Nie tak dawno pisałam o bardzo w Szczytnie znanej postaci czyli Zygfrydzie Lesce. A ze niedaleko pada jabłko od jabłoni, to i jego starszy syn, Arkadiusz, też ma już sporo osiągnięć, zainteresowań i pasji, które – co ważne – wciela w czyn nie tylko dla własnego zadowolenia, ale też ku pokrzepieniu serc i zad...
Nie tak dawno pisałam o bardzo w Szczytnie znanej postaci czyli Zygfrydzie Lesce. A ze niedaleko pada jabłko od jabłoni, to i jego starszy syn, Arkadiusz, też ma już sporo osiągnięć, zainteresowań i pasji, które – co ważne – wciela w czyn nie tylko dla własnego zadowolenia, ale też ku pokrzepieniu serc i zadowoleniu wielu innych ludzi. Samorządowiec, sportowiec, w porywach także partyjny aktywista, działacz organizacji pozarządowych – to główne sfery aktywności Arka Leski. Zapewne nie jedyne. Jak to pogodzić i jak rozwijać – o tym między innymi rozmawiamy.
Tak często, przy relacjach z różnych wydarzeń, twoje nazwisko pojawia się w gazecie, że już sama nie pamiętałam czy rozmawialiśmy o całokształcie. Wyszło jednak, że nie, więc porozmawiamy, zaczynając, rzecz jasna, od dnia narodzin...
Ano, urodziłem się, bo przecież innego wyjścia nie miałem. Dokładnie w dzień jesiennego przesilenia 1970 roku. Oczywiście w Szczytnie i – oczywiście – tu mieszkam i żyję już... oj, dłuuugo.
Szkoły?
Ale tam szkoły. Ważne było też przedszkole. Chodziłem do tego, które dziś jest prywatne i zwie się „Pod Topolą”. I musiałem już wtedy robić dobre wrażenie, bo moja przedszkolna wychowawczyni została... moją teściową. Ale, rzecz jasna, w przedszkolu w swojej obecnej żonie jeszcze się nie kochałem, miałem tam inną damę serca.
OK. To teraz jednak szkoły...
Chodziłem do jednej podstawowej – żeby było zabawniej, tylko jej nazwa się ciągle zmieniała. Jakby się jednak nie nazywała, to i tak wtedy i dziś wciąż mówi się o niej „czwórka” czyli szkoła w siedzibie dzisiejszego Gimnazjum nr 2. Później było jeszcze zabawniej, a na pewno odmiennie od standardu. Nie przyjęli mnie do zawodówki ze względu na marne wtedy zdrowie, a chciałem zostać ślusarzem, jak moi koledzy. Z konieczności więc poszedłem do ogólniaka. Wyjątkowo „twórcze” to były lata. Udało mi się nawet jakiś taki „strajk” szkolny skrzyknąć, który nazwaliśmy „czarnym poniedziałkiem”. To był bunt przeciw decyzji dyrektorki o zakazie organizacji tradycyjnego dnia wagarowicza dokładnie w pierwszy dzień wiosny. Mogliśmy zaszaleć, ale w sobotę, a nie w ten konkretny dzień. To na znak protestu prawie wszyscy przyszli do szkoły ubrani na czarno. Chylę czoła przed nauczycielami, którzy nasz bunt uszanowali i jeśli któryś uczeń ubrany był w inne kolory, to zaraz był „przemaglowany”. Po dwóch godzinach w szkole już nie było nikogo „kolorowego”.
Jak już nie zostałeś ślusarzem, to kim?
Najpierw chciałem być panem przedszkolankiem i zdawałem tu na miejscu, do naszego byłego Studium Wychowawczyń Przedszkoli, ale oblałem pisemny egzamin z języka polskiego, co zresztą brzmi też zabawnie, bo sporo lat później miałem swoją zawodową przygodę z dziennikarstwem. I zrobił się dylemat co dalej, aż do pewnego letniego wieczoru na Warchałach. W przygodnym gronie towarzyszy wieczorowo-nocnej biesiady ktoś z uczestników czy uczestniczek powiedział, że podejmuje studia w Europejskiej Akademii Handlu, Biznesu i Turystyki – Biznes Center 2000 w Poznaniu, w nowo otwieranej filii w Olsztynie. Nazwa mi się spodobała, to powiedziałem, że ja też tam będę. Dodać trzeba, że to się działo na dwa dni przed rozpoczęciem roku akademickiego. Warchałowy „informator” zastrzegł więc od razu, że nie ma takiej opcji, bo lista zamknięta, nabór zakończony i szpilki się do grona studentów nie wetknie. Okazało się jednak, że byłem niezłą szpilką, bo się wetknąłem.
Jakim cudem?
Nie wiem. Pojechałem, porozmawiałem, nawciskałem opowieści o swoich doświadczeniach turystycznych. E tam, po prostu miało się za młody ten nieodparty urok osobisty! W każdym razie na tę uczelnię się dostałem, na kierunek o nazwie obsługa ruchu turystycznego i ukończyłem. Jak się ma jakiś dar, to się ma. Na koniec każdego pięciu najlepszych studentów, za psie pieniądze jechało na tzw. wizytę studyjną do Szwajcarii i Francji (po dwa tygodnie w każdym z krajów. Ja do tej piątki nie należałem, ale pojechałem. Tylko raz, bo szkoła przetrwała rok i padła. Później więc rozpocząłem już normalne studia też w Olsztynie, na kierunku: wychowanie fizyczne.
I też tak ci minęło tych pięć lat nauki jak po maśle?
Prawie. Najzabawniejsze było chyba to, że na koniec dostałem czwórkę z przedmiotu zwanego koszykówką. Pani, która mi tę ocenę postawiła, miała wtedy niższe uprawnienia w tej dziedzinie ode mnie. Jak się zorientowała, że coś nie tak, bo cały wydział płakał ze śmiechu, chciała przeprawić, ale się nie zgodziłem, bo to anegdotyczna ocena.
Uprawnienia?
Byłem już wtedy sędzią koszykówki, zawodnikiem drugoligowego zespołu i trenerem. Bo z koszykówką ślub wziąłem już w podstawówce. Zacząłem grać w Gwardii, pod okiem trenera Choroszewskiego.
Trochę ci chyba wzrostu brakuje do kosza?
Może trochę, ale nadrabiałem sprytem na boisku. Do kosza może i było za wysoko, ale drużynie wystarczało, że nie pozwalałem przeciwnikom piłki przejmować. I jak koszykarze Gwardii grali w drugiej lidze, to w tej drużynie byłem i ja. Nie byłem może wiodącym zawodnikiem, ale w kilku ważnych meczach grałem. Ponieważ jako za „krótki” zawodnik na parkiecie przyszłości wielkiej nie miałem, równolegle zrobiłem uprawnienia sędziowskie i trenerskie. Wiele lat ćwiczyłem młodych koszykarzy w klubie „Zefir”, choć pewnie niewiele już osób pamięta, że był w Szczytnie taki klub i miał sporo osiągnięć. Obecnie zajmuję się już głównie sędziowaniem. Zdarza mi się, wcale nie tak rzadko, sędziować także poza granicami kraju, w Finlandii na przykład, w Niemczech, Danii czy Szwecji. Teraz, wiosną, jadę do Austrii.
I ze sportem związana jest twoja praca jako kierownika hali Wagnera. Ale to ci nie wystarcza. Bawiłeś się przecież też w polityka...
Trochę. Wciąż jestem powiatowym szefem struktur SLD, ale chyba ten etap i ten kierunek mojej aktywności dobiega końca.
Jednak, nazwijmy to, uwarunkowania partyjne skierowały cie też na drogę samorządową. Byłeś radnym powiatowym. Startowałeś także w ostatnich wyborach, choć nieskutecznie. Z tą sferą też bierzesz rozbrat?
Na dzień dzisiejszy chyba tak. Chociaż do kolejnych wyborów jeszcze trzy lata, to tak na sto procent niczego przewidzieć nie mogę. Gdyby jednak te wybory miały się odbyć jutro, pewnie podziękowałbym za wszelkie propozycje startu. Co nie zmienia faktu, że ten okres samorządowy dobrze wspominam. To ważne doświadczenie życiowe i nowa nauka. Wiele rzeczy, które mieszkańcy miasta i powiatu oceniają z zewnątrz, często bardzo negatywnie, po tej drugiej stronie wygląda zupełnie inaczej. Dobrze jest o tym wiedzieć, inaczej się wtedy ocenia rzeczywistość i władze, i ich działania. Teraz bardziej skłaniam się ku działaniom w tzw. trzecim sektorze czyli w organizacjach pozarządowych.
No właśnie. Tu chyba główną płaszczyzną twojej aktywności jest Heimat...
Tak, a pełna nazwa to Stowarzyszenie Kulturalne Niemców w Polsce. Nie jest to nazwa zbyt fortunna, bo stowarzyszenie skupia wyłącznie mieszkańców powiatu szczycieńskiego, których korzenie zostały w naszym powiecie zapuszczone przed 1945 rokiem, czyli w czasie innej państwowości. Takich stowarzyszeń, o innych nazwach jest na Mazurach sporo, niemal w każdym większym mieście, a wszystkie razem tworzą federację czyli Związek Stowarzyszeń Niemieckich Warmii i Mazur.
Dziś nowe władze krajowe tak trochę mało przyjaźnie odnoszą się do zachodnich sąsiadów, wypominając zaprzeszłe konflikty. Czy gdyby one się zaostrzyły byłbyś bardziej Polakiem czy Niemcem?
Całe życie jestem Polakiem. Działalność w niemieckim stowarzyszeniu to nie forma opowiadania się po którejkolwiek ze stron. To chęć zachowania od zapomnienia kultury i tradycji mieszkańców tych ziem, którzy przecież nie mieli za wiele do powiedzenia w kwestii granic. Właściwie nic nie mieli do powiedzenia. Tu mieszkali od dziada – pradziada, tu był ich dom, rodzinna ziemia. Zmieniły się granice, przynależność państwowa, ale to nie znaczy, że zmieniły się rodzinne tradycje, wspomnienia... Nigdy nie wystąpiłem o niemiecki paszport i obywatelstwo, a mógłbym mieć takie właśnie podwójne obywatelstwo, ale nie chciałem. I nie chcę, chociaż dawałoby mi to sporo korzystnych ulg. Mając niemiecki paszport mógłbym na przykład polecieć do USA bez żadnych wiz i pozwoleń, ale że się za ocean nie wybieram, to po co mi to? Ale, oczywiście, brak zaoceanicznych planów wyjazdowych to nie jest koronny argument.
Heimat to nie jest jedyne stowarzyszenie, którego jesteś członkiem?
Nie. Jestem w paru innych, ale przyznam szczerze, że nie jestem w nich aktywny. Ot, taki figurant. Nie da się robić dużo i dobrze wszędzie, więc koncentruję się na działalności w Heimacie, której to organizacji jestem przewodniczącym. A jest co robić, bo i pomysłów nie brakuje, i ludzi chętnych do działania, i możliwości, w tym także finansowych, też jest sporo. Dlatego, żeby te wszystkie walory wykorzystać – działam. Bo też nie wyobrażam sobie siebie za bardzo siedzącego w domu na kanapie, przed telewizorem, z gazetą w ręku, nawet gdyby to był „Tygodnik Szczytno”.
No właśnie, a propos. Dziennikarzem też byłeś...
Trochę. Jakieś pięć czy sześć lat nawet, chociaż zawsze było to zajęcie dodatkowe, a nie pełne zatrudnienie. Zacząłem w „Naszym Mazurze” tuż po tym, jak założyciele czyli Iwona I Krzysztof Topolscy sprzedali tytuł Edytorowi. Nie pamiętam, ale chyba Ewa Lubińska zadzwoniła do mnie pytając czy bym nie popisał trochę o sporcie. No to się zgodziłem... Jakoś zawsze pociągały mnie nowe rzeczy, nieznane, które warto było poznać, czegoś doświadczyć. Dobrze się w tym czułem, ale to kawałek ciężkiej pracy, szczególnie gdy nie jest to zajęcie jedyne. Sama wiesz: słuchanie obrad sesji czy obecność na jakimś wydarzeniu to jedynie czubek góry lodowej. To wszystko przecież trzeba jeszcze opisać, sprawdzić, włożyć na stronę, złamać... Te końcowe etapy pracy dziennikarskiej, już w redakcji, często trwały po nocach, czasem do białego rana, bo terminy obowiązywały, a drukarnia nie poczeka.
Czegoś jeszcze o tobie nie wiem? W albumach masz mnóstwo dziwnych zdjęć „przebieranych”
Bo co roku już od chyba siedmiu lat organizuję karnawałowy bal przebierańców, głównie dla znajomych. A że znajomych i przyjaciół man dużo, to na takim balu jest zwykle co najmniej 30 osób aż do 50 i nawet więcej. Za każdym razem wymyślamy jakieś hasło, do którego maja być dopasowane stroje: czy to epoka jakaś, czy bajka. Poza tym często bywam też Krzyżakiem podczas różnych rycerskich pokazów, bo w tej grupie też się dość mocno udzielam. Mam ten luksus, że żona większość moich zainteresowań podziela, uczestniczy w nich, dobrze się bawi, więc nie mam problemu, który niektórym się zdarza: „Kochanie, mam dużo pracy, jadę do biura” - nie muszę udawać i szukać wymówek, by móc realizować swoje pasje. One są nasze wspólne. Mało znana jest też moja inna pasja – zbieractwo. Już sam nie wiem, co ja w życiu kolekcjonowałem, chyba wszystko od znaczków poczynając, poprzez długopisy, kubki, koszulki czy butelki od piwa. Co jeszcze? Aha, turystyka. Polskę przedreptałem chyba już całą wzdłuż i wszerz, a i w Europie nie ma kraju, którego co najmniej raz nie odwiedziłem.
A plany na najbliższą przyszłość? Marzenia? Oczekiwania?
Czy ja wiem? Czuję się spełniony. Rodzina pełna: żona jest, jedna i ciągle ta sama, syn i córka – więc komplet. Dom buduję, choć w jednym już mieszkam, drzew posadziłem w życiu od groma...Czy to znaczy, że nic więcej nie wymyślę? Na pewno nie. Jak się całe życie wykonuje wiele różnych działań, i to nie pojedynczo, a stadami, to nie tak łatwo przestać. Nawet nie wiem o jakich swoich pomysłach ci mówić, bo mam ich tak wiele. Wszystko wyjdzie „w praniu”, będziesz miała o czym pisać. Marzenia? Może więcej czasu dla rodziny? Może jakieś szalone wakacje całą czwórką? Może koszykówka, choć to chyba bardziej oczekiwanie niż marzenie, a może jedno i drugie? Chciałbym, żeby ta dyscyplina sportu znowu w Szczytnie zaistniała, by odbudowane zostały kluby lub powstały dobrze prowadzone i finansowane sekcje tak, by jak przed laty Szczytno na mapie koszykówki krajowej zajmowało godne miejsce.
Kazik straciłeś w moich oczach po ostatnim wywiadzie i nie tylko w moich. Żyj sobie dalej w Hiszpanii. Mniejsze zło...? Zabawne.
Na starość zwariował
2026-04-26 13:06:22
Poziom zarządzania systemem PODSTAWOWEJ opieki zdrowotnej sięgnął dna! Starosta nie zapewnia mieszkańcom najważniejszej potrzeby. Nie ma kasy na dyżur apteki, ale jest na podwyżki wynagrodzeń. Folwark zwierzęcy Orwella! Niesamowicie pomocni sobie, nie ludziom!
Ja
2026-04-25 22:31:24
Zdzisław Zioło niekompetentny juror wg mnie. Nieprzygotowany do oceniania młodych, nie potrafi dobrać słów w ocenie, raniąc delikatne, wrażliwe osoby.
Ja
2026-04-25 19:57:51
Emil i Mieszkaniec mają rację, jeszcze nikt nie poznał zasad działania zakładu a już wielki krzyk się robi! Taki zakład to rozwój miejscowości i niezależności młodych mieszkańców .
Olo
2026-04-25 08:52:04
A może by tak napisać w końcu artykuł o zwolnieniach w Ikei? No tak...to nie pasuje do tych artykułów o ciągłych sukcesach tutejszych władz...jak to by wyglądało.
Tytus
2026-04-25 07:54:17
No I super
Joanna
2026-04-24 06:28:34
Pamiętam pierwszą edycję, Pani Agata też wówczas była jurorem. To wspaniała inicjatywa, która zapoczątkowała Pani Ewa Przychodzka, cudowna nauczycielka!
M
2026-04-23 22:24:49
Pan Tomasz jako nieliczny zabiera głos na sesji. W większości rada to słupy,bez własnego zdania. Przez dwa lata nie zabierają głosu w dyskusji.
Wyborca
2026-04-23 20:15:43
no to auto na wizualizacji wjeżdża w płot. Jakie to premium?
j23
2026-04-23 13:02:35
A ten policjant to jakoś się nazywa?
Zły Porucznik
2026-04-23 08:45:41