Sobota, 22 Czerwiec
Imieniny: Pauliny, Sabiny, Tomasza -

Reklama


Reklama

...I że cię nie opuszczę aż do śmierci... Ale śmierć ich nie chciała. Czy życie będzie dla nich łaskawsze?


Rozmowa z Panem Jackiem (74 l.), który wraz z żoną chciał popełnić samobójstwo. Dwa tygodnie temu dwoje starszych ludzi próbowało odebrać sobie życie. - Nie udało się – mówi ze smutkiem 74-letni pan Jacek, mieszkaniec gminy Jedwabno. - Na drugą próbę brakuje mi odwagi... Gdy już w szpitalu pierwszy raz zamieniłem kilka słów z Ewą, powiedziała to samo: nie udało się...



To wydawało się proste. Rura podłączona do rury wydechowej starego volkswagena, po garści tabletek dla oszołomienia, by złagodzić żal i strach. Jeszcze tylko włączyć silnik, ostatni uścisk na pożegnanie…

 

- Naszym błędem było to, że nie zamknęliśmy drzwi. Chyba nieprzytomna już Ewa niechcący nacisnęła, drzwi się otworzyły… Wypadła… - Słowa wydobywają się z trudem z zaciśniętej krtani, na twarzy nikły ślad bezbrzeżnie smutnego uśmiechu i zaszklone łzami oczy.

 

Co doprowadziło tych dwoje do tak desperackiej decyzji?

 

Carpe diem

„Chwytaj dzień, bo przecież nikt się nie dowie, jaką nam przyszłość zgotują bogowie…” - do tych powstałych przed wiekami strof Horacego Ewa i Jacek stosowali się od początku wspólnego życia. Przez 47 lat. - Poszedłem kiedyś do kolegi z pracy. W fotelu siedziała dziewczyna. Nie widziałem jej twarzy tylko spodnie ogrodniczki, które miała na sobie. Dotarł do mnie delikatny zapach, chyba jakichś perfum i blask długich, rudych włosów.

 

Pomyślałem wtedy: to będzie moja żona. Zupełnie nie wiem, skąd ten pomysł. To było jak objawienie, o którym zresztą szybko zapomniałem – wspomina pan Jacek. - Jakiś czas później kolega umówił się z dwiema koleżankami przy Rotundzie. Pyta czy pójdę, bo jedna wpadła mu w oko, a drugą ktoś musi „zagospodarować”. Poszedłem. Okazało się, że chciał podrywać rudą. Ale to była ONA. Zastrzegłem, że ruda jest moja. To była miłość od pierwszego wejrzenia, jakich nawet w filmach nie ma. Coś absolutnie wyjątkowego…

 

Kolejne lata, już wspólne, upływały w dobrobycie. Ewa pracowała w państwowej firmie, Jacek był jubilerem, najpierw „na cudzym”, później prowadził własną działalność gospodarczą. Bawili się, podróżowali, wolny czas poświęcali przyjemnościom i spełnianiu marzeń. - Nie byłem tylko we Włoszech i Austrii. Ciężko pracowaliśmy, ale było za co żyć i po co żyć...

 

Carpe diem – chwytaj dzień... Żyli chwilą. Tak, jakby ani młodość, ani miłość nie miały nigdy przeminąć.

 

Spełnione marzenie początkiem życiowej tragedii

 

Jednym ze spełnionych marzeń była budowa domu w Burdągu, który często odwiedzali. Własnych zasobów nie mieli wystarczająco dużo.

 

- Zaciągnęliśmy kredyt we frankach. Znajomi bankowcy zachwalali, przekonywali, że warto. Frank kosztował wtedy dwa złote z groszami. Na początku było pięknie, spełniały się nasze marzenia, dawaliśmy radę spłacać... ale była praca i siły do pracy – opowiada pan Jacek.


Reklama

 

Aż nadszedł oczekiwany przez wielu czas odpoczynku po latach pracy. Przejście na garnuszek ZUS okazało się dla obojga małżonków kubłem zimnej wody.

 

- Gdy się pracuje, dobrze zarabia i jest się młodym, o emeryturze się nie myśli. Płaciłem składki te najniższe, jak chyba wszyscy rzemieślnicy, bo ważne było dziś, a nie jakieś odległe jutro – przyznaje pan Jacek. - Mam najniższą z możliwych emerytur, niespełna 1000 zł. Żona trochę więcej, ale i tak trudno za to wyżyć, utrzymać dom i spłacać kredyt, którego raty są teraz wyższe niż nasze emerytury razem wzięte.

 

Nagle okazało się, że starsi już wiekiem małżonkowie nie są swobodnymi, pewnymi siebie i przyszłości ludźmi, którym świat leży u stóp. Byli biedakami, których każda kolejna wizyta komorników i niewielkie wypłaty z ZUS-u odzierały już nie z dobrobytu, ale ze zwykłej, ludzkiej godności. Ich „dziś” stało się dramatyczną walką o przetrwanie, a zadłużenia rosły.

 

Spełnione marzenie, czyli dom w Burdągu, został sprzedany. Podobnie jak porządny samochód i trochę innych co cenniejszych rzeczy.

 

- Spłaciłem co się dało, a za resztę kupiłem przyczepę mieszkalną, tzw. holenderkę. Przenieśliśmy się do niej, ustawionej na cudzej działce. To nie było już życie, do jakiego przywykliśmy, jakie prowadziliśmy, ale byliśmy razem, więc było nam dobrze i jakoś dawaliśmy sobie radę...

 

Prąd przelał czarę goryczy

 

Minęło bez mała 12 lat. Chudych, siermiężnych… Coraz trudniejszych. - Właściciel działki, na której stała nasza przyczepa zdecydował się ją sprzedać. Powstał problem, co z nami zrobić. Któregoś dnia przyjechały ciągniki i przeciągnęły przyczepę na sąsiednią działkę. Trochę ją przy tym uszkodziły. Ewa była zdruzgotana, omal nie zwariowała z żalu i strachu o przyszłość. W nowym miejscu był problem z wodą. Nosiliśmy ją w baniakach, które dostaliśmy od sąsiada, do krów ich wcześniej używał.

 

Dawało się żyć, aż zaczęły się problemy z prądem. Poprzednio byliśmy podłączeni do prądu u tego właściciela, a ostatnio u pewnej pani. Oczywiście płaciliśmy, ale jak ceny poszły w górę, zaczął się problem, bo ta pani bała się, że przez nas przekroczy ten wyznaczony przez rząd limit i będzie płacić dużo więcej. Więc nam ten prąd odłączyła, potem znów przyłączyła i znów odcięła.

 

Tak wytrzymaliśmy dwa tygodnie. Ale mieliśmy już dość. Nie mogliśmy dłużej. Byliśmy wykończeni, już nie tylko ekonomicznie, ale i psychicznie. Bez przyszłości, bez perspektyw, bez żadnej nadziei… Przez całe życie rozumieliśmy się w pół słowa. Tak było i teraz. Po prostu wiedzieliśmy, oboje, że nadszedł nasz czas… Wsiedliśmy do starego samochodu...

Reklama

 

Samotni wśród ludzi

 

Dwoje starzejących się ludzi spędziło dwanaście lat w przyczepie, na cudzym polu. Ludziom przyzwyczajonym do „typowego” standardu bytowania aż trudno w to uwierzyć.

 

- Kiedyś, jak żyliśmy dostatnio, to wokół nas było wielu kolegów, przyjaciół, ale gdy zamieszkaliśmy w przyczepie, to nagle zniknęli. Dziś mieszkańcy Szczytna, Burdąga czy Olszyn proponują pomoc. Teraz! Mają pretensje, że nie mówiłem wcześniej. Ale ja mówiłem, tylko nikt mnie nie słuchał. Byłem w gminie, u wójta, w MOPS-ie dziewczyny w ogóle nie chciały ze mną gadać, bo nie jestem zameldowany, więc nic nie mogą zrobić, nic załatwić, w niczym pomóc...

 

Co dalej?

 

Dziś pan Jacek przyznaje, że błądził w czasach młodości. - Jak człowiek pracuje, to powinien myśleć o emeryturze, o tym, za co będzie żył na starość. Trzeba mieć świadomość, że ona nadejdzie. Nieuchronnie.

 

- Teraz ludzie z Burdąga, jak mnie odwiedzają w szpitalu to mówią, żebyśmy wracali, że pomogą. Ale przez to wszystko, co się stało, chyba nie chcę, nie chcemy tam wracać. Tyle że nie mamy gdzie iść. Nie wiem… Mimo wszystko wolałbym chyba tę swoją przyczepę niż jakieś socjalne mieszkanie, gdzie po sąsiedzku byłyby awantury i smród pijaków – rozważa pan Jacek. - Nie wiem, co będzie dalej. Nie wiem, jak długo będę jeszcze w szpitalu, jak długo będą leczyć Ewę. Czy będziemy mogli być razem, czy nas rozdzielą? Jeden lekarz mówił, że w szpitalu powinniśmy być razem. Tęsknię za Ewą. Kocham ją tak samo mocno, jak wtedy, 47 lat temu. Dla mnie ciągle jest tą rudą dziewczyną w spodniach ogrodniczkach.

 

Pan Jacek ma 74 lata, pani Ewa – 70. Życie doświadczyło ich boleśnie, czasami okrutnie. Owszem, cynicznie można by powiedzieć, że sami sobie zgotowali ten los. Ale czym zawinili? Wieloletnim szczęściem? Czerpaną z życia radością? Marzeniami o wiecznej młodości?

 

Przed blisko półwieczem Jacek i Ewa powiedzieli sobie wzajemnie: „ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz to, że Cię nie opuszczę aż do śmierci”. I byli razem: w zdrowiu i w chorobie, w dobrobycie i w skrajnej biedzie. I w wypełnionym spalinami samochodzie, gdy w akcie desperacji, u kresu psychicznej wytrzymałości, podjęli samobójczą próbę. Niezmiennie byli wierni tej przysiędze i nieprzemijającej miłości.

 

Czyż taka wierność i miłość, po latach udręki, nie zasługuje jednak na nagrodę? Na dalsze, wspólne, godne życie?



Komentarze do artykułu

emeryt

Dlaczego mój komentarz się nie ukazał, czyżby za dużo prawdy było napisane?

Jan

Sami sobie zafundowali taką starość jaką mają a teraz trzeba ponosić tego konsekwentncje i nie płakać że wszyscy winni. Mając duże pieniądze bezmyślnie rozpuścili je, więc mają to co mają. Jakoś mi ich nie szkoda.

znieczulica urzędników

A budynek po byłej szkole podstawowej w Nowym Dworze gm.Jedwabno stoi pusty tyle już lat !!!

Chory system .

A służby mundurowe po przepracowaniu 15 lat i nic nie płacąc na ZUS dostali po 4000 zł emerytury.

Napisz

Reklama


Komentarze

Reklama