Poniedziałek, 28 Listopad
Imieniny: Jakuba, Stefana, Romy -

Reklama


Reklama

Robert Żbikowski - nauczyciel wielu pasji i poglądów (Rozmowa „Tygodnika Szczytno”) [zdjęcia]


Robert Żbikowski, matura 1969, to nauczyciel z 30-letnim stażem. I choć od 20 lat jest już emerytem, jego uczniowie nadal z pietyzmem witają go słowami „Panie Profesorze”. Dzień Edukacji Narodowej to dobra okazja, by porozmawiać o szkole, pracy i życiu.



Po maturze studiował pan historię...

 

Zgadza się. W Toruniu, na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika. Tyle że nie cztery, a pięć lat, bo raz udało się oblać egzamin z... historii, ale starożytnej. Ostatecznie jednak zostałem dyplomowanym historykiem, a właściwie uprawnionym nauczycielem historii, bo był to kierunek pedagogiczny.

 

Spełnił pan swoje marzenia? Chciał pan być nauczycielem?

 

Dokładnie tak. Nawet dziś jeszcze chętnie bym nauczał, chociaż nie wiem, czy dałbym sobie radę ze współczesną młodzieżą.

 

Od zawsze chciał pan nauczać?

 

Właściwie dopiero na studiach. Wybrałem historię, bo to ona mnie zawsze interesowała, ale trzeba było też wymyślić, jak tę historyczną wiedzę wykorzystać w przyszłości. Padło na nauczanie jej innych, młodszych pokoleń.

 

I od zawsze w Szczytnie?

 

Nie. Zaczynałem w Żarach, w województwie zielonogórskim. Zostałem tam po odbyciu służby wojskowej w szkole oficerów rezerwy i praktyce w jednostce. Poszedłem to tamtejszej szkoły, gdzie był etat. Potrzebne było tylko mieszkanie, ale i to, w tamtych czasach, szkoły zapewniały. Wynajęto mi mały lokal, jeden pokój z piecem. Zamieszkałem tam już z żoną.

 

To znajomość wojskowa?

 

Ze studiów. Poznaliśmy się w Toruniu, a ślub brałem jeszcze przed wojskiem, w Zgierzu nieopodal Łodzi, bo żona stamtąd pochodziła. W Żarach „dorobiliśmy” się pierwszych dzieci – bliźniąt. To – można by powiedzieć – rodzinna tradycja, bo moja mama urodziła się jako bliźniak, ja też.

 

A gdzie pan się urodził?

 

Oczywiście, że w Szczytnie, dokładnie w 1950 roku.

 

Wtedy działało w Szczytnie Liceum Pedagogiczne, ale wybrał pan ogólniak...

 

Bo ja wcześniej myślałem właściwie o tym, że zostanę żołnierzem. Zawodowym. Przez to, że chciałem po maturze iść na WAT, naraziłem się zresztą dwom swoim nauczycielkom w ogólniaku: polonistce i rusycystce. Tak mi się przynajmniej wydaje, bo zacząłem mieć z nimi, znaczy z tymi przedmiotami, lekkie problemy, i z ich powodu nie zostałem dopuszczony do matury. Ale mi się i tak odmieniło, więc nie poszedłem na WAT, bo z matematyki orłem nie byłem.

 

I Szczytnie pan mieszkał?

 

Tak, ale rodzice prowadzili też gospodarstwo rolne. Mieliśmy trochę własnych gruntów w okolicy miasta, trochę rodzice dzierżawili. Dodatkowo tata pracował w pogotowiu, był sanitariuszem.

 

Wracamy do szkoły. W Żarach uczył pan...

 

Oczywiście historii, ale też wiedzy o społeczeństwie – to w szkołach zawodowych oraz propedeutykę nauki o społeczeństwie, to w technikum, a także geografii.

 

A kiedy wrócił pan do Szczytna i w jakich okolicznościach?


Reklama

 

Okoliczności nie należały do przyjemnych. Po prostu moje małżeństwo się rozpadło. Zajmowaliśmy już wtedy w Żarach duże mieszkanie, ale moja była już wówczas żona nieustannie żądała ode mnie wyprowadzki. To był już 1984 rok. Napisałem pisma – zapytania o pracę - do wszystkich kuratoriów w Polsce. Zewsząd uzyskałem odpowiedź, że praca jest, ale mieszkania nie ma. W końcu po prostu spakowałem manatki i przyjechałem do Szczytna. Poszedłem do ratusza, do wydziału oświaty i usłyszałem, że chyba w zawodowej dwójce jest jakieś miejsce. Poszedłem. Wtedy dyrektorem był nieżyjący już Henryk Prząda. Informację potwierdził. Etat, co prawda, miałem jako wychowawca w internacie, ale uczyłem. Tych samych przedmiotów co w Żarach, a z biegiem lat dochodziły inne, m.in.: przysposobienie obronne czy religioznawstwo.

 

Był taki przedmiot? Chyba krótko...

 

Był, ale rzeczywiście wchodził w skład programu nauczania zaledwie kilka lat. Zlikwidowany został chyba po wprowadzeniu religii do szkół. Młodzieży się podobał. Naprawdę. Ciekawiły uczniów religie, inne od tej jedynie słusznej, z którą mamy do czynienia na co dzień. To był dobry i przydatny przedmiot. Wpajał uczniom nie tylko wiedzę, ale głównie tolerancję.

 

Był pan uczniem, a zaledwie kilka lat później stanął pan po drugiej stronie „barykady”. Jak pan przyjął tę zmianę?

 

Ani na początku, ani w późniejszych latach nie byłem zbyt rygorystyczny. Starałem się traktować uczniów raczej po koleżeńsku. Chociaż, oczywiście, jeśli w swoich wybrykach przesadzali, musiałem reagować ostrzej. Gdy zaczynałem, kary w postaci np. lania uczniów po łapach, były jeszcze dopuszczalne, ale ich nie stosowałem. Najskuteczniejsza okazywała się „ostrość” naukowa: jak trzeba było skarcić uczniów, stawiałem im większe wymagania, robiłem dodatkowe sprawdziany czy klasówki. Jak w testach obowiązywała norma np. trzech odpowiedzi do wyboru, ja przygotowywałem tych wariantów pięć. Uczniowie mieli więc do wyboru: albo rozrabiać i więcej czasu spędzać z nosami w książkach, albo poświęcać nauce czas na lekcjach. A wybór był prosty, taki sam, jaki i ja miałem, jako uczeń.

 

A uczniowie? Jacy byli, gdy pan zaczynał pracę, a jacy, gdy pan ją kończył?

 

Na pewno różnice były spore. Wcześniejsze pokolenia młodzieży były bardziej zdyscyplinowane, powiedziałbym – lepiej wychowane. Inny był stosunek do nauczyciela, nie tylko ze strony uczniów, ale też i ich rodziców. A to może było nawet i ważniejsze. Dzisiejsi rodzice za wszelkie niedomogi swoich dzieci oskarżają nauczycieli i „biegają” do szkół z pretensjami, powiedziałbym kolokwialnie: z każdą pierdołą. Przed laty nic takiego nie miało miejsca, a może wręcz odwrotnie. Uczniowie, nawet jeśli narozrabiali w szkole, sami starali się dogadać z nauczycielami po to, by informacja o ich zachowaniu do rodziców nie dotarła. Czasem uczniowska niesubordynacja była więc nawet wskazana. Taką „zmowę milczenia” można było wykorzystać: nakazać czytanie dodatkowych lektur, przygotowanie jakiegoś referat, nauczenia się czegoś dodatkowo. Były to więc czasy, kiedy młode pokolenie czytało – dużo. Dziś prawie w ogóle. A książki – różne, to jedno z najlepszych źródeł kształtowania osobowości, poznania świata, życia i... siebie.

 

Rozumiem, że jest pan miłośnikiem książek...

 

Niezmiennie i wciąż od chwili, gdy tylko nauczyłem się czytać. Przyznam, że są osoby, które się temu dziwią. Pytają: po co? Odpowiadam, w zależności od nastroju, że bronię się w ten sposób przed alzheimerem albo mówię, że chcę mądrzejszy umrzeć.

Reklama

 

Do tego jeszcze daleko, jak sądzę, bo intensywnie ćwiczy pan nie tylko umysł, ale i ciało. Ci, którzy pana znają, zapewne zdziwiliby się, widząc pana chodzącego ulicami. Jest pan „przyrośnięty” do rowerowego siodełka...

 

Coś w tym jest. Dziennie „robię” jakieś 20-30 kilometrów. A czasem sporo więcej. Mieszkam przy ul. Partyzantów. Jadę rowerem rano po zakupy, coś załatwię, odwiedzę znajomych... i tak się uzbiera. Wcześniej sporo jeździłem z Kręciołami, teraz jeszcze czasami też, uczestniczę w rajdach czy innych imprezach. Ale wolę jeździć sam, decydować o tym, gdzie pojadę, w jakim tempie...

 

Wieść niesie, że nawet na zakupy jeździ pan rowerem do... Olsztyna.

 

Może nie tyle na zakupy, co rekreacyjnie, ale faktycznie się zdarzało i to dość często, ale już kilka lat temu. Teraz może już nie jadę rowerem do Olsztyna, ale mimo to jeżdżę po Olsztynie. Tam moja żona (ta druga) ma mieszkanie, a w nim ja – swój pojazd. Teraz te 20-30 km dziennie to niewiele. Robiłem dawniej i dłuższe trasy...

 

Najdalsza jaka?

 

Europy nie objechałem, parę razy jeździłem z Kręciołami do Częstochowy. Jakoś nie zależało mi nigdy na jakichś spektakularnych wyprawach.

 

I znów wróćmy do szkół. Pamięta pan jakieś szczególne wydarzenia, najlepiej humorystyczne, z czasów, gdy był pan uczniem i tych, gdy już pan nauczał?

 

Młodzież zawsze robiła różne szkolne psikusy, robiła, robi i robić będzie. Trudno mi więc opowiedzieć o jakimś szczególnym zdarzeniu z moich czasów szkolnych. Nie ukrywam, że trochę ich było. Przychodzi mi na myśl jedna rzecz, choć niekoniecznie śmieszna. Pewne jest to, że tak jak i dziś, tak i przed ponad półwieczem, młodzież korzystała z używek, bo zakazane najbardziej kusi. Dawniej nie było narkotyków, ale co tu kryć – przygodę z papierosami zaczynaliśmy wcześnie. Ja jeszcze w podstawówce. W ogólniaku najbardziej wytrwały w zwalczaniu palących uczniów był prof. Matelski, nauczyciel historii. Na tym paleniu mnie kiedyś nakrył. I chociaż było to po lekcjach, poza terenem szkoły, to dostałem ostrą burę, a później, mimo mojego upodobania do tego przedmiotu, miałem trochę, nazwijmy to, naukowych problemów w szkole. Od ponad 40 lat nie palę, na szczęście udało mi się rozstać z nałogiem. Gdy zostałem nauczycielem, palącej młodzieży też nie brakowało. Znaliśmy miejsca, gdzie się na przerwach uczniowie kryli „na dymka”. Ci pedagodzy, którzy pełnili dyżury na przerwach, mieli nakazane, by te miejsca „odwiedzać”. Zawsze był to jakiś „bat” na tę młodzież. Dziś z przykrością obserwuję młodych ludzi, zgromadzonych przy szkolnych wrotach, a niemal każdy z nich stoi z papierosem w ręku. I nikt na to nie reaguje. Dawniej od wychowywania byli rodzice, a rolą nauczyciela było takie kształtowanie dzieci i młodzieży, by to wychowanie przynosiło jak najlepsze skutki. Dziś o takiej współpracy, takim wzajemnym uzupełnianiu się rodziny i szkoły wiele się mówi, ale niewiele robi. Mówiłem wcześniej, że chętnie wróciłbym do nauczania, naprawdę lubiłem pracę z młodzieżą, tylko nie wiem, czy ze współczesną dałbym sobie radę. I to wcale nie dlatego, że młodzież jest gorsza. Gorsze są, niestety, rodzina i szkoła.



Komentarze do artykułu

Anna

Fantastyczny nauczyciel. Pozdrawiam serdecznie Pana Profesora

Ania

Mój Pan Profesor, cudowny nauczyciel i przyjaciel młodzieży.

Napisz

Galeria zdjęć

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama


Komentarze

Reklama