bieganie to przecież niejedyny sport, jaki uprawia. Aktywny jest nieustannie, mimo że niedługo już dźwigać będzie ósmy krzyżyk. Można tylko pozazdrościć kondycji i samozaparcia. Skromny, bez wielkich oczekiwań i żądań, nie walczył o laury i zaszczyty. Wciąż jeździ, gra, a nawet... śpiewa, bo aktywność to po...
bieganie to przecież niejedyny sport, jaki uprawia. Aktywny jest nieustannie, mimo że niedługo już dźwigać będzie ósmy krzyżyk. Można tylko pozazdrościć kondycji i samozaparcia. Skromny, bez wielkich oczekiwań i żądań, nie walczył o laury i zaszczyty. Wciąż jeździ, gra, a nawet... śpiewa, bo aktywność to po prostu taki jego sposób na życie. I o tym życiu oraz życiowych pasjach ze Stefanem Jankowskim rozmawiam.
Skąd jesteś?
Z Habdzina, nieopodal Konstancina-Jeziornej, gdzie zamieszkałem dokładnie 22 września 1938 roku, bo wtedy się urodziłem. Nie mam szans na status kombatata, bo jak wojna wybuchła miałem niespełna roczek, a jak kończyła, to też jako kilkuletnie dziecko walczyć nie walczyłem. Niewiele zresztą z tego okresu pamiętam. Nie pamiętam nawet ojca. Walczył w kampanii wrześniowej, nie został w domu, gdy jego oddziały przechodziły przez rodzinną wieś, chociaż inni zostawali, nie widząc już szans obrony i poszedł dalej, i zginął nieopodal Chełma. Mama została sama z nami dwoma, bo miałem o dwa lata starszego brata. Wróciła więc wraz z nami do Maciejowic, do swojej rodzinnej wioski, do rodziców. Mama była krawcową i tak zarabiała na nasze utrzymanie. Jak przyjechaliśmy do Szczytna, to miałem na grzbiecie jeszcze koszulinę, uszyta przez mamę ze spadochronu.
A do Szczytna? W jakich okolicznościach trafiłeś?
Tuż po wojnie mama wyszła drugi raz za mąż, a z Kresów na ten teren sprowadził się jej szwagier i ściągnął ich czy raczej nas – do siebie. Ten szwagier był tu elektrykiem, a mój ojciec (chociaż po prawdzie ojczym) stolarzem i całe życie pracował w fabryce mebli. Do Szczytna przyjechaliśmy w 1947 roku. Wtedy chodziłem już do 2 klasy podstawówki. Później poszedłem do szkoły zawodowej, tej przy kościele i zostałem ślusarzem maszynowym.
I po szkole do pracy?
Takie były czasy. Pierwsza moja praca to ZRM PZM – Zakłady Ramontowo-Montażowe Przemysły Zbożowo-Młynarskiego. Po kilku miesiącach, wiadomo – do wojska, jesienią 1958 roku. Byłem wopistą w Białymstoku. Czas był gorący, to mi to wojsko przedłużyli i służyłem prawie trzy lata. Wróciłem później do Szczytna i do tych ZRM-ów, które zmieniły siedzibę i mieściły się wówczas na ul. Pola. Robota była głównie terenowa i to w obrębie dużego rejonu, bo to od Białegostoku po Bydgoszcz. A że te delegacje mi zbrzydły, to się przeniosłem do Stoczni Gdańskiej. Nawet remontowałem najbardziej znany nasz rudowęglowiec „Sołdek”. W tym czasie, dla utrudnienia, moja dziewczyna, a później żona, pracowała w Gliwicach. W Szczytnie skończyła ogólniak, została pielęgniarką i tam ja skierowali do pracy. Ostatecznie dogadaliśmy się co do wspólnego życia i miejsca, więc oboje wróciliśmy do Szczytna. Ona pracowała w szpitalu, ja trochę w fabryce mebli, później 10 lat w „Lenpolu”, a w 1977 roku, jak powstała „Unima” - zacząłem pracę tam. W międzyczasie skończyłem technikum w Olsztynie i w tej „Unimie” byłem starszym mistrzem na hali obróbki skrawaniem. Gdy zakład padł, a mi brakowało 2 lat do emerytury, to jeszcze przepracowałem później w szkole zawodowej, którą sam ukończyłem, jako nauczyciel zawodu. I tyle mojego życia, blisko osiemdziesięcioletniego.
Przypuszczam, że mnóstwo ludzi ci zazdrości sprawności i chciałoby dotrwać lat słusznych z taką aktywnością jak twoja... Skąd w tobie tyle sportowego zapału?
Nie wiem. Chyba zawsze tak miałem. Na nartach, takich prymitywnych, drewnianych, to jeździłem już w szkole podstawowej. W czasach mojej młodości w zakładach pracy sport był ważny. W większości działały kluby, drużyny, organizowane były spartakiady i inne zawody. W ZRM-ach grałem w siatkówkę. Krótki jestem, ale dobrze odbierałem. Co roku były organizowane różne zawody międzyzakładowe i ja zawsze startowałem, a to w biegach, a to w nartach, czy w siatce, czy w brydżu. To wszystko mi się po prostu bardzo podobało. Lubiem być aktywny, no i atmosfera tych rywalizacji była fajna. W Unimie jednak trochę chyba odpuściłem, i któregoś dnia zobaczyłem że... nie widzę czubków własnych butów. To zacząłem solidniej biegać i to stało się moją główna pasją. Jak w Szczytnie po raz pierwszy odbył się Maraton Juranda, to i ja wtedy w nim pobiegłem, pierwszy raz w życiu na tym dystansie.
Ale nie ostatni...
No nie. W Polsce biegłem chyba w każdym miejscu, gdzie biegi maratońskie były organizowane. Biegałem w Berlinie, Rzymie, w Paryżu, w Rotterdamie. Ukończyłem w życiu 120 maratonów, w tym kilka już w czasie, gdy skończyłem 70 lat, a także sporo krótszych biegów. To w sumie taki dystans, jakbym wokół równika Ziemię okrążył dwa i pół razy. Jak przebiegłem swój setny maraton, pod tym względem byłem na ósmym miejscu w kraju.
Fachowcy mówią, że takie intensywne ćwiczenia wymagają fachowych treningów, wskazówek itp.
Może i wymagają. Ja się sam uczyłem, czytałem książki, porównywałem, sprawdzałem, co mi pasuje. Osobiście uważam, że podstawą jest, by poznać swój organizm: jak reaguje, co może i później odpowiednio do tych możliwości ćwiczyć i trenować.
Sporo ludzi twierdzi, że jak już wiek starczy, czy choćby i starszy nadchodzi, to sił na takie sporty nie ma...
E tam, nie ma. Sił to by mi chyba nie zabrakło, gdyby nie pech. Gdyby nie kontuzja więzadła w kolanie, biegałbym dalej. Nawet nie doznałem tej kontuzji podczas biegania, a podczas zwykłych prac domowych. Dam zresztą przykład inny, z własnego podwórka. Nigdy nie chorowałem i też dopiero po 70. trafiłem do szpitala z zapaleniem opon mózgowych. Udało mi się też „trafić” boreliozę. Leczenie mocno mnie osłabiło. Po tych choróbskach ważyłem 46 kg i nie byłem w stanie wspiąć się po schodach do domu. Tym razem musiałem wziąć się znów za siebie, ale nie po to, jak poprzednio, by schudnąć, ale by przytyć. Wracałem do formy przez rok, powoli. Najpierw spacerami wokół domu, później trochę dalej, krótkimi wyjazdami rowerowymi. I z czasem mogę coraz więcej, odbudowuję swoje zdrowie aktywnością: jeżdżę rowerem, latem co najmniej 15 do 20 km, zimą teraz, tak co najmniej 10 km, chodzę a basen, jeżdżę na nartach. Już tej zimy przebiegłem na nartach 75 km. W tym mi kontuzja nie przeszkadza, bo kolano nie musi tak intensywnie pracować. Zresztą poza maratonami per pedes, biegi narciarskie też uprawiałem. Uczestniczyłem w 10 Biegach Piastów w Szklarskiej Porębie.
Masz czas na inne zainteresowania?
Dla odpoczynku grywam w szachy i w brydża, w tego ostatniego też sportowo. Ale istotnie, chyba powoli zmieniam też zainteresowania. Uznałem, że skoro wszystkie moje wnuczki posługują się komputerem i serfują po internecie, to ja też muszę. Wpisałem się więc do uniwersytetu trzeciego wieku, skończyłem kurs i mogę właściwie już uczciwie powiedzieć, że zostałem internautą, a na dodatek, nigdy nie uwierzysz... śpiewam w uniwersyteckim chórze. No, coś robić trzeba, siedzieć nie umiem. Odpocznę to już pewnie tam, na górce...
Taka aktywność musiała się łączyć z domowymi wyrzeczeniami. Wyjazdy na biegi to przecież spore koszty, a nawet jak to nie było problemem, to ciągle nie było cię w domu... Co rodzina na to?
Na biegi zagraniczne jeździliśmy grupą, to koszty się rozkładały. Zwykle tak to organizowaliśmy, żeby było jak najtaniej, ale też żeby i skorzystać. Na przykład podczas wyprawy do Rzymu zajechaliśmy też do Florencji, gdzie mieszkała rodzina jednego z biegaczy. Mogliśmy przenocować i zwiedzić to miasto. Często z biegów, z takich wyjazdów, gdy się jechało jedną noc w jedną stronę, biegło 50 km, kolejna noc też się spędzało w drodze, wracałem do domu o 5 rano, goliłem się i do pracy. Rodzina... Cóż, przyzwyczaili się. Żona zajmowała się domem, to ja mogłem sobie pozwolić na bieganie. Dzieci trochę biegały, nauczyłem oboje jeździć na nartach, wnuczka próbowała biegać i chętnie to robiła, ale jak przegrywała ze mną na 200 m, gdy ja już byłem po 60., to się zezłościła. Wszystkie wnuczki też jeżdżą na nartach. Ale trzeba przyznać, że na pewno rodzina wykazała sporo cierpliwości i wyrozumiałości, dzięki czemu ja mogłem aż tyle czasu poświęcać swoim sportowym hobby. Z pewnością winien jestem moim najbliższym największe słowa podziękowania, szczególnie żonie, a mamy już za sobą 50. rocznicę ślubu.
Zaraz... Wnuczki – mówisz? To tak się może, niestety, zdarzyć, że dziedzica nazwiska mieć nie będziesz, a może i swoich pasji?
A nie! Co prawda same dziewczyny się już ostały prawie, ale jedna z wnuczek wyszła za mąż za sympatycznego młodzieńca o nazwisku... Jankowski. Zatem nawet jak to już z innego rodu, to i tak takie same! Teraz już czekam na prawnuki. Wnuczka skończyła studia, dwa kierunki, zrobiła doktorat, prawo jazdy, jej mąż Lech, ten „nowy” Jankowski, też już zawodowo spełniony, chyba wszystko mają, to teraz już czas na dzieci, a dla mnie na prawnuki. Bo ja bym chciał jeszcze tę swoją prawnuczkę lub prawnuka nauczyć biegać, jeździć rowerem i na nartach...
Kazik straciłeś w moich oczach po ostatnim wywiadzie i nie tylko w moich. Żyj sobie dalej w Hiszpanii. Mniejsze zło...? Zabawne.
Na starość zwariował
2026-04-26 13:06:22
Poziom zarządzania systemem PODSTAWOWEJ opieki zdrowotnej sięgnął dna! Starosta nie zapewnia mieszkańcom najważniejszej potrzeby. Nie ma kasy na dyżur apteki, ale jest na podwyżki wynagrodzeń. Folwark zwierzęcy Orwella! Niesamowicie pomocni sobie, nie ludziom!
Ja
2026-04-25 22:31:24
Zdzisław Zioło niekompetentny juror wg mnie. Nieprzygotowany do oceniania młodych, nie potrafi dobrać słów w ocenie, raniąc delikatne, wrażliwe osoby.
Ja
2026-04-25 19:57:51
Emil i Mieszkaniec mają rację, jeszcze nikt nie poznał zasad działania zakładu a już wielki krzyk się robi! Taki zakład to rozwój miejscowości i niezależności młodych mieszkańców .
Olo
2026-04-25 08:52:04
A może by tak napisać w końcu artykuł o zwolnieniach w Ikei? No tak...to nie pasuje do tych artykułów o ciągłych sukcesach tutejszych władz...jak to by wyglądało.
Tytus
2026-04-25 07:54:17
No I super
Joanna
2026-04-24 06:28:34
Pamiętam pierwszą edycję, Pani Agata też wówczas była jurorem. To wspaniała inicjatywa, która zapoczątkowała Pani Ewa Przychodzka, cudowna nauczycielka!
M
2026-04-23 22:24:49
Pan Tomasz jako nieliczny zabiera głos na sesji. W większości rada to słupy,bez własnego zdania. Przez dwa lata nie zabierają głosu w dyskusji.
Wyborca
2026-04-23 20:15:43
no to auto na wizualizacji wjeżdża w płot. Jakie to premium?
j23
2026-04-23 13:02:35
A ten policjant to jakoś się nazywa?
Zły Porucznik
2026-04-23 08:45:41