I z taką zgodnością, choć właściwie przypadkiem pojawił się w Szczytnie. Wiele lat kierował zawodowymi strażakami, nadzorował ochotników, ale to nie są i nie były jedyne jego zajęcia. Jak przebiegały jego dziecięce, młodzieńcze i dorosłe lata? O tym rozmawiamy.
<...
I z taką zgodnością, choć właściwie przypadkiem pojawił się w Szczytnie. Wiele lat kierował zawodowymi strażakami, nadzorował ochotników, ale to nie są i nie były jedyne jego zajęcia. Jak przebiegały jego dziecięce, młodzieńcze i dorosłe lata? O tym rozmawiamy.
Rok urodzenia, miejsce, znak zodiaku...
Rok 1953, Lubin, spod znaku Lwa, a to oznacza siłę, przedsiębiorczość, czasem postrzeganą w kategorii sukcesu.
W pana przekonaniu ten znak Zodiaku pokazał swą siłę?
W znacznym stopniu tak. Chociaż niekoniecznie to zasługa gwiazd. Miałem to szczęście żyć i wychowywać się wśród wspaniałych ludzi, optymistów, którzy i we mnie ten optymizm zaszczepili. A on pozwala wierzyć we własne siły, nie poddawać się przeciwnościom i w efekcie realizować swoje zamierzenia i marzenia.
Mówi pan o rodzicach, rodzeństwie?
Tak, połączony z dużym ojcowskim autorytetem, z czułością matki, z opieką rodzeństwa, bo byłem najmłodszy. Gdy miałem 10 lat, to brat miał już 17 i poszedł na studia. Ale na ten klimat wychowawczy składało się całe otoczenie ulicy Lubina, przy której mieszkałem. W pobliżu był komisariat policji, sąd, kino i dworzec kolejowy, i nawet fabryka fortepianów, z której Lubin słynął zanim stał się znany z pokładów miedzi. Właściwie wszystko było w pobliżu, wszystko jakby nad młodym człowiekiem, jakim byłem czuwało i dbało o to, by szedł właściwą, prostą drogą.
I w Lubinie rozpoczął pan edukację
Powiedziałbym nawet, że w podziemiu, bo podstawówka mieściła się w piwnicach tamtejszego liceum. W tym czasie rozpoczęła się wielka akcja znana pod hasłem „Tysiąc szkół na tysiąclecie” i podstawówkę kończyłem już w nowym budynku. To był szok i skok kulturowy: z piwnicznej ciasnoty, która z klasami w dzisiejszym pojęciu młodych ludzi nie miała nic wspólnego, przeszliśmy do przestronnych, jasnych klas, z prawdziwymi ławkami, tablicami... Była nawet sala gimnastyczna... To był naprawdę skok cywilizacyjny. Być może w ramach historycznego hołdu i dziękowania za tę szkołę co roku odbywały się u nas tzw. pochody inscenizacyjne. Dzieci i młodzież uczestniczyły w różnych scenkach, powiązanych z historią. Mi się zdarzyło być łabędziem i wilkiem, ale miałem też wybitną rolę ludzką – zostałem królem Zygmuntem Starym, który przyjmował hołd pruski. Fajnie było, bo mi cały królewski dwór towarzyszył, a przede wszystkim dworki – prawie wszystkie dziewczyny z klasy. Później wróciłem do starego budynku, ale na wyższe pietra, tam, gdzie był ogólniak. Cztery lata, które przeleciały bardzo szybko i matura, a jeszcze przed egzaminami złożone dokumenty do Wyższej Oficerskiej Szkoły Pożarniczej w Warszawie.
Czyli wiedział pan wcześniej, że chce zostać strażakiem. Od kiedy?
Od trzeciej klasy ogólniaka. W Lubinie nie było wielkiego wyboru: wiedzieliśmy, że kto się dobrze uczy, to trafi na studia, pozostali skończą w kopalni. Moja siostra była prymuską, ja... cóż... mogłem siedzieć w klasie przy otwartych oknach, nie było zagrożenia, że wyfrunę. Ot, umiałem tyle, żeby nie być najgorszym, ale i do czołówki było daleko. Wszystko się zmieniło właśnie w trzeciej klasie ogólniaka. Rodzice zorganizowali mi wycieczkę do Warszawy, gdzie były akurat dni otwarte Szkoły Pożarniczej. Nie było to niespodziewane. Myślałem o tym, czy nie zostać strażakiem w oparciu o to, co czytałem i o to, co opowiadano w rodzinie, bo tradycje strażackie były. Mój dziadek w Łodzi był strażakiem i nauczycielem, uczył załogi fabryk włókienniczych, jak zachowywać się podczas pożarów. To było w okresie międzywojennym, a stryj w 1938 roku skończył tę warszawską Szkołę Pożarniczą. I to rozmowy ze stryjem też mnie w tym kierunku pchnęły. Wycieczka do tej szkoły była jakby przybiciem podjętej decyzji, ale łączyła się z mnóstwem wyrzeczeń. Przede wszystkim przedmioty, z których miały być egzaminy wstępne...No... musiałem sporo nadrobić. Dlatego czwartą klasę ogólniaka wspominam jako rok wybitnie „książkowy” - kułem i kułem. Ale wykułem. Dwa tygodnie po egzaminach wstępnych dowiedziałem się, że zostałem przyjęty.
I tak zaczęły się najdłuższe i najlepsze wakacje... Tak przynajmniej mówią zwykle maturzyści.
Najkrótsze. Moje wtedy skończyły się już 1 sierpnia. Trzeba było wskoczyć w mundur i odbyć wstępny kurs przygotowawczy. Zostałem strażakiem w połowie wakacji. Ale i tak 4,5 roku nauki uważam za najwspanialsze w życiu, mimo mundurowego rygoru.
Czemu najwspanialsze?
Hm... mundur ma swoją moc. A ten był szczególny, bo to jest jedyna taka szkoła w Polsce. Poznałem wtedy chyba wszystkie teatry w stolicy i to za darmo, bo wchodziłem na spektakle jako strażak od ochrony. Udało mi się też wcisnąć do sali filharmonii podczas Konkursu Szopenowskiego w 1975 roku, co graniczyło z cudem. I między innymi za takie udogodnienia kochałem ten swój mundur coraz bardziej. Szkoła była właściwie eksperymentalna, mieliśmy 42 przedmioty, bo poza typową wiedzą strażacką musieliśmy zgłębić wiele zagadnień innych, np. z dziedziny przemysłu. Jak bowiem mieliśmy np. ratować jakąś fabrykę, gdybyśmy nie mieli pojęcia o jej funkcjonowaniu? Skończyło nas na roku 63 chłopa (zaczynało 120) i mieliśmy do wyboru 2,5 tysiąca miejsc pracy w kraju. Wtedy przemysł „bił się” o strażaków, bo w każdym dużym zakładzie istniała straż pożarna, poza tym rok wcześniej rozmnożyła się znacznie liczba województw i w każdym nowym ośrodku tworzone były nowe struktury straży zawodowej. Mi się zechciało pozostać w stolicy, więc od 1 sierpnia 1976 roku rozpocząłem pracę w Ośrodku Badawczo-Rozwojowym Ochrony Przeciwpożarowej w Józefowie.
Wtedy mniej więcej też pojawiła się w pana życiu... Ona. Znaleziona w stolicy?
Nie, we Wrocławiu. Tam się skupiło studenckie życie południa Polski, a więc i większości moich znajomych z Lubina. W ramach towarzyskich kontaktów poszerzałem zakres przyjacielskich kontaktów, a niektóre z nich, cóż... poza przyjacielskie wykroczyły. I tak stałem się żonatym strażakiem, po – dokładnie – 13 randkach. Ona była jeszcze studentką, trzeba było trochę czekać, ale ja w międzyczasie dostałem w stolicy mieszkanie, całe 33 metry kwadratowe. Wtedy już przyszedł czas na ślub i pierwsze dziecko. Okazało się jednak, że w stolicy był problem ze znalezieniem pracy przez lekarza stomatologa. Jedynie mogła być lekarzem w jakiejś szkole, bo wtedy w szkołach były gabinety dentystyczne. To mojej żonie nie odpowiadało. Podjęła pracę w przychodni w Grójcu. Ja miałem do pracy półtorej godziny jazdy w jedną stronę, żona jeszcze dalej. Jak wracaliśmy z pracy, to kartki na żywność, bo je wtedy wprowadzono, mogliśmy co najwyżej pooglądać, bo w sklepach już zostało wykupione to, co bywało. Te podstawy bytowe odepchnęły na plan dalszy ambicje naukowe, Postanowiliśmy zmienić miejsca pracy i zamieszkania. Złożyłem raport o przeniesienie do Opola, by być bliżej rodziny. To był 1982 rok. Komendant wojewódzki się zgodził, ale ostatecznie nie mogłem pracować w Opolu, ale w Kędzierzynie Koźlu, tam było mieszkanie. Praca była dla mnie nowością, bo z jednostki naukowej trafiłem do jednostki bojowej w miasteczku o bardzo dużym i zróżnicowanym uprzemysłowieniu. W tym czasie na świat przyszła druga córka, a rok po niej syn.
I wtedy pomysł na Szczytno?
Jeszcze nie. W Kędzierzynie, gdzie byłem zastępcą komendanta rejonowego straży pożarnej, spędziliśmy 6 lat. Przemysłowe otoczenie zaczęło jednak źle oddziaływać na starszą córkę, pojawiły się poważne problemy z jej zdrowiem. One jednoznacznie wskazały, że musimy zmienić adres: na Bieszczady lub Mazury. A że miałem w pamięci powieść pt. „Łuny w Bieszczadach”, to wybrałem Mazury, a z trzech propozycji: Morąg, Mrągowo, Szczytno w tym ostatnim była największa szansa na mieszkanie. I tak, w 1988 roku zostałem mieszkańcem Szczytna i komendantem tutejszej straży jednocześnie.
I jakie były pierwsze wrażenia tej szczycieńskiej straży?
Powiem tak: jak wchodziłem na piętro, po starych, skrzypiących schodach i dowiedziałem się, że jeden z dowódców jednostek zakładowych ma na nazwisko Koniecpolski, to pomyślałem: odpowiednie nazwisko do miejsca. W porównaniu z Kędzierzynem, gdzie było wszystko i nowoczesne, straż szczycieńska wyglądała jak zabytek. Czekało mnie sporo pracy. Oczywiście sporo zmian na korzyść przyniosła „rewolucja ustrojowa” w postaci nowej ustawy o Państwowej Straży Pożarnej. Na początku lat 90. Szczytnu groziło, że zostanie wchłonięte przez którąś z okolicznych jednostek, że nie będzie miała statusu powiatowej, to znaczy wtedy jeszcze rejonowej komendy. Udało się jednak spowodować, że stało się odwrotnie. Miała nas wchłonąć Nidzica, a to jednak Szczytno przejęło tamtejszą jednostkę, która strukturalnie przestała być komendą, a była tylko jednostką bojową. Ten status zobowiązywał także całą szczycieńską załogę i mobilizował. Byliśmy coraz lepsi, coraz lepiej wyposażeni, a głównie coraz lepiej wyszkoleni, co między innymi przejawiało się w uzyskiwanych lokatach podczas zawodów pożarniczych. Wtedy też – takie jest moje zdanie – straż pożarna zaczęła być znacznie bardziej widoczna w mieście i w całym powiecie. Widoczna nie tylko podczas akcji, ale poprzez uczestnictwo w życiu Szczytna. Było nas widać podczas różnych imprez, w szkołach, w gminach, pojawiać się zaczęły dziś już tak powszechne, że niemal pospolite, pokazy ratownictwa, wycieczki szkolne, działania prewencyjne i szkoleniowe dla dzieci, młodzieży i dla wszystkich mieszkańców. Strażacy szczycieńscy zaczęli być widoczni i doceniani nie tylko jako ci, którzy gaszą pożary, ale jako ci, którzy aktywnie działają w środowisku i na których to środowisko zawsze może liczyć i polegać. To była zmiana mentalna, która zwykle jest bardzo trudna do wprowadzenia, a nam się to udało osiągnąć w ciągu zaledwie kilku lat.
Dziś ze wszystkich służb mundurowych straż pożarna cieszy się największym społecznym poważaniem. Pamiętam zdarzenia sprzed 15-20 lat, gdy działania strażaków podczas akcji były ostro krytykowane przez gapiów i bezpośrednio zainteresowanych. Nawet w jakiejś takiej sprawie, przed laty, bardzo mocno polemizowaliśmy. Dziś już z takimi krytycznymi uwagami się niemal nie spotykam...
I to chyba dowodzi, że nie minąłem się z prawdą opisując te zmiany, jakie w szczycieńskiej straży nastąpiły. A pamiętać też trzeba, że w tym czasie zmienił się znacznie zakres działań strażaków. Pożary stały tylko jednym ze zdarzeń, którymi się zajmowaliśmy. Przez lata pracy w Szczytnie poczytuję sobie - oczywiście przysłużyło się temu mnóstwo dobrych, mądrych ludzi, strażaków z krwi i kości, zawodowych i ochotników - za zasługę to, że nie mieliśmy naprawdę poważnego pożaru lasu, a to zawsze stanowi potencjalnie ogromne zagrożenie, że nikt nie zginął podczas służby. I oby tak zostało jak najdłużej.
Dziewiąty rok „bezrobocia” na emeryturze. Czym się aktywny strażak zajmuje w tym czasie?
Konsekwentnie rozwijam ruch SKOK-ów od 1997 roku i jestem wiceprezesem naszego SKOK-u św. Brata Alberta. Nie chciałem zupełnie rozstawać się z pożarnictwem, więc podjąłem podyplomowe studia w zakresie bhp, a to dowodzi, że w każdym wieku można się wyuczyć, zmienić zawód, poznać nowy. Człowiek, który przez 35 lat był w stałej, czynnej służbie, nie może sobie pozwolić na papcie i szlafrok. To samobójstwo. Poza tym jest tyle spraw na świecie, wciąż pięknych rzeczy, które warto poznać, że czasu emerytury na to nie wystarczy. Teraz dodatkowo nabywam umiejętności opiekuna. Moja mama skończyła 100 lat i od dwóch mieszka z moją rodziną. Wymaga intensywnej opieki, którą jej zapewniam. Czy czuję się staro? Jeszcze nie, a przy mojej mamie, teraz – szczególnie. Nie istnieje taka sytuacja, gdy człowiek staje się niepotrzebny, na co często emeryci narzekają. Zawsze jesteśmy potrzebni, tylko musimy sami tego chcieć. A ja, jako strażak... Cóż, wciąż jestem na służbie, teraz u najbliższej osoby.
Kazik straciłeś w moich oczach po ostatnim wywiadzie i nie tylko w moich. Żyj sobie dalej w Hiszpanii. Mniejsze zło...? Zabawne.
Na starość zwariował
2026-04-26 13:06:22
Poziom zarządzania systemem PODSTAWOWEJ opieki zdrowotnej sięgnął dna! Starosta nie zapewnia mieszkańcom najważniejszej potrzeby. Nie ma kasy na dyżur apteki, ale jest na podwyżki wynagrodzeń. Folwark zwierzęcy Orwella! Niesamowicie pomocni sobie, nie ludziom!
Ja
2026-04-25 22:31:24
Zdzisław Zioło niekompetentny juror wg mnie. Nieprzygotowany do oceniania młodych, nie potrafi dobrać słów w ocenie, raniąc delikatne, wrażliwe osoby.
Ja
2026-04-25 19:57:51
Emil i Mieszkaniec mają rację, jeszcze nikt nie poznał zasad działania zakładu a już wielki krzyk się robi! Taki zakład to rozwój miejscowości i niezależności młodych mieszkańców .
Olo
2026-04-25 08:52:04
A może by tak napisać w końcu artykuł o zwolnieniach w Ikei? No tak...to nie pasuje do tych artykułów o ciągłych sukcesach tutejszych władz...jak to by wyglądało.
Tytus
2026-04-25 07:54:17
No I super
Joanna
2026-04-24 06:28:34
Pamiętam pierwszą edycję, Pani Agata też wówczas była jurorem. To wspaniała inicjatywa, która zapoczątkowała Pani Ewa Przychodzka, cudowna nauczycielka!
M
2026-04-23 22:24:49
Pan Tomasz jako nieliczny zabiera głos na sesji. W większości rada to słupy,bez własnego zdania. Przez dwa lata nie zabierają głosu w dyskusji.
Wyborca
2026-04-23 20:15:43
no to auto na wizualizacji wjeżdża w płot. Jakie to premium?
j23
2026-04-23 13:02:35
A ten policjant to jakoś się nazywa?
Zły Porucznik
2026-04-23 08:45:41