Na piątkowe popołudnie byłam umówiona z 90-letnią Erną Zentarą, mieszkanką Leleszek. Jadąc na spotkanie nie spodziewałam się, że przywita mnie tętniąca energią kobieta. Nie było to jednak największe zaskoczenie. Zadziwiła mnie jej pogoda ducha, szczególnie po tym, gdy usłyszałam...
Na piątkowe popołudnie byłam umówiona z 90-letnią Erną Zentarą, mieszkanką Leleszek. Jadąc na spotkanie nie spodziewałam się, że przywita mnie tętniąca energią kobieta. Nie było to jednak największe zaskoczenie. Zadziwiła mnie jej pogoda ducha, szczególnie po tym, gdy usłyszałam ile dramatycznych chwil przeżyła. Niesamowity scenariusz napisało jej życie.
Proszę, zabij mnie
Najlepsze lata młodości pani Erny zostały odebrane przez wojnę. Kobieta wspomina je jako ciężkie czasy, ale nawet gdy mówi o najbardziej tragicznych chwilach, z jej twarzy nie znika uśmiech. - Teraz potrafię się z tego śmiać, ale wówczas zdarzało się, że błagałam o śmierć – mówi.
Pani Erna urodziła się i wychowywała w Leleszkach. - Uwielbiałam nasze jezioro, mogłam spędzać nad nim całe dni. Jednak życie nie pozwoliło mi długo się nim cieszyć – wspomina. Pani Erna miała około dwudziestu lat, gdy do wioski wkroczyli rosyjscy żołnierze i zabrali ją na trzy miesiące do koszar aż za Bartoszyce. - Całą tę trasę oni jechali na koniach, a ludziom z łapanki kazali iść pieszo. Nikt z nas nie miał siły, ale nie mieliśmy wyjścia. Jacy my byliśmy zmęczeni... A to był dopiero początek tortur – dodaje kobieta.
Głód i okrucieństwo
- W tych koszarach widziałam rzeczy, których nie da się zapomnieć. Do tej pory nie mogę zrozumieć, jak jeden człowiek może traktować drugiego w tak bestialski sposób – zastanawia się Zentara. W Bartoszycach pani Erna dowiedziała się co to głód, ciężka praca i do czego człowiek jest zdolny, by przeżyć. - Oprócz cywilów było z nami około stu niemieckich żołnierzy. Gdy jeden z nich umierał, reszta go zjadała. Nie było co jeść, a trzeba było mieć siły, by pracować – mówi. - Więźniowie nie dostawali jedzenia, a jak już coś nam rzucili, to nie dało się tego przełknąć. Raz dali nam kocioł zupy i krzyczeli: „Żryjcie to, wy niemieckie świnie!”. Do gara specjalnie powrzucali jakieś plewy, żebyśmy nie mogli tego przełknąć. Próbowaliśmy wypijać czysty wywar, ale i tak stawało nam coś w gardle i okropnie drapało – opowiada.
Ja chcę do domu
Jak twierdzi pani Erna rosyjscy żołnierze traktowali ich gorzej niż zwierzęta. Jako dwudziestolatka prosiła o śmierć. - Chciałam, by mnie zabili, żebym już dłużej nie musiała cierpieć. Gdy w koszarach ludzie dostali wszy, żołnierze zabrali nas nad jezioro. Myśleliśmy, że pozwolą się nam wykąpać. Boże, jak bardzo się myliliśmy – mówi. Żołnierze kazali ludziom zdjąć ubrania, które spalili. - Staliśmy nago. Mężczyźni zakrywali dolne części ciała dłońmi, a kobiety nie wiedziały jak się zakryć. Oni natomiast stali przed nami i obraźliwie komentowali wygląd. Wyśmiewali nasze wady. To było obrzydliwe – wspomina.
Niedaleko koszar wykopana była zbiorowa mogiła. Trafiali do niej jednak nie tylko ci, którym poprzez śmierć udało się wymknąć z rąk oprawców. Do mogiły wrzucano też i żyjących, którzy byli już tak wycieńczeni i chorzy, że nie mieli sił pracować. - Taki chory ostatnie chwile swojego życia spędzał wśród zwłok – mówi pani Erna, która w takich warunkach spędziła trzy miesiące. Po tym czasie zaczęli wywozić ludzi do Niemiec. - Nie chciałam wyjeżdżać. Chciałam wrócić do domu, do rodziny. Uprosiłam komendanta o papiery i sama wyruszyłam w podróż do Leleszek – opowiada.
„Erna, Erna wróciła!”
Trzy dni Erna Zentara starała się dotrzeć do swojego domu. Po drodze czekało na młodą wówczas dziewczynę wiele niebezpieczeństw. Często natykała się na sowieckich żołnierzy. - Wołali mnie, chcieli zgwałcić, ale ja się nie dałam. Dziwili się, bo tak szybko przed nimi uciekałam, że wyglądało to jakbym frunęła. Byłam zwinna, mimo ogromnego zmęczenia – śmieje się Zentara. Po drodze pani Erna spotkała Niemkę, która udzieliła jej pomocy. - Nie chciałam zwlekać, ale nie pozwoliła mi iść dalej. Musiałam coś zjeść i odpocząć. Dopiero następnego dnia mogłam ruszyć dalej – wspomina.
Przez cały ten czas pani Erna myślała tylko o powrocie do domu. - Gdy wkroczyłam do wioski ludzie zaczęli krzyczeć: „Erna, Erna wróciła!”. Moja mama siedziała wtedy na schodach przed domem. Nie mogła uwierzyć, że mnie zobaczyła. Była pewna, że nie żyję i że już nigdy mnie nie zobaczy. Co to była za radość. Jak my płakałyśmy ze szczęścia – mówi z uśmiechem na ustach. Młoda dziewczyna przywitała się z rodziną i zaraz później pobiegła nad swoje ukochane jezioro. - Siedziałam tam aż do momentu powrotu taty z pracy. Nareszcie byłam w moich Leleszkach, w moich ukochanych Leleszkach – dodaje rozczulona.
Moje niebo na ziemi
I w Leleszkach została, mimo że większość jej sąsiadów opuściła rodzinne strony i wyjechała do Niemiec. Erna Zentara wyszła tu za mąż i urodziła piątkę dzieci. Obecnie ma siedmioro wnucząt i piątkę prawnucząt. Znaczna większość rodziny pani Erny odziedziczyła po niej umiłowanie do Leleszek, bo mieszka w tej samej wsi lub co najwyżej w niedalekiej okolicy. Wszyscy często odwiedzają panią Ernę, która teraz korzysta z życia, które cudem zachowała. Kobieta mimo sędziwego wieku jeździ na rowerze, zajmuje się ogródkiem i kwiatami wokół domu, uczestniczy w koncertach, które odbywają się w pasymskim kościele ewangelicko-augsburskim. Jest najstarszą i wciąż aktywną członkinią stowarzyszenia „Heimat”. - Jeśli się położę, to umrę, więc chodzę – śmieje się. Erna Zentara to radosna i wciąż aktywna kobieta. I nawet jeśli w jej ustach opisy najbardziej tragicznych wydarzeń brzmią jak anegdoty, to docenia ona wszystkie swoje wcześniejsze doświadczenia. - Teraz to jest całkiem inny świat. Za tamtym wcale nie tęsknię. Było, minęło. Jestem w miejscu, które kocham i z ludźmi, którzy otaczają mnie miłością. Czego więcej mogłabym chcieć?

Patrycja Woźniak
fot. Patrycja Woźniak
Za co go kurwa karać , biednego człowieka
Ja
2026-02-27 11:55:43
Jacy ludzie są tępi...najlepiej wybić całe ptactwo, albo spowodować żeby się nie rozmnażało, albo wyciąć drzewa...ale o trawniku pod nimi to żaden tępak już nie pomyśli, bo to za trudne do ogarnięcia....zabetonowane łby.
nikoś
2026-02-27 10:55:32
nie wiedza gdzie wododzial gdzie zlewnia
ollsza
2026-02-27 10:28:32
W całości popieram! Brak chodnika i oświetlenia (a wręcz potrzebna byłaby sygnalizacja świetlna) to brak dbałości o bezpieczeństwo mieszkańców, a też przyjezdnych. Przydałyby się przynajmniej tzw. leżaki, by samochody zwalniały tempo. Mamy przecież w najbliższej okolicy szpital i straż pożarną! Ta droga to wojewódzka, krajowa, czy mieszana jeszcze z miejską, powiatową. Guzik mnie to obchodzi. Przy tej drodze mieszczą się markety, firmy - powinna być bezpieczna. A tymczasem radni miejscy zajmują się na sesjach guano w centrum Szczytna, bo ich koniec nosa sięga najwyżej Pl. Juranda. \"Wielbarska\" - masz rację!!!!!
Do \"Wielbarskiej\"
2026-02-25 06:25:19
Wspaniale by było , żeby z Nart do Jedwabna powstała ścieżka rowerowa . Teraz ten odcinek przwjechać rowerem , to jest horror
Rysa
2026-02-24 13:16:59
Olka , tak trzymaj i nie przejmuj się , że mówić o Tobie będą żeś czarownica :) Zioła Power !!!
Krzysztof Czaplicki / Fotograf
2026-02-24 10:36:10
To podepnijcie ul Wielbarska w Szczytnie bo miasto Szczytno zapomniało że w tej okolicy są tereny inwestycyjne i brak jest jakiejkolwiek infrastruktury. A Chce nadmienić że mamy XXI wiek. W zadupiu pod lotniskiem utopiono 60 mln pln a na reprezentacyjnej i wylotowej ulicy w stronę Warszawy brak chodnika, oświetlenia itp nie mówiąc o Internecie. Ale w sumie kogo to interesuje- tylko ludzi którzy rano do roboty idą rowem Pozdro
Wielbarska
2026-02-24 09:20:35
Brawo Krutek polaka ciągnie do domu ????????????????
Grzegorz
2026-02-24 06:23:06
Do Warszawy ze Szczytna przez Białystok ? To chyba zdecydowanie lepiej z przesiadką przez Olsztyn . Macie jeszcze jakieś fajne pomysły. PKS - y jeżdżą do Warszawy .Przez Ostrołękę to bym zrozumiał.
Stanley
2026-02-23 18:00:28
Do Mariana bez kompleksów. Włoska tawerna to tylko takie nazwanie miejsca na potrzeby komentarza do tego artykułu. Myślę, że nie potrzeba kończyć szkoły, żeby wiedzieć, że Włochy nie graniczą najzwyczajniej w świecie z żadnym oceanem. To było takie odniesienie do Włoch celowe, bez zbędnego wyjaśniania. Pan Wiesław ciągle bywa w przeróżnych miejscach więc napisałem akurat o państwie co się Włochy zwie. Mogłem napisać o Hiszpanii lub Portugalii i ich wyspach na oceanie, wtedy by był Pan zadowolony? Bez odpowiedzi.
Kamil
2026-02-23 15:41:37