Nie to, że jesteśmy jako miasteczko, jacyś wyjątkowi. Wystarczy „wyguglować” sobie hasło: „opuszczone budowle” bądź coś zbliżonego, by się przekonać, że liczba tego, co marnieje, jest oszałamiająca. Opuszczone fabryki, szpitale, szkoły, a nawet całe miasta (tak, tak – również w Polsce), zrodziły nawet nowy rodzaj hobby – eksplorację takich właśnie miejsc, czego dowodzą liczne filmiki, zamieszczane przez zwiedzających na youtube.
Nie jesteśmy zatem, jako miasteczko, wyjątkowi, co nie znaczy, że widome przejawy lokalnego marnotrawstwa łatwo nam zaakceptować. Szczególnie, gdy określone miejsca i obiekty tkwią w pamięci z czasów świetności, gdy nie były jeszcze straszącymi ruderami, lecz tętniącymi życiem placówkami kultury, edukacji, gospodarki...
I żal d. ściska, gdy się na to patrzy, i niejedno obelżywe słowo kieruje się wówczas pod adresem tych, którzy za obecny stan rzeczy odpowiadają bądź tych, którzy może i mogliby jakieś naprawcze działania zainicjować, ale czemuś tego nie czynią. I nawet jeśli niektórych ruder istotnie nie opłaca się odzyskać, to może chociaż warto by uznać, że szkoda terenu, które zajmują, a Szczytno – podobno – dusi się w swoich administracyjnych granicach i nie ma miejsca na rozwój.
Pierwszy winowajca – Wyższa Szkoła Policji i jej najbliższe otoczenie czyli ulica Piłsudskiego. Ważna, bo przecież krajowa, główna arteria „przelotowa” przez miasto. Ktokolwiek jedzie z Ostrołęki czy doń, musi widzieć to, co Szczytno szpeci. Szpetota, aczkolwiek poważna, nie jest jednak największą wadą opuszczonych obiektów. Główna – to wspomniane wcześniej marnotrawstwo.
Rudera nr 1.
„Kasyno milicyjne” - tak w pamięci starszych mieszkańców Szczytna zwie się ruina stojąca za dzisiejszą Komendą Powiatową Policji. Zderzenie „epok” jest tu najbardziej wyraźne: na tle nowoczesnych, ładnych zewnętrznie obiektów stoi coś, co trudno nazwać budynkiem.
Stare mury poprzetykane miejscami nowszymi, zabezpieczone kratami okna, a wszystko już od stropu pozbawionego dachu powoli „pożera” roślinność. A jeszcze, wbrew pozorom, wcale nie aż tak dawno, w każdym razie za życia wielu obecnych mieszkańców miasta, było to miejsce, w którym w ciągu miesiąca działo się więcej niż teraz w takim np. MDK-u – przez rok. Kasyno było czymś, co można by nazwać – wg współczesnej nomenklatury – osiedlowym domem kultury lub co najmniej osiedlową świetlicą.
Fakt – przeznaczoną dla ściśle określonej grupy mieszkańców, czyli pracowników WSPol w jej wcześniejszych odsłonach (SOMO, WSO), ale mimo to kasyno nie zamykało drzwi przed osobami, głównie dziećmi z kręgów spoza tzw. „milicyjnego getta”, jak w latach 50. i późniejszych nazywano samą szkołę i jej mieszkaniowe otoczenie. To w tym „kasynie” - świetlicy działały najróżniejsze koła zainteresowań, które zapewniały dzieciom aktywne i twórcze spędzanie wolnego czasu.
Działał nawet teatrzyk, który ze swoimi spektaklami odwiedzał dzieciarnię w ościennych miejscowościach. Niemal co tydzień organizowano tzw. wieczorki taneczne, odbywały się spotkania, bale... Głównym „motorem napędowym” ówczesnej aktywności kulturalnej tego miejsca były właściwie dwa twory, które dziś uznane byłyby za tzw. organizacje pozarządowe czyli Koło Rodzin Milicyjnych oraz Liga Kobiet Polskich. Wiem, bo sama, jako dziecię bardzo małe, spędzałam w tym kasynie mnóstwo czasu. Dziś, gdy otrzymuję informacje np. o działaniach czy inicjatywach podejmowanych m.in. w świetlicach wiejskich, to cisną się na zwoje wyśpiewane przez Marylę Rodowicz słowa Andrzeja Sikorowskiego: Ale to już było...
Ostatnią aktywność, jaką osobiście pamiętam, kasyno przejawiało jeszcze na początku lat 80. Później zostało zamknięte. Kiedy dokładnie – nie wiem. Nieco później podjęta została próba jego przebudowy, rozbudowy, modernizacji... Cokolwiek to było – zaowocowało fatalnymi skutkami, na co – być może – wpływ miała dziejowa zawierucha, zmiana ustroju i odrzucenie wszystkiego wcześniejszego, które to odrzucenie było dominującą „filozofią” społeczno-gospodarczą początku lat 90. ubiegłego stulecia.
Filozofia za bardzo się nie zmieniła (obecnie nawet znów silnie podnosi głowę), ale minęło jednak ponad ćwierć wieku i chyba czas najwyższy, by odrzucić emocje i animozje, a patrzeć racjonalnie.
To spojrzenie, fakt – pojawiło się raz i na krótko. Szkoła (bodaj w połowie lat 90. albo nieco później) podjęła próbę pozbycia się obiektu. Chciała go po prostu sprzedać. Aby tego dokonać, musiała uzyskać zgodę na wyłączenie ruiny i jej otoczenia (gruntu) spod policyjnego władztwa. Decydenci szczebla rządowego, w Komendzie Głównej Policji, zgody na ten „manewr” jednak nie wydali. I tak... wciąż mamy to, co mamy, czyli straszącą ruinę przy głównej miejskiej magistrali, otoczoną ciszą – również urzędniczą. Być może ci, którzy mogliby coś z tym fantem zrobić, ale im się nie chce, liczą na to, że przyroda ich wyręczy. I ona to zrobi prędzej czy później, ale czy o to chodzi?
Rudera nr 2.
Wjeżdżając do miasta, nieco za opisanym kasynem, ale po drugiej stronie ulicy wciąż okazale prezentuje się budynek dawnego przedszkola. W odróżnieniu od kasyna, które otoczone jest ogrodzeniem z bramami zabezpieczonymi łańcuchami, dostęp do tegoż „przedszkola” jest swobodny, a dawny ogródek, w którym tylko na szarym końcu, w trawie i krzakach, można „odkryć” resztki placu zabaw, służy za „parking”.
Pamiętam to przedszkole z czasów świetności, sama do niego chodziłam do czasu, gdy jako 6-latka zleciałam z huśtawki (takiego bardzo dawnego „konika”), razem ze źle zamocowanym „konikiem” i złamałam rękę. Rodzice uznali, że bezpieczniejsza będę w domu.
Placówka działała wiele, wiele lat, najpierw jako zakładowa (milicyjna), później już miejska, a w ostatnim okresie swojej świetności było to przedszkole niepubliczne, prowadzone na takich samych zasadach, jak wciąż aktywne i cenione przedszkole „Pod Topolą” przy ul. Pasymskiej. To przy Piłsudskiego miało jednak mniej szczęścia ze względu na prawo własności do budynku. W skrócie rzecz sprowadzała się do tego, że obiekt był i pozostał własnością WSPol. Miasto go jedynie użytkowało. Nie mają dziś już większego znaczenia powody i okoliczności, w jakich WSPol. budynek odzyskała na własne zresztą żądanie. Po co?
Tego nikt do dziś nie wie, chyba nawet sam właściciel. Nie ma przedszkola, a kwestią czasu jest, by nie było także budynku. Obecnie, przy najlepszych nawet chęciach, oddanie obiektu na powrót do użytku maluchom (a z pewnością przedszkole nie stałoby puste) to koszt, którego chyba nikt się nie podejmie. Zniszczenia, zarówno samego budynku, jak i jego otoczenia, poszły za daleko, nie mówiąc już o tym, że jakieś fragmenty działek, które do przedszkolnego podwórka były kiedyś przypisane, sprzedano.
Przez kilka lat wielokrotnie, jako dziennikarz, pytałam właściciela, czyli kolejnych szefów WSPol. - co z tym przedszkolem zamierza zrobić. Niezmiennie w odpowiedzi słyszałam, że pomysł jest (zawsze tajemniczy), plany remontu i wykorzystania też. Szkoła zatem wizję miała, tylko że przy niej pozostała. Ostatnio już więc nie pytam, bo szkoda zachodu.
Jeszcze nie rudera nr 3.
Jak się już dokładnie obejrzy dawne kasyno i dawne przedszkole przy ul. Piłsudskiego warto się przemieścić na ul. Mickiewicza i przyjrzeć dokładnie wyjątkowo pięknemu budynkowi dawnego internatu Zespołu Szkół nr 1. Przyjrzeć się należy i najlepiej jeszcze zdjęć różnych narobić, bo nie wiadomo, jak długo budynek ten zachowa obecny urok. O tym, by odzyskał urok dawny, chyba już nie ma co marzyć.
Obecnym jego właścicielem też jest WSPol., chociaż prawo własności uzyskała nie tak dawno, kilka lat temu, w 2010 roku, czyli całkiem współcześnie. Otrzymała budynek od samorządu powiatowego jako darowiznę. Fajnie się czyta enuncjacje prasowe z tego okresu, np. z 2009 roku, kiedy ówczesny komendant rektor przekonywał, że internat jest potrzebny dla rosnącej liczby cywilnych studentów.
Fajnie i z żalem w obliczu decyzji komendanta obecnego i zmniejszania tej liczby. Z to właśnie studenci cywilni, w liczbie kilku tysięcy, mieli się znacznie przyczynić do gospodarczego rozkwitu grodu. Ciekawostkę już niemal historyczną stanowi to, że w tymże 2009 roku, kiedy toczyły się negocjacje odnośnie do internatu przy ul. Mickiewicza, komendant deklarował przekazanie starostwu... kasyna przy ul. Piłsudskiego i 30-arowej działki. Ostatecznie starostwo okazało się hojne bezwarunkowo i internat oddało nie biorąc nic w zamian. Zważywszy na stan kasyna – słusznie. Co nie znaczy, że słusznie pozbyło się internatu.
Dziś próbuje ten budynek odzyskać. Być może samorządowe władztwo daje większą gwarancję (i nadzieję), że obiekt nie zniszczeje do końca. W jego przypadku odpowiedzi o zabezpieczenie, remont i wykorzystanie obiektu, uzyskiwane od WSPol. Były dokładnie takie same, jak w przypadku dwóch wcześniej opisanych budynków: chęci mamy, możliwości – nie. I brak tych możliwości coraz bardziej widać, bo czas łaskawy nie jest, szczególnie w stosunku do tych elementów lokalnego krajobrazu, które człowiek ma w...
Nieszczególnie liczę na to, że wywołana dziś „do tablicy” WSPol. będzie na tyle łaskawa, by nam wszystkim (za redakcyjnym pośrednictwem), dokładnie wyjaśnić, dlaczego tak marnie zarządza swoim własnym mieniem, co zamierza z nim ostatecznie zrobić i kiedy. Wątpię, byśmy uzyskali konkretną, rzetelną i wyczerpującą odpowiedź – informację. Niemniej jakaś iskierka nadziei się tli, że komendantura uzna za stosowne tych wyjaśnień udzielić. Chociażby dlatego, że obiekty, co prawda – są jej, ale miasto – nasze.
* * *
Tyle na początek. Podobnych miejsc i obiektów jest jednak w Szczytnie więcej. Kolejny ich zestaw można by nazwać wspólnym mianem: „niespełnione obietnice”. Obiecywano nam piękną wieżę ciśnień z nowoczesną obudową – mamy niedokończony koszmar budowlany. Obiecywano nam (wielokrotnie) zamianę „dziury po kinie” w nowoczesną galerię, może nawet i z kinem – nic z tego. Obiecywano nam hotel przy ul. Pasymskiej, ostała się jeno stacja paliw. A „obietnic” przybywa. Jest też wcale niemała grupa już zniszczonych bądź niszczejących budynków, o których decyduje samorząd miejski, jak np. dawne schronisko młodzieżowe przy ul. Pasymskiej, a nawet samorząd wojewódzki, który ma we władaniu połowę (nieczynną) szkolnego budynku przy ul. Kasprowicza. I są też obiekty (np. dawny POM czy biurowiec „Unimy”), o których właścicielach można by dziś powiedzieć: a cholera wie, czyje to teraz... Może uda się tego dowiedzieć. O nich, sentymentalnie i z żalem, i o innych miejskich ruderach, jak chęci wystarczy, napiszę innym razem.
To bardzo skromny i niezmanierowany Doktor. Cenię jako człowieka, który podchodzi do pacjenta z sercem. Zjeździłem całą Polskę, lecząc się prywatnie, i nigdy nigdzie nie otrzymałem tyle opieki i pomocy, którą okazał mi Pan Doktor. Ogromny szacunek.????????????
Dariusz
2026-04-02 18:31:30
Bez skrótów. Bez przypadków. Bez imienia. Bez nazwiska. Po prostu policjant. Ze Szczytna.
Czytelnik ze Szczytna
2026-04-01 17:48:06
To doskonały pomysł, niech mnie pan cytuje studentom ile tylko można, ludzie w końcu muszą poznać prawdę. nie tylko jednostronną fałszywą narrację. Cały świat wie czym Netanjahu wciągnął Trumpa w wojnę, oczywiście o aktach Epsteina, agenta Mossadu, nic Pan nie słyszał, prawda? :)... I nie Rosjanie o tym otwarcie mówią, tylko sami Amerykanie. W moich komentarzach piszę mój punkt widzenia, do którego mam pełne prawo...a Pan sraczki dostaje i nie potrafiąc się do nich merytorycznie odnieść, i podważyć, używa agresywnego personalnego ataku. Prawda jest niepodważalna.. co nie?
Polak
2026-04-01 14:02:23
Najbardziej to pewnie ucieszył się ten pan z DPS, ktory zawsze prosi o drobne pod biedra lub Orlenem. Jak każdy student dal mu piątaka to będzie miał na kilka czteropakow
Kamil
2026-04-01 12:35:56
Mądrzejewski-toponimiczne pochodzenie nazwiska od przymiotnika (mądry). Być może. Wgłębiając się jednak w twórczość p. Mądrzejewskiego zamieszczaną na łamach owego tygodnika, widzę człowieka, która za wszelką cenę chce nam wszystkim udowodnić, iż należy do starannie wyselekcjonowanej grupy mądrych. Grupa mędrców Donalda Tuska. Może się mylę. Może treści, które czytam, to myśli głębsze po głębszym. Może ja czegoś nie rozumiem i autor rzeczywiście jest mądrzejszy ode mnie. Szukam odpowiedzi. Na razie znalazłem jedną. Jak dla mnie mało miarodajną. Zawsze to jednak jakiś trop. Otóż statystyki nazwisk w Polsce podają, iż osobników płci męskiej o nazwisku Mądrzejewski jest tylko 266-u. Jak mawiała pani Kidawa-Błońska cyt: „gdyby natura chciała, to przekop by sama zrobiła\". Nie zrobiła. Z mądrością widać też jej nie poszło.
Zakute Łby : )
2026-04-01 12:08:43
Przekształcili w nową instytucję, która pewnie nic nie wniesie to i lepiej zarobią.
Do Marek
2026-04-01 08:52:59
Wspaniały , empatyczny lekarz. Życzliwy , ciepły Człowiek. Inny lekarz mnie zlekceważył. Pan doktor zrobił badania , przepisał leki. Przestało boleć. Stan zapalny zlikwidowany. Dziękuję za pomoc.
Marzenna Żakowicz
2026-03-31 21:40:33
Ty \"Polak\" ty \"Romek\". Zanim coś naPiSzecie, to się tysiąc razy nad tym zastanówcie, jeśli jeszcze potraficie.
Sławek
2026-03-31 14:52:25
Osobnik tytułujący się ksywą Polak jest niezawodny. Jego komentarze do moich mikro felietoników wprowadzę w najbliższym czasie jako materiał poglądowy do zajęć ze studentami z przedmiotu \"Biały wywiad i dezinformacja\". Tym razem mamy do czynienia z \"mykiem\" polegającym na wrzucanie do komentarza treści, o których w komentowanym materiale nie było mowy czyli: 1. Bogata Polska utrzymuje wrogą Ukrainę; 2. Trump rozpętał wojnę z Iranem na polecenie Izraela. Panie \"Polak\" jakby nie patrzeć widać starą dobrą ruską szkołę. Czekam na następne przykłady.
Wiesław Mądrzejowski
2026-03-31 14:20:27
Strzelnica o której wspomniałem to też jest dół, jednak pocisk wyleciał. Skoro zatem istnieje możliwość zranienia innego człowieka, a istnieje, dowód już Pani dałem, to taka strzelnica powinna mieć ściany, szczególnie, gdy w pobliżu są domy mieszkalne. Pogratuluje pan mieszkańcom, jak nie daj Boże dojdzie do podobnego wypadku, a prędzej czy później dojdzie, ciekawe czy wtedy też będą tak entuzjastycznie nastawieni.
nikoś
2026-03-31 13:11:34