Łomot i zgrzytanie - mazurskie gadanie Wiesława Mądrzejowskiego
Jakiś czas temu temu dobiegł mnie zza małego jeziora głośny łomot a później donośne długotrwałe zgrzytanie. Spojrzałem na ratuszową wieżę, która wyraźnie zadrżała, ale to solidna niemiecka budowla więc nic groźniejszego się nie stało. Zajrzałem do Internetu i wszystko już było jasne. Ukazał się w sieci radosny komunikat burmistrza o przyznaniu miastu dotacji w poważnej wysokości 2,5 mln złotych na renowację boiska przy ulicy Śląskiej. Łomot spowodował wielki kamień, który spadł z burmistrzowego serca a zgrzytała zębami ratuszowa opozycja, która na złość uwaliła parę miesięcy temu właśnie ten projekt.
Z każdych pieniędzy jakie trafiają do naszego miasteczka trzeba się cieszyć, a szczególnie tych z przeznaczonych na obiekty sportowe. Teraz tylko trzeba będzie dołożyć do tych uzyskanych „z góry” jeszcze kilka razy tyle środków własnych. Nie ma miasto szczęścia do ludzi doceniających znaczenie jakie dla jego rozwoju, a przede wszystkim dla zdrowia mieszkańców ma inwestowanie w obiekty sportowe.
Nawet w dawnych niesłusznych czasach, gdy dzięki grupie sportowych fanatyków ze „szkółki” żyliśmy ponad stan mogąc wybierać pomiędzy trzema drużynami grającymi na zapleczu ekstraklasy. Wiele miast wojewódzkich mogło o czymś takim tylko pomarzyć. Jakoś się udawało upchnąć koszykarzy i siatkarzy w maleńkiej szkolnej salce, a na drewnianych ławkach „stadionu leśnego”, na stojąco dookoła boiska i zdarzało się na okolicznych drzewach heroiczne boje piłkarzy oglądało w porywach kilka tysięcy widzów. Już wtedy było wiadomo, że bez nowych obiektów nie jest to zabawa na dłuższy czas. Konieczność ich budowy nie podlegała dyskusji. Był człowiek młody, miało się mnóstwo pomysłów i nie było rzeczy niemożliwych. Kierowałem wtedy gwardyjską sekcją piłkarską.
Rozejrzałem się po miejskich i podmiejskich terenach i wybrałem z wizytą do Janka Hoffmana ówczesnego naczelnika miasta. Znaliśmy się jeszcze jako studenci, więc rozmowa była można powiedzieć od razu mocno ożywiona. Najpierw skoczyliśmy sobie do oczu na tyle ostro, że towarzyszący mi urzędujący sekretarz klubu Zbyszek Lewicki poczuł nagłą potrzebę chwilowego opuszczenia gabinetu.
Poszło o to, że Janek nie bardzo jeszcze kumał jaką rolę w miasteczku odgrywa klub sportowy, nie wspomnę o jego zapleczu. Nie mniej ostro zdarzało się nam wcześniej walczyć o interesy studenckie – Janek środowiska olsztyńskiego a ja toruńskiego więc przy kolejnej herbacie przeszliśmy do konkretów. Pojawiły się plany, rozmowa o tym jak może się w Szczytnie rozwijać miejski, a nie tylko policyjny sport trwała bardzo długo. Po kilku dniach wybraliśmy się w teren, obejrzeliśmy okolice stadionu i doszliśmy do wniosku, że połączenie funkcji tych obiektów i wykorzystanie sąsiednich nieużytków pozwoli na stworzenie czegoś naprawdę fajnego.
Coś podobnego pojawia się ostatnio w formie enigmatycznych bardzo pomysłów niektórych radnych. Niestety, nie dane było Jankowi pełnić funkcji dzisiejszego burmistrza zbyt długo i skończyło się na ambitnych planach.
Do dzisiaj tak naprawdę to mamy w Szczytnie miejską halę Wagnera, bazę wodną z boiskiem koszykarskim, orlika, boiska do siatkówki plażowej, boisko przy Śląskiej… i to wszystko. Reszta to obiekty policyjne, szkolne i prywatne. To nie jest dno, stukamy w dno od spodu! Polski felietonista wszech czasów Antoni Słonimski napisał kiedyś: „Świat nie jest piłką futbolową, świat się podbija głową, głową, głową!” Tyle że to było prawie sto lat temu. Świat się podbija na wiele sposobów o czym się dziś przekonujemy śledząc Igrzyska Olimpijskie w Tokio, gdzie startuje znów nasz chłopak ze Szczytna. Można jak się ktoś uprze wychować w szczycieńskich warunkach nawet olimpijczyka. Akurat w tym wypadku przede wszystkim dzięki rodzinnym tradycjom i piekielnie ciężkiej pracy. Dlatego odnowione boisko (bo stadionem tego nawet po remoncie nie będzie można nazwać) ułatwi rodzinnej ekipie Bukowieckich wyłapanie i wyszkolenie mam nadzieję kolejnych herosów. Gdyby jednak zdarzył się cud i miejska władza użyła głowy nie do walki z konkurencją a w interesie mieszkańców to trzeba by potraktować rewitalizację boiska na Śląskiej jako praktyczne ćwiczenia przed podjęciem się budowy kompleksu sportowego z prawdziwego zdarzenia. Siedzę właśnie na letniskowym tarasie w helskim lesie. Przy grillu pogadałem dziś z przypadkowymi sąsiadami i zeszło na sport. Jak się okazuje starzy kibole w moim wieku doskonale pamiętają szczycieńską Gwardię a nawet niektórych jej piłkarzy. Nie chcieli uwierzyć, że kontynuatorzy jej tradycji wylądowali właśnie w A-klasie. Wstyd jak jasna cholera, ale co zrobiono naprawdę konkretnego, aby tego uniknąć? W Internecie może być pięknie, a rzeczywistość skrzeczy.
Wiesław Mądrzejowski (wiemod@wp.pl)
Komentarze i materiały powiązane pojawią się poniżej.

