To tak, jakby dziesięć razy pozwolił się całkowicie odsączyć i... przeżył. Nie jest to, oczywiście, jego jedyna zasługa, bo wciąż jest aktywnym działaczem społecznym, a swego czasu, także samorządowym. Ciekawiły mnie motywy, które Ryszarda skłoniły do takiej, wieloletniej szczodrobliwości. O tym więc rozmawi...
To tak, jakby dziesięć razy pozwolił się całkowicie odsączyć i... przeżył. Nie jest to, oczywiście, jego jedyna zasługa, bo wciąż jest aktywnym działaczem społecznym, a swego czasu, także samorządowym. Ciekawiły mnie motywy, które Ryszarda skłoniły do takiej, wieloletniej szczodrobliwości. O tym więc rozmawiamy, a przy okazji – o życiu w ogóle.
Twoje najwcześniejsze wspomnienie z dzieciństwa to...
Jeszcze chyba nie jestem dość stary, by moja pamięć zaczęła sięgać wieku niemowlęcego. Pierwsze wyraźne wspomnienie to środek lat 50., gdy jako jeszcze przedkomunijny podlotek, wraz z kolegami „rozbrajałem” niewypał, całkiem sporą bombę. W środku były takie wąskie laski chyba z materiałem wybuchowym, które wrzucaliśmy do ogniska. Że nikomu nic się wtedy nie stało, to cud sam w sobie. A później to wiadomo... pierwsza komunia, pierwsze miłości... ciąganie za warkocze i inne metody podrywu...
Twoje korzenie sięgają...
Malborka. Tam się urodziłem, w 1949 roku, i chodziłem do szkół, poza Technikum Mechanicznym, bo ono znajdowało się w Tczewie. Ojca biologicznego nigdy nie poznałem. Z drugiego związku mojej mamy urodziły się cztery córki, moje przyrodnie siostry. Ciekawe, być może, jest to, że gdy ukończyłem już 60 lat dowiedziałem się i poznałem osobiście, moje kolejne rodzeństwo: dwóch braci i siostrę, o których wcześniej nie miałem pojęcia. Jeden z tych moich „nowych” braci, podobnie jak ja, był kolejnym, bo młodszym ode mnie nieślubnym dzieckiem mojego ojca, pozostała dwójka to już owoc formalnego związku. Oni, tych dwoje, z którymi dziś utrzymuję iście rodzinne kontakty, o moim istnieniu i drugiego „nielegalnego” brata też nic nie wiedziało. Takie to dziwnie skomplikowane losy czasem są ludzkim udziałem. Ojciec żył i prowadził zakład niedaleko Gdańska, więc też i nie tak daleko od Malborka, ale jakoś nigdy nie przejawiał chęci poznania synów, tyle że płacił alimenty. Wiedziałem, oczywiście, o jego istnieniu. Miałem już siedem lat, gdy moja mama wychodziła za mąż, a mój ojczym długo przekupywał mnie czekoladkami, bym zaczął do niego mówić „tato”. Zacząłem i później całe życie traktowałem go jak prawdziwego tatę, a on mnie – jak syna. Wychowywał, ubierał, karmił i to, jakim człowiekiem się stałem, to w wielkiej mierze jego zasługa.
Skończyłeś technikum i co dalej?
Armia. Służyłem w Elblągu. Zwykły szeregowiec ze mnie, ale że miałem, jako technik, najwyższe wówczas w kompanii wykształcenie, wysłano mnie do szkoły podoficerskiej sanitarno-medycznej. Do cywila trafiłem już jako kapral tzw. łapiduch. W czasie służby, podczas wesela kuzynki, tu w Szczytnie, poznałem swoją panią, rodowitą szczytniankę, której rodzice przyjechali tu z Łucka. W 1970 roku, w samo Boże Narodzenie, wzięliśmy ślub. A że u nas było odwrotnie niż w starożytnym Rzymie czyli stało się w myśl odmiennej maksymy: „Gdzie ty Caia, tam ja Caius”, to zostałem z żoną w Szczytnie i sam stałem się mieszkańcem tego uroczego grodu.
Wiem, że byłeś milicjantem, wykładowcą w obecnym WSPol. Od razu po zamieszkaniu w Szczytnie?
Nie. Najpierw pracowałem POM-ie, później trochę w Lenpolu, jeszcze później w ZRM-ach (Zakłady Remontowo-Montażowe Przemysłu- Zbożowego) przy ul. Polnej, a do milicji wstąpiłem w 1976 roku.
Co cię skłoniło?
Nie ma się co czarować, głównie względy materialne, bo miałem już wówczas trójkę dzieci. A praca w ZRM-ach łączyła się z wieloma wyjazdami, bo zakład obsługiwał obszar całej północnej Polski i kawałek wschodniej. Na początku finansowo za wiele nie zyskałem, ale byłem na miejscu, z rodziną i to było ważne. Po wstępnych szkoleniach zostałem szefem kompanii. Pracowałem w tej szkole i jednocześnie się w niej uczyłem. Zostałem oficerem w 1981 roku i później byłem dowódcą kompanii. Kolejny krok zawodowy to przejście na etat wykładowcy. Nauczałem taktyki działań specjalnych. Spędziłem w mundurze w sumie 28 lat i przeszedłem na emeryturę w 2004 roku.
Ale musimy cofnąć się w czasie i to pewnie daleko. Ile miałeś lat, gdy zostałeś krwiodawcą?
Jak tylko zrobiłem się dorosły. Stawałem na komisji poborowej, a wtedy nikt się nie pytał, bo na tej komisji pobierali każdemu. Później w armii parę razy tezżoddałem, ale nie było to jeszcze tak z przekonania...
Co cię zatem przekonało?
Bardzo ciężka choroba córki, jednej z bliźniaczek, krótko po ich urodzeniu w 1972 roku. Ówczesny ordynator oddziału dziecięcego powiedział, że będzie krew potrzebna. Ja akurat tego dnia nie mogłem oddać, dopiero tydzień później. Córce, oczywiście, krew podano. Przeżyła i żyje. Dziś ma ponad 40 lat i obdarzyła mnie dwojgiem wnucząt, z którym jedno już w tym roku też będzie dorosłe. W każdym razie od tej walki o życie dziecka zaczęło się moje krwiodawstwo, pełne zrozumienie, jak ważny jest to lek i niczym go poza krwią, zastąpić się nie da.
Zliczyłbyś, ile razy cię „odsączano”?
Nie liczyłem. Będzie coś około 150 pobrań, licząc po średnio 400 mililitrów. Na początku, gdy zostałem krwiodawcą, kobietom można było pobierać 200 ml raz na 4 miesiące, a mężczyznom 400 ml co kwartał. Te normy w czasie ulegały zmianom. Teraz można oddawać już krew bodaj co dwa miesiące w maksymalnej ilości 450 ml. Częściej i więcej można oddawać samego osocza. Polega to na tym, że pobierana jest pełna krew, od razu oddzielane jest osocze, a resztę z powrotem wprowadza się do organizmu.
Może zmieniają się te normy, bo wzrasta zapotrzebowanie?
Nie tylko, chociaż rozwój motoryzacji z pewnością wpłynął na znacznie zwiększoną liczbę wypadków drogowych, podczas których ranni często doznają takich obrażeń, że krew jest niezbędna. Z drugiej strony lepsza jest obecnie jakość życia. Ludzie się lepiej odżywiają, bardziej dbają o swój stan zdrowia, więc mogą bez uszczerbku dla siebie oddać częściej i więcej. Wiedza się rozwinęła, więc obecnie rzadko już stosowane są transfuzje pełnej krwi, produkuje się wiele preparatów tzw. krwiopochodnych, a mimo to, niestety, tej krwi wciąż jest u nas za mało. Ma na to wpływ zapewne także ogromny postęp w zakresie transplantologii. Podczas przeszczepów podawanie krwi i to w bardzo dużych ilościach jest niezbędne.
Są lepsze i gorsze okresy dla krwiodawstwa?
Po „zapaści” z lat 90., krwiodawstwo prawie zanikło, gdy ludzie żyli jakby w stanie zawieszenia, na nowo uzyskując stabilizację i jako taką pewność egzystencji. Jak się to w miarę unormowało, to było „po zawodach”. Mnóstwo dobrych inicjatyw, działań trzeba było budować na nowo, kiedy się naród i władza w końcu przekonały, że to nie „socjalistyczne” było, a zwyczajnie – ludzkie. Obecnie widzę i cieszę się z tego niezmiernie, iż krwiodawców przybywa, a w ich gronie jest wielu młodych, bardzo młodych ludzi, jeszcze uczniów szkół, w tym bardzo dużo dziewczyn. To dobrze rokuje.
Sam już nie oddajesz krwi?
Niestety, nie mogę. Obecnie już i wiek by mi na to nie pozwolił, ale „odrzucono” mnie wcześniej, gdy skończyłem tylko 62 lata, bo przyplątała się cukrzyca.
Czy można mówić o korzyściach płynących z krwiodawstwa innych niż ratowanie życia ludziom?
Znam niemało przypadków, kiedy badania przeprowadzane przed każdym oddaniem krwi pozwalały na wczesne wykrycie poważnych chorób u krwiodawców. Ostatnio w Szczytnie był przypadek, kiedy u krwiodawcy w ten sposób stwierdzono początki białaczki, choroby przecież bardzo niebezpiecznej. Czuł się jeszcze bardzo dobrze, nic mu nie dolegało, ale krew, jak cyganka: „prawdę ci powie”. Gdyby nie był krwiodawcą, zapewne zorientowałby się, że jest zagrożony wtedy, gdy choroba byłaby już mocno zaawansowana, a leczenie znacznie utrudnione i nie wiadomo, czy skuteczne.
Samo oddawanie krwi ci jednak nie wystarczało. Jesteś propagatorem promedycznej aktywności społecznej, szefem Rejonowego Oddziału PCK... Jak długo już?
Obecnie dwie 4-letnie kadencje, z których druga kończy się niedługo, bo w marcu, a wcześniej dwie kadencje byłem wiceprezesem. Czyli można powiedzieć, że działam w tej organizacji aktywnie od czasu przejścia na emeryturę. Gdy jeszcze pracowałem, w WSPol. działał klub HDK, którym kierowałem i organizowałem akcje poboru wśród studentów i słuchaczy. Po przejściu na emeryturę też się jeszcze tym zajmowałem jakiś czas, a obecnie tę pałeczkę przejął po mnie syn Andrzej, pracownik WSPol.
Można więc powiedzieć, że krwiodawstwo staje się waszą tradycją rodzinną?
Można, ale tylko w linii męskiej. Żadna z córek nie poszła w tym kierunku. Kobietom nieco trudniej, bo to ciąże, okres karmienia dzieci itp. Syn odziedziczył nie tylko tę moją pasję. Ma w sobie także żyłkę społecznikowską, robi sporo fajnych rzeczy. Może nie wypada się chwalić, ale jako rodzice nie mamy powodu do niezadowolenia, a wręcz przeciwnie – do dumy. Cała trójka dzieci to dziś dorośli, wykształceni ludzie, rzetelnie pracujący i sporo też dający z siebie innym.
To z pewnością zasługa ich samych, ale co najmniej taka sama wasza, rodziców. Jak się wychowuje dobre dzieci, z których można być dumnym?
Odpowiem trochę jakby z drugiej strony. Trzydzieści lat mieszkaliśmy w jednym domu z moją teściową, kobietą mądrą życiowo. Miała ona swoje różne powiedzonka, które – gdy je zrozumiałem – wyznaczały drogę życiową, normy postępowania, czyli wychowywały i uczyły mnie, a później ja uczyłem tego swoje dzieci. Jednym z jej takich powiedzonek było: „Pamiętaj, każdy całe życie pracuje na swój pogrzeb”. Długo nie docierało do mnie głębokie znaczenie tych słów. Aż do czasu, gdy tragicznie zmarł jeden z pracowników WSPol. W jego pogrzebie uczestniczyły setki ludzi. Wcześniej bywałem też na tych ostatnich pożegnaniach innych starszych czy młodszych, byłych pracowników, kolegów z pracy. Niektórych na cmentarz odprowadzali tylko najbliżsi, czasem grupka sąsiadów. I wtedy, na tym wielkim, licznym pogrzebie zrozumiałem to, co miała na myśli moja teściowa: jakim jesteś za życia człowiekiem, czy i ile pomagasz ludziom, jak ich szanujesz – tak oni będą szanowali ciebie. I czym to okażą? No właśnie chociażby tym, że odprowadzą na ostatnie miejsce spoczynku. Co najmniej od czasu, gdy tę naukę zrozumiałem, staram się pomagać, szanować ludzi. Nie twierdzę, że mi się to udaje w stu procentach, ale na pewno się staram. I wiem, bo doświadczyłem sam niejednokrotnie, że nie jest pustym frazesem twierdzenie, że każdy dobry nasz uczynek do nas wraca. On naprawdę wraca i to często zwielokrotniony. W innej formie, w innym czasie, ale wraca.
Kazik straciłeś w moich oczach po ostatnim wywiadzie i nie tylko w moich. Żyj sobie dalej w Hiszpanii. Mniejsze zło...? Zabawne.
Na starość zwariował
2026-04-26 13:06:22
Poziom zarządzania systemem PODSTAWOWEJ opieki zdrowotnej sięgnął dna! Starosta nie zapewnia mieszkańcom najważniejszej potrzeby. Nie ma kasy na dyżur apteki, ale jest na podwyżki wynagrodzeń. Folwark zwierzęcy Orwella! Niesamowicie pomocni sobie, nie ludziom!
Ja
2026-04-25 22:31:24
Zdzisław Zioło niekompetentny juror wg mnie. Nieprzygotowany do oceniania młodych, nie potrafi dobrać słów w ocenie, raniąc delikatne, wrażliwe osoby.
Ja
2026-04-25 19:57:51
Emil i Mieszkaniec mają rację, jeszcze nikt nie poznał zasad działania zakładu a już wielki krzyk się robi! Taki zakład to rozwój miejscowości i niezależności młodych mieszkańców .
Olo
2026-04-25 08:52:04
A może by tak napisać w końcu artykuł o zwolnieniach w Ikei? No tak...to nie pasuje do tych artykułów o ciągłych sukcesach tutejszych władz...jak to by wyglądało.
Tytus
2026-04-25 07:54:17
No I super
Joanna
2026-04-24 06:28:34
Pamiętam pierwszą edycję, Pani Agata też wówczas była jurorem. To wspaniała inicjatywa, która zapoczątkowała Pani Ewa Przychodzka, cudowna nauczycielka!
M
2026-04-23 22:24:49
Pan Tomasz jako nieliczny zabiera głos na sesji. W większości rada to słupy,bez własnego zdania. Przez dwa lata nie zabierają głosu w dyskusji.
Wyborca
2026-04-23 20:15:43
no to auto na wizualizacji wjeżdża w płot. Jakie to premium?
j23
2026-04-23 13:02:35
A ten policjant to jakoś się nazywa?
Zły Porucznik
2026-04-23 08:45:41