostką w Lipowcu, ale nie jako mundurowy, ale ze względu na nabyte uprawnienia - pracownik firmy ochraniającej kompleks koszarowy. - Pamiętam swój przyjazd we wrześniu 1991 roku. Szczytno sprawiało wrażenie małego i niezbyt rozwiniętego miasta. Jednakże przez to minione ćwierćwiecze wiele się zmieniło. Obecnie jest to miasto ładne i zadbane. W Szczytnie spędziłem większą część swojego życia i bynajmniej nie zamierzam się z niego wyprowadzić i zamienić na inne miasto.
Kazik straciłeś w moich oczach po ostatnim wywiadzie i nie tylko w moich. Żyj sobie dalej w Hiszpanii. Mniejsze zło...? Zabawne.
Na starość zwariował
2026-04-26 13:06:22
Poziom zarządzania systemem PODSTAWOWEJ opieki zdrowotnej sięgnął dna! Starosta nie zapewnia mieszkańcom najważniejszej potrzeby. Nie ma kasy na dyżur apteki, ale jest na podwyżki wynagrodzeń. Folwark zwierzęcy Orwella! Niesamowicie pomocni sobie, nie ludziom!
Ja
2026-04-25 22:31:24
Zdzisław Zioło niekompetentny juror wg mnie. Nieprzygotowany do oceniania młodych, nie potrafi dobrać słów w ocenie, raniąc delikatne, wrażliwe osoby.
Ja
2026-04-25 19:57:51
Emil i Mieszkaniec mają rację, jeszcze nikt nie poznał zasad działania zakładu a już wielki krzyk się robi! Taki zakład to rozwój miejscowości i niezależności młodych mieszkańców .
Olo
2026-04-25 08:52:04
A może by tak napisać w końcu artykuł o zwolnieniach w Ikei? No tak...to nie pasuje do tych artykułów o ciągłych sukcesach tutejszych władz...jak to by wyglądało.
Tytus
2026-04-25 07:54:17
No I super
Joanna
2026-04-24 06:28:34
Pamiętam pierwszą edycję, Pani Agata też wówczas była jurorem. To wspaniała inicjatywa, która zapoczątkowała Pani Ewa Przychodzka, cudowna nauczycielka!
M
2026-04-23 22:24:49
Pan Tomasz jako nieliczny zabiera głos na sesji. W większości rada to słupy,bez własnego zdania. Przez dwa lata nie zabierają głosu w dyskusji.
Wyborca
2026-04-23 20:15:43
no to auto na wizualizacji wjeżdża w płot. Jakie to premium?
j23
2026-04-23 13:02:35
A ten policjant to jakoś się nazywa?
Zły Porucznik
2026-04-23 08:45:41