Poniedziałek, 27 Kwiecień
Imieniny: Marii, Marzeny, Ryszarda -

Reklama


Reklama

List do redakcji - Teresa Zduńczyk


Chcę poruszyć sprawę traktowania pacjentów w szczycieńskich placówkach zdrowia, bo czas najwyższy takie wydarzenia nagłaśniać, a wiem, że nie byłam wyjątkiem.


  • Data:

Chcę poruszyć sprawę traktowania pacjentów w szczycieńskich placówkach zdrowia, bo czas najwyższy takie wydarzenia nagłaśniać, a wiem, że nie byłam wyjątkiem.

 

Leczę się na nadciśnienie. W nocy z soboty na niedzielę to ciśnienie skoczyło mi bardzo, niebezpiecznie wysoko – 220/130. Nie udawało się go zmniejszyć lekami, które na co dzień przyjmuję. Czułam się coraz gorzej, więc około pół godziny po północy mąż zadzwonił po pogotowie, na nr 112. Usłyszał, że sami mamy pojechać do szpitala. Pojechaliśmy. Tam, niemal w progu izby przyjęć, nieprawdopodobnie niemiła pielęgniarka skrzyczała mnie, stwierdziła, że szpital nie jest od udzielania pierwszej pomocy i mam pojechać do przychodni, która świadczy nocną i świąteczną pomoc. Czas płynie, ja się czuję coraz gorzej, z ledwością wsiadam do samochodu, a samopoczucia nie poprawia coraz większe zdenerwowanie takim odsyłaniem z miejsca na miejsce, i to odległe. Ale ponieważ zostałam (w towarzystwie męża) praktycznie wygoniona z izby przyjęć, więc pojechaliśmy na ul. Gnieźnieńską, do siedziby Elmedu. Drzwi zamknięte, ciemno... Pukamy. W końcu pojawia się pielęgniarka i mówi, że powiadomi dyżurującego lekarza o mojej obecności. Czekamy około 40 minut. Jestem coraz bardziej osłabiona. Pytam pielęgniarkę, co z lekarzem. Słyszę, że został poinformowany. Co robił i gdzie był? Nie wiem. Innych pacjentów, w każdym razie, nie było w tym czasie.


Reklama

Moje zdenerwowanie sięga zenitu tym bardziej, że zaczynam mieć problem z oddychaniem, że z trudem zachowuję jako taką przytomność. Decydujemy się z mężem wrócić do szpitala. Gdy wsiadam do samochodu, pielęgniarka „Elmedu” przez okno woła mnie z powrotem, krzycząc, że w takim stanie nie powinnam się przemieszczać. Jednak jedziemy.

W szpitalu ta sama pani pielęgniarka co poprzednio atakuje mnie jeszcze mocniej i bardziej niegrzecznie. „Czego pani histeryzuje, przecież pani nie umarła!” - takie między innymi zdania słyszę. Akurat w izbie przyjęć jest jeden z ratowników medycznych z pogotowia. I chyba tylko jemu zawdzięczam, że poszukiwanie pomocy medycznej nie zakończyło się dla mnie tragicznie. On mi tej pomocy udzielił: zbadał ciśnienie, zaordynował zastrzyki, podłączył kroplówkę, mimo że pani pielęgniarka tym jego czynnościom się sprzeciwiała. W międzyczasie pojawił się lekarz, ale zagrożenie już minęło, pod wpływem leków ciśnienie powoli zaczęło mi spadać. Lekarz zalecił, by go powiadomić, gdy zejdzie ono do zwykłego, „zdrowego” poziomu. Gdy już sięgało ono 100/60 przyjrzał mi się i zalecił podjęcie leczenia u kardiologa. Szpital opuściłam około godziny 3 nad ranem.

Reklama

Nie znam nazwiska tego ratownika, ale bardzo mu dziękuję za udzieloną pomoc i – czego przecież wykluczyć się nie da – uratowanie życia. Nie dziękuję pozostałym przedstawicielom służby zdrowia, z którymi tej nocy miałam do czynienia. To, co i jak robili, nie da się nazwać służbą. Odniosłam wrażenie, że im pacjent robi krzywdę tylko tym, że ośmiela się być i przeszkadzać w pracy.

 

Teresa Zduńczyk

z Leśnego Dworu

 



Komentarze do artykułu

Napisz

Reklama


Komentarze

Reklama