Magister sztuki, grafik komputerowy, zaledwie „dziesięciolatek” pod względem czasu bycia Mazurem, z urodzenia Ślązak, ale przede wszystkim twórca rzeczy niepowtarzalnych. Przyzwyczajeni do standardowych kalendarzy potrzebujemy mnóstwa wyobraźni, by ogarnąć te, które są dziełem Pawła. Skąd i dlaczego Paweł Piłat znalazł się w Szczytnie i skąd, i dlaczego chce przez w sumie 28 lat tworzyć kalendarzowe dzieła? O tym, między innymi, rozmawiamy.
Przyjechałeś do...
Klonu, dokładnie w 2009 roku, tuż przed zimowymi świętami. Po studiach w Akademii Humanistyczno-Ekonomicznej w Łodzi na kierunku projektowanie graficzne czas było wkroczyć w dorosłe życie i co najmniej zacząć się zastanawiać, co robić.
A czemu Klon?
Bo tu się zakorzeniło moje serce... Czyli po prostu miłość. W momencie, gdy zdecydowaliśmy się na wspólną przyszłość Beata, dziś już żona, pracowała w Rozogach, a ja jeszcze nie miałem zatrudnienia. Zdecydowałem więc, że to ja opuszczę swój rodzinny Śląsk, a dokładniej Gliwice i przeniosę się na Mazury.
Dość spora odległość jak na miłość...
O, to długa historia. Poznaliśmy się zimą, na weselu jakichś kuzynów, gdy mieliśmy po... 11 lat. Długo korespondowaliśmy, z biegiem lat coraz rzadziej... Wiadomo, każde z nas żyło w swoim świecie. A połączyła nas znów „nasza klasa”. Tam nawiązaliśmy kontakt, gdy już byłem niemal przy końcu studiów. Wcześniej wiele razy ją wspominałem, sądziłem, że pewnie już dawno jest z kimś związana, otoczona gromadką dzieci. To chyba musiała być jakaś karma. Gdy ją znalazłem na tym portalu okazało się, że akurat zerwała zaręczyny. Była więc cała dla mnie, a ja nie zamierzałem już jej drugi raz zostawiać. I tym sposobem ze Ślązaka stałem się Mazurem.
A jak z pracą? Grafikom nie jest pod górę?
Łatwo nie było, mimo wszystko. Najpierw pracowałem w Olsztynie przez rok. Później przez kilka lat uprawiałem tzw. freelancing, czyli byłem wolnym strzelcem, łapiąc zlecenia gdzie się da i jak się da. Jednocześnie założyłem działalność gospodarczą w zakresie grafiki komputerowej: reklam, stron internetowych itp., ale ograniczałem się do projektowania, wykonanie zostawiając innym. Działalność mam nadal, jednakże od trzech lat pracuję w ramach jednego zlecenia z branży hotelarskiej, projektując aplikacje do obsługi wewnętrznej hoteli.
A kalendarze?
To był sposób na oderwanie się od komercji i koniecznego zarabiania na rodzinę, a dwie córy (7 i 5 lat) to już wymagające panienki. Aczkolwiek pomysł z kalendarzami urodził się trochę wcześniej niż córki.
Skąd taki akurat pomysł?
Pierwszy kalendarz powstał z nudów, akurat też przed świętami. Kobiety nie dopuszczały do prac domowych, a przeszkadzać im nie chciałem. Ale zależało mi na kalendarzu, który zawierałby możliwie najwięcej różnych informacji. Powstał typowy kalendarz gregoriański w formie kołowej, określał też święta w trzynastu różnych religiach. Miał jeszcze formę papierową, zawierał obszerną legendę, opisującą wszystkie wskazane święta. Wielkiego popytu nie miał. Pierwszego z nich nie sprzedałem w ogóle.
Ale nie zrezygnowałeś?
Jak powiedziałem a... Kolejne miały już nabywców, chociaż wciąż marketing kuleje. Ale moje kalendarze nie bardzo nadają się też do powszechnego użytku, raczej nie zdałyby egzaminu wisząc np. w jakimś sklepie za ladą. Każdy z nich to odmienne, powiedziałbym wręcz – dzieło. Oparte są o podobny schemat czyli kalendarz gregoriański w formie kołowej, ale każdy zawiera inne informacje, inne ciekawostki, charakterystyczne dla świata, dla danego roku. Zmieniam też technikę. Ostatnie cztery są już drukowane na foliach. Na przykład najnowszy, na 2019 rok, składa się z czterech folii, każda w jednym, podstawowym kolorze, można te folie nakładać na siebie w dowolnej kolejności uzyskując tym samym odmienną kolorystykę całości. Folie są transparentne, więc każda z nich może być też prezentowana samodzielnie. Jedna z warstw zawiera dane dotyczące obszarów występowania różnych wyznań na świecie, druga – migracje ludzi od początków istnienia naszej rasy, a trzecia – sto największych miast na świecie. To – oczywiście – poza stałymi elementami: kalendarzem gregoriańskim, lunarnym, z zaznaczeniem pór roku i świąt tym razem aż czternastu wyznań. Drukuję je w niewielkiej, limitowanej serii 50 sztuk. Dotychczas opracowane kalendarze obejmują 10 ostatnich lat. Mam zamiar zrobić ich jeszcze... 18. Dokładnie tyle, ile trzeba.
Dlaczego akurat tylko 28?
Bo co tyle lat kalendarz gregoriański się powtarza. Układ dat: dni i miesięcy z kalendarza pierwszego będzie taki sam, jak byłby w kalendarzu nr 29. Zasadniczo można więc mieć tylko tych 28 kalendarzy i mieć zawsze aktualny przez stulecia.
Czyli chcesz przez 28 lat robić co roku nowy, niezwykle skomplikowany, ale i atrakcyjny kalendarz? To przecież dla wielu prawie połowa życia, no.. niech chociażby i 1/3, ale też ogrom...
Fakt. Wymaga to sporo determinacji i samozaparcia. Sam pomysł, by zajmować się jednym zagadnieniem z 28-letnią perspektywą wydaje się prawie utopijny. Ale mam już za sobą aż 10 tych kalendarzy, więc zostało tylko...18.
A jak je już wszystkie zrobisz? Jakie plany? Równie wieloletnie?
Cóż, będę już miał wtedy 54 lata, kto może przewidzieć tak odległą przyszłość... Na razie to nawet trudno mi przewidzieć co będzie za rok, bo każdy kalendarz to zupełnie coś nowego, tworzone od podstaw. Każdy jest znacznie bardziej skomplikowany, każdy wymaga więcej pracy, ale i każdy z nich jest, ja tak przynajmniej uważam, sztuką. Być może taką też opinię będą mieli jurorzy w Międzynarodowym Konkursie Kalendarzy Gregor, który odbędzie się w Stuttgardzie, w którym to konkursie zamierzam wystawić swój najnowszy kalendarz. Na podobnych konkursach organizowanych w Polsce zdarzało mi się już zbierać laury: drugie, trzecie miejsca i wyróżnienia.
Masz jeszcze czas na inne hobby?
Tak. Bo lubuję się również w fotografii analogowej, więc wiele spaceruję po lasach i polach, i robię zdjęcia. W większości do szuflady, ale też zdarza mi się je prezentować, między innymi na Olsztyńskich Biennale Sztuki. I między innymi z tego powodu zostałem na Mazurach, chociaż był moment w naszym rodzinnym życiu, że mogliśmy wrócić na Śląsk. Tam jednak do moich fotograficznych pasji brakowałoby mi klimatu i obiektów. Z perspektywy tych 10 lat wiem, że wolę Szczytno niż Gliwice.
Za co go kurwa karać , biednego człowieka
Ja
2026-02-27 11:55:43
Jacy ludzie są tępi...najlepiej wybić całe ptactwo, albo spowodować żeby się nie rozmnażało, albo wyciąć drzewa...ale o trawniku pod nimi to żaden tępak już nie pomyśli, bo to za trudne do ogarnięcia....zabetonowane łby.
nikoś
2026-02-27 10:55:32
nie wiedza gdzie wododzial gdzie zlewnia
ollsza
2026-02-27 10:28:32
W całości popieram! Brak chodnika i oświetlenia (a wręcz potrzebna byłaby sygnalizacja świetlna) to brak dbałości o bezpieczeństwo mieszkańców, a też przyjezdnych. Przydałyby się przynajmniej tzw. leżaki, by samochody zwalniały tempo. Mamy przecież w najbliższej okolicy szpital i straż pożarną! Ta droga to wojewódzka, krajowa, czy mieszana jeszcze z miejską, powiatową. Guzik mnie to obchodzi. Przy tej drodze mieszczą się markety, firmy - powinna być bezpieczna. A tymczasem radni miejscy zajmują się na sesjach guano w centrum Szczytna, bo ich koniec nosa sięga najwyżej Pl. Juranda. \"Wielbarska\" - masz rację!!!!!
Do \"Wielbarskiej\"
2026-02-25 06:25:19
Wspaniale by było , żeby z Nart do Jedwabna powstała ścieżka rowerowa . Teraz ten odcinek przwjechać rowerem , to jest horror
Rysa
2026-02-24 13:16:59
Olka , tak trzymaj i nie przejmuj się , że mówić o Tobie będą żeś czarownica :) Zioła Power !!!
Krzysztof Czaplicki / Fotograf
2026-02-24 10:36:10
To podepnijcie ul Wielbarska w Szczytnie bo miasto Szczytno zapomniało że w tej okolicy są tereny inwestycyjne i brak jest jakiejkolwiek infrastruktury. A Chce nadmienić że mamy XXI wiek. W zadupiu pod lotniskiem utopiono 60 mln pln a na reprezentacyjnej i wylotowej ulicy w stronę Warszawy brak chodnika, oświetlenia itp nie mówiąc o Internecie. Ale w sumie kogo to interesuje- tylko ludzi którzy rano do roboty idą rowem Pozdro
Wielbarska
2026-02-24 09:20:35
Brawo Krutek polaka ciągnie do domu ????????????????
Grzegorz
2026-02-24 06:23:06
Do Warszawy ze Szczytna przez Białystok ? To chyba zdecydowanie lepiej z przesiadką przez Olsztyn . Macie jeszcze jakieś fajne pomysły. PKS - y jeżdżą do Warszawy .Przez Ostrołękę to bym zrozumiał.
Stanley
2026-02-23 18:00:28
Do Mariana bez kompleksów. Włoska tawerna to tylko takie nazwanie miejsca na potrzeby komentarza do tego artykułu. Myślę, że nie potrzeba kończyć szkoły, żeby wiedzieć, że Włochy nie graniczą najzwyczajniej w świecie z żadnym oceanem. To było takie odniesienie do Włoch celowe, bez zbędnego wyjaśniania. Pan Wiesław ciągle bywa w przeróżnych miejscach więc napisałem akurat o państwie co się Włochy zwie. Mogłem napisać o Hiszpanii lub Portugalii i ich wyspach na oceanie, wtedy by był Pan zadowolony? Bez odpowiedzi.
Kamil
2026-02-23 15:41:37