Czwartek, 25 Lipiec
Imieniny: jakuba, Krzysztofa, Walentyny -

Reklama


Reklama

Zawsze znajdzie się jakiś problem... - felieton Leszka Mierzejewskiego


To był maj 1999 rok - straciłem posadę dyrektora Zespołu Opieki Zdrowotnej w Szczytnie, więc niezwłocznie powinienem znaleźć jakieś odpowiednie zatrudnienie, żeby „wyjść z twarzą” i godnie żyć z czteroosobową rodziną...



Z tym, że wówczas były inne czasy i przyszłość specjalnie snu mi z powiek nie spędzała. Miałem skończone studia wyższe, specjalizacje dwóch inżynierów w kieszeni, uprawnienia budowlane, liczne wyuczone zawody i odpowiednią praktykę. W tamtych latach kolegów nie szukało się z ogarkiem w ręku, my sami siebie, bez problemów wspomagaliśmy.

 

Nie to co teraz, że po spadnięciu z fotela – ważne persony przez długi okres poszukują posady. Więc w pierwszych dniach maja, dzięki koledze Januszowi J., udało mi się od ręki rozwiązać problem zatrudnienia. Jego przyjaciel, a mój znajomy był burmistrzem i „z marszu” mogłem zatrudnić się jako urzędnik w szczycieńskim magistracie.

 

Nie leżała mi specjalnie ta robota, ale postanowiłem, że ją wezmę, dopóki nie znajdę czegoś stosowniejszego. Nie pasowało mi, że musiałem mieć nad sobą kilku szefów i to ja bezpartyjny - z klucza partyjnego. Ponadto w moim wydziale zatrudnieni byli sami faceci, męskie towarzystwo, psiakrew...

 

Bo z moim CV trafiłem do wydziału inwestycji. Przyjaciele pocieszali mnie, że w pobliskich biurach pracują ładne dziewczyn, do wyboru do koloru. Pouczali mnie - jednocześnie pocieszając, że wśród chłopów nie ma konkurencji, nienawiści i podjudzania.

 

 

Jakoś to mi nie poprawiało humoru, pomimo że z biegiem lat przekonałem się, że były to prorocze słowa - moje najszczęśliwsze lata pracy. Ale zarazem najtrudniejsze początki bycia urzędnikiem samorządowym, bo musiałem nauczyć się biegle obsługiwać komputer. W tych latach w Polsce dobiegł końca okres komputeryzacji w administracji samorządowej.

 

Na marginesie wspomnę, że praca w wydziale inwestycji była nie do przeorania, po prostu kierat. Mieliśmy wszystkiego po trochu, groch z kapustą, jak w sklepie typu mydło i powidło. A że inne wydziały nas nie wspomagały, więc na brak roboty nie narzekaliśmy. Po drugie i oczywiste, jako przystojni faceci zaczęliśmy być wykorzystywani przez płeć przeciwną. Bez przerwy nachodziły nas dyrektorki szkół z zastępczyniami, naczelniczki wydziałów lub dyrektorki podległych zakładów – przy wszelakiego rodzaju remontach, ewentualnie nowych inwestycjach lub przy zorganizowaniu przetargów publicznych...

 

Lata owocnie mijały, burmistrzowie jak rękawiczki się zmieniali. Jedni byli super, inni średniacy, a i trafiali się do kitu. Dziś zastanawiam się, gdzie zakwalifikuje się obecny burmistrz? Na razie wszyscy obserwują i oczekują. Gros, co stworzył jego poprzednik nie rusza, część przestawia na nowe tory - oby lokomotywa mu się nie wykoleiła. W maju tego roku miałem przyjemność odbyć „burzę mózgów” z nowym burmistrzem. Po godzinnej konsultacji połowicznie doszliśmy do porozumienia. Odniosłem wrażenie, że za dużo stawia na doradztwo „podpowiadaczy”. Oby aberracyjne podpowiedzi nie zniszczyły dobrych rozwiązań...

 

 

Powracając do męskiej „świętej trójcy”, która pracowała ze mną w wydziale inwestycji, tylko jeden Wiesław K. pozostał wierny urzędowi, ale niespodziewanie odszedł z tego świata w ubiegłym roku. Drugi, Janusz W. zastąpił mnie na stanowisku dyrektora Zakładu Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowej, gdy w 2009 roku odszedłem na wcześniejszą emeryturę.

 


Reklama

Obecnie mamy 2024 rok. Po 15 latach, w kwietniu tegoż roku znów pośrednio związałem się z magistratem; w roli przewodniczącego jednej z dwudziestu obwodowych komisji wyborczych w Szczytnie. Żeby być wiarygodnym, dodatkowo liznąłem trochę teoretycznej wiedzy w tym temacie, bo praktycznymi doświadczeniami zostałem nafaszerowany w trakcie wyborów w dniu 7 i 21 kwietnia 2024 r.

 

W konsekwencji, najbardziej przerażają mnie koszty, które ponieśliśmy i jeszcze musimy ponieść w tym roku (do europarlamentu) i w 2025 roku (wybory prezydenta naszego kraju)... Tak, tak, chodzi o kasę, bo nasze państwo musi wydać wielki szmal na zorganizowanie wszystkich wyborów. Nie wszyscy zdają sobie sprawę, że to właśnie każdy z nas płaci. Nie bezpośrednio z portfela, ale z naszych podatków. Ostatnio stało się modne powiedzenie: za „rządowe pieniądze”, a dlaczego nie za „obywatelskie pieniądze”? Każde wybory, to multum lokali wyborczych, a w nich obłędna ilość członków komisji.

 

Wybory prezydenckie z 2020 roku kosztowały Polaków ponad 300 mln zł. Bieżące wybory, wg mojego rozliczenia, są o wiele droższe! Nie tylko w związku z inflacją, ale ze względu na zwiększenie liczby lokali, a tym samym komisji wyborczych, podniesienie diet dla ich członków. Wzrosły też ceny papieru i innych materiałów. Do tego koszty kampanii, bo partie obecnie mogą wydać nawet ponad 100 mln zł. Obłęd. W ostatnich 20 latach rząd wydał na organizację wszelkiego rodzaju wyborów 2,1 mld zł. Należy do tego doliczyć około miliarda złotych na kampanie partii politycznych, które również utrzymują się głównie z naszych podatków.

 

 

Łącznie 3 mld zł na organizację procesu wyborczego. Nie podważam faktu, że wybory muszą się odbywać i nie podważam ich przebiegu - ale czy muszą być organizowane z takim przepychem i „gigantomanią”? Za pracę w komisjach przysługują dni wolne, zwrot kosztów podróży oraz noclegów. Ponadto dieta: 700 zł zarabia członek, 800 zł zastępca, 900 zł przewodniczący komisji wyborczej. W drugiej turze wyborów członkowie komisji otrzymują diety o połowę niższe. Nie są to bajońskie sumy, porównując do zarobków obecnych przeciętnych dygnitarzy, ale zastanawiam się, po jakiego czorta rozbudowane są aż tak składy komisji obwodowych? Przykładowo przedstawiam nasze szczycieńskie podwórko: 7 osób w obwodach odrębnych i 11 osób w pozostałych obwodach.

 

Przecież wystarczyłyby komisje 5-osobowe w obwodach odrębnych i 7-osobowe w pozostałych obwodach. Dlaczego w takim niespełna 22-tysięcznym mieście Szczytno tworzy się aż 17 siedzib obwodowych i 3 odrębne siedziby komisji wyborczych, razem 20 składów osobowych komisji w ilości 208 osób. A w powiecie, a w naszym województwie, a w Polsce?

 

Armia... Zdaję sobie sprawę, że to nie leży w urzędniczych kompetencjach, ale może ktoś tam na samej górze się opamięta i przetnie gigantomanię wyborczą, usprawniając przebieg wyborów... Patrząc na przykładzie naszego powiatu, po „jaki czort” tworzone są dwie główne komisje wyborcze: tj. miejska i powiatowa, w których zasiadają sztaby ludzi. Wystarczyłaby jedna „miejsko-powiatowa”, maksimum 7-osobowa.

 

Pracowałaby w tym samym obiekcie na ul. Sienkiewicza 1 w Szczytnie. Powiem więcej, nie rozumiem dlaczego mamy aż tak rozbudowaną ilość wyznaczonych siedzib obwodowych komisji wyborczych? Anomalia, kiedyś gdy Szczytno liczyło więcej mieszkańców, było mniej lokali wyborczych i proporcjonalnie była większą frekwencja wyborcza. Ludzie pchali się drzwiami i oknami do lokali.

Reklama

 

 

Dziś wyborcy mają lokale pod nosem, są przystosowane dla niepełnosprawnych, można głosować korespondencyjnie, można być dowiezionym... Ale to wszystko „psu na budę”, większość społeczeństwa nie głosuje, bo scena polityczna jest mało przejrzysta dla przeciętnego obywatela. Trzeba na okrągło uświadamiać społeczeństwo o lokalnej polityce, a nie tylko przed, czy w trakcie wyborów. Przeciętni ludzie, jeżeli głosują, to głosują na byle kogo, byle jak, byle oddać głos.

 

Zapytałem swoją sąsiadkę, tuż po głosowaniu: - Na kogo oddała głos? - Ja nie wiem! - Ale kogoś Pani wskazała? - dopytywałem. - Tak, na tych na pierwszych miejscach, bo tak mi było najłatwiej. Więc esencją wyborów są aktualne wyniki. Gdybym był władny, to natychmiast zmniejszyłbym liczbę siedzib komisji oraz zmieniłbym nie tylko kryteria doboru składów powiatowo-miejskich komisji, ale i doboru członków terytorialnych komisji wyborczych.

 

Krzywo się patrzymy, że w składach znajdują się ludzie wytypowani przez pełnomocników wyborczych, a wskazani z partii politycznych startujących w wyborach, ewentualnie z pozostałych komitetów wyborczych. W większości są to ci sami ludzie, od wyborów do wyborów. Co do składu miejskiej komisji wyborczej w mieście Szczytno - zdążyłem naliczyć 12 osób, w większości protegowanych urzędników. Wiem, że głową muru nie przebiję, że niniejszym felietonem nic nie zmienię, ale czy w składach komisji wyborczych, jak i w składach obwodowych komisji nie powinni zasiadać przedstawiciele zarejestrowanych organizacji społecznych?

 

 

Jest z czego i gdzie wybierać - można składy obsadzić wartościowymi i bezpartyjnymi ludźmi, co wykluczy przyszłościowe podejrzenia o szachrajstwa wyborcze. Ponadto i to natychmiast zlikwidowałbym stałe obwody głosowania w zakładach leczniczych, domach pomocy społecznej i w aresztach. Dla przykładu w mieście Szczytno powołałbym jeden skład 5-osobowej komisji, która spełniłaby wymogi przeprowadzenia głosowania - ale za pomocą urny pomocniczej.

 

Np. w areszcie od godziny 7.00 do godziny 10.30, w szpitalu powiatowym od godziny 11.00 do godziny 14.30, i w domu pomocy społecznej od godziny15.00 do godziny 21.00. Warunek, poinformowanie zainteresowanych o możliwości głosowania na piętrach lub przy łóżkach obłożnie chorych. Wykluczam wówczas przyszłościowe głosowanie 2 osób w areszcie, czy brak chętnych do oddania głosu w szpitalu. Obecna frekwencja, to absurd do kwadratu! Stuprocentową frekwencję odnotowuję się w dniu wyborów, ale w składach komisji wyborczych oraz wszelkiego rodzaju współpracowników.

 

Co zrobić, żeby było lepiej, przede wszystkim należy przewrócić „do góry nogami” uchwałę Państwowej Komisji Wyborczej (117 stron), gdzie trzeba zaorać zbędne wytyczne i biurokrację typu nadmiernej dokumentacji z głosowania. Konkludując było to moje pierwsze i ostatnie zetknięcie z tą formą obsługi wyborów. Pomimo, że pieniądz nie śmierdzi, to lepiej go nie zarabiać w formie diety, a spać spokojnie – po prostu mieć czyste sumienie!

Tekst Leszek Mierzejewski

e-mail:leszek.mierzejewski@gazeta.pl



Komentarze do artykułu

Napisz

Galeria zdjęć

Reklama

Reklama


Komentarze

Reklama