Sobota, 28 Maj
Imieniny: Amandy, Jana, Juliana -

Reklama


Reklama

Jerzy Kosiński – profesorska głowa w czepku... pływackim


Naukowiec, wykładowca, jeden z najlepszych polskich specjalistów w zakresie przestępczości w sieci od ponad 30 lat jest „nasz”, szczycieński. Jego wiedzę i umiejętności docenia świat. I jest też pan Jerzy przykładem prawdziwości przysłowia, że nikt nie jest prorokiem we własnym kraju. Bo Szczytno, a właściwie jego macierzysta WSPol. potraktowała go po macoszemu. Mimo to Jerzy Kosiński wciąż zajmuje się tym, co najbardziej kocha: pracą, ratownictwem wodnym i... wnukiem.



Skąd połączenie: cyberprzestępczości z ratownictwem wodnym?

 

Pierwszą pasją było pływanie. A cyberprzestępczość to rzecz nabyta, głównie w ostatnich latach i wiedza o niej też.

 

To kiedy się to pływanie zaczęło?

 

Jeszcze na Śląsku, gdzie się urodziłem. Mieszkałem w specyficznym terenie zwanym leśnym pasem ochronnym. To pas drzew i jeziorek w wyrobiskach wokół Gliwic. To były takie tutejsze glinianki, które po śląsku nazywaliśmy: bały. Ponadto chodziłem do podstawówki, w której był basen. Niewielki, co prawda, ale był i można było pływać.

 

To ile miał pan lat jak się nauczył pływać?

 

Siedem, może osiem. Głównie w szkole. Basenem opiekował się nauczyciel w-f i prowadził lekcje. Inne to były czasy. Np. przychodziła woźna z wypełnionym wiadrem, zamieszała w nim, mówiła do nas: odsuńcie się i wlewała zawartość do wody. To było tzw. chlorowanie, po którym woda przestawała być przezroczysta.

 

Czyli wszyscy uczniowie tej szkoły umieli pływać?

 

Raczej nie, bo wbrew pozorom wcale wszyscy chętnie nie pływali. Wielu kolegów migało się jak mogło, od zajęć pływackich. Mi to akurat pasowało.

 

A skąd się wzięło ratownictwo?

 

Z przypadku. Jako może 16-latek poszedłem się kąpać w gliniankach położonych na terenie kolejowym. Z dwoma kolegami zostaliśmy zatrzymani przez sokistów, którzy nam zagrozili, że nasza sprawa zostanie skierowana na kolegium. Żeby zmniejszyć ewentualne „dolegliwości” ze strony rodziców zapisałem się na kurs ratowników. Do sokistów i ich gróźb się przyznałem, ale od razu zastrzegłem, że jako ratownik ewentualnie zarobię na tę karę. Kary nie było, a uprawnienia zostały. Moim pierwszym instruktorem na kursie ratownika był jeden z założycieli WOPR – Lucjan Wilichnowski.

 

Jako 16-latek był pan już uczniem szkoły średniej...

 

Tak. Technikum Łączności im. Feliksa Dzierżyńskiego w Gliwicach. W ogóle moje szkoły miały patronów, których dziś się nie toleruje, więc może i moje świadectwa są nieważne? Podstawówka nosiła imię Polskiej Partii Robotniczej, a uczelnia – Wincentego Pstrowskiego.

 

Technikum łączności to już przedsmak późniejszych zainteresowań informatycznych?

 

Owszem. Ojciec kolegi był w zespole konstruktorów, którzy stworzyli pierwsze w Polsce płucoserce. To mnie już wówczas zainteresowało, stąd wybór szkoły średniej, a później studiów na kierunku: elektronika, a dokładniej - systemy mikroprocesorowe. Miałem nawet możliwość, sporo lat później, pracować przez pół roku z taką sławą polskich technologii informatycznych jak Jacek Karpiński. To było po tym, jak zlikwidowana została szczycieńska Unima.

 

Czyli w tym czasie nie był pan już Ślązakiem lecz Mazurem? Jakim cudem?

 

Przez wojsko. W ramach SPR po studiach zostałem skierowany na praktykę do jednostki w Lipowcu. Latem, jako żołnierz byłem ratownikiem na obozie dzieci kadry żołnierskiej w Warchałach. Spędziłem dwa miesiące niemal w wodzie. A w wojsku moim głównym zajęciem było granie w piłkę, bo to też lubiłem. W Szczytnie w tym czasie działała tzw. liga międzyzakładowa i jednostka w niej uczestniczyła. To były różne konkurencje, rozgrywane między, rzecz jasna, pracownikami różnych miejscowych firm. I podczas jednego meczu złamałem rękę. Chodząc z zagipsowaną kończyną po Szczytnie spotkałem kolegę z jednostki. Pochodził z Jeleniej Góry, ale w Szczytnie się ożenił i tu szukał pracy w Unimie. Ponieważ się nudziłem, poszedłem z nim dla towarzystwa. Efekt był taki, że zaproponowano mi pracę wraz z mieszkaniem. Koledze, niestety, nie.

 

I to mieszkanie, jak sądzę, stanowiło podstawę decyzji...

 

Z pewnością. Na Śląsku bym mieszkania raczej nie dostał. Efekt był taki, że tuż przed Wigilią zostałem cywilem, a w połowie stycznia już pracowałem w Unimie. W międzyczasie zdążyłem jeszcze wziąć ślub.

 

Miłość miejscowa?

 

Zamiejscowa – ze Śląska. Poznaliśmy się oczywiście, na wodzie, kiedy pracowałem jako ratownik jeszcze w szkole średniej i trochę na studiach. Później prowadziłem spływy kajakowe na Mazurach i Podlasiu, w okolicach Augustowa, więc te tereny trochę znałem. Żona też jest miłośniczką wody i lasów, więc nie było jakiegoś konfliktu. Z jej pracą też nie było problemu, bo jest pielęgniarką. Oboje chętnie zostaliśmy na Mazurach, czego nie żałujemy.

 

A kiedy pojawił się w pana życiu policyjny mundur?

 


Reklama

Kiedy Unima została „zrestrukturyzowana” poprzez upadłość. Koledzy, którzy wcześniej się z zakładu zwolnili i poszli do pracy do WSPol., zaproponowali takie przejście i mi. Przeszedłem, oczywiście, wszystkie etapy kwalifikacji policyjnej, w tym także rozmowę z psychologiem. Tu doszło do drobnego incydentu, bowiem zostałem spytany, czy regularnie spożywam alkohol. Odpowiedziałem, że owszem. Pani spojrzała na mnie krzywym okiem, a ja wyjaśniłem: regularnie, raz do roku, lampkę szampana w sylwestra... Chyba się trochę obraziła, że kpię i wpisała mi w akta, by na mój „nałóg” uważano.

 

Ale nie był pan jeszcze specjalistą od cyberprzestępczości?

 

Musiało upłynąć sporo czasu. Zacząłem pracę w istniejącym wówczas w WSPol. centrum obliczeniowym, które zajmowało się obsługą logistyczną szkoły i obliczeniami statystycznymi.

 

Jaka więc była droga do tej niezbędnej dziś specjalizacji z zakresu kryminalistyki?

 

W ramach centrum pisałem programy użytkowe, z których obsługą, z czasem, zacząłem zapoznawać też studentów. I w międzyczasie zaczęło być oczywiste, że coraz powszechniejszy dostęp do internetu będzie też kusił świat przestępczy. To było ciekawsze od programowania, które już zaczęło mi się nudzić. Wtedy nawet jeszcze nie istniała nazwa: cyberprzestępczość. Mówiło się o przestępczości komputerowej lub informatycznej. Ale specjaliści od komputerów zdawali sobie sprawę, że to narzędzie, które otwiera zupełnie nowy rozdział w odwiecznej „zabawie” w policjantów i złodziei. Już w połowie lat 90. z kolegami z WSPol zorganizowaliśmy pierwszą międzynarodową konferencję naukową dotyczącą tego zagadnienia. A później były lata nauczania, ale i własnej nauki, która wciąż trwa, bo w w technologii informatycznej zmiany następują tak szybko i intensywnie, że wymaga sporo czasu i wysiłku, by być na bieżąco.

 

I stał się pan fachowcem, którego cenią zagraniczne policje i międzynarodowe organizacje „parające się” kwestiami bezpieczeństwa, jak też i uczelnie policyjne z innych państw.

 

Tak istotnie było, aczkolwiek skończyło się, gdy przestałem być policjantem, a zostałem emerytem.

 

No właśnie. Z naszych informacji wynika, że został pan „poproszony” o przejście na emeryturę. I to wywołało ogromne zdziwienie. Bo trudno było znaleźć sens w działaniach, które na boczny tor odsuwały specjalistę pańskiej miary, tym bardziej, że w tym samym czasie uruchamiano kierunek edukacji policyjnej właśnie nastawiony na cyberbezpieczeństwo.

 

Nie tak do końca. Na odejście zdecydowałem się sam, aczkolwiek istotnie nie dlatego, że marzył mi się wypoczynek. Po prostu współpraca z nowymi przełożonymi okazała się niemożliwa, chociaż początkowo wyglądało to nie najgorzej. Już pod rządami nowej władzy zostałem prorektorem ds. studiów. Ale szybko okazało się, że mamy z komendantem odmienne wizje funkcjonowania szkoły. Ja broniłem wyższej uczelni, komendant marzy o tym, by w Szczytnie była wyłącznie akademia policyjna.

 

Konsensus był niemożliwy?

 

Nie przy „podchodach”, jakie czyniono. Przez MSWiA zostałem delegowany jako wykładowca do Mołdawii. Miałem uczyć tamtejszych policjantów. Tu wszczęto wobec mnie postępowanie dyscyplinarne o to, że chciałem wyłudzić delegację do Warszawy, skąd miałem lecieć do tej Mołdawii. Wcześniej była jeszcze sytuacja ze studiami podyplomowymi dla policjantów, prokuratorów i bankowców. Zorganizowałem wszystko łącznie z zaproszeniem w charakterze wykładowców najlepszych specjalistów, co wcale nie było łatwe. Wtedy zostałem poinformowany, że w ramach wynagrodzenia otrzymają oni po 70 zł za godzinę wykładów i ja mam ich o tym poinformować. A trzeba pamiętać, że przeciętna stawka profesorska to 250-300 zł. Odmówiłem. Ostatecznie stawki zostały zmienione i dostosowane do standardów, ale ja się już tym nie zajmowałem. Z postępowania dyscyplinarnego też nic nie wyszło, ale to jakby była ostatnia kropla. Złożyłem raport o zwolnienie ze służby. Wtedy zaprosił mnie zastępca na rozmowę, podczas której zasugerował, że zostanę szybciej przeniesiony do cywila, gdy złożę raport o zwolnienie z funkcji prorektora. Okazało się, że celem było pozbawienie mnie dodatku, a tym samym – niższa emerytura. Później doszły mnie jeszcze informacje o tym, że ewentualnie mógłbym zostać w WSPol. Gdybym „ugiął karku”. Na to jednak nie miałem najmniejszej ochoty. Swój honor trzeba mieć, niezależnie od okoliczności. I tak, ze względu na nadmierne „zesztywnienie kręgów szyjnych”, przestałem być policjantem.

 

Nie pan jeden. W zbliżonym czasie odeszło ze służby wiele innych osób i to raczej ze szkolnego „świecznika”.

 

Niestety, to prawda. I w większości przypadków osoby naprawdę fachowe i doświadczone rozstały się ze szkołą w podobnych okolicznościach jak ja. Myślę, że to działania, które nie są tylko inicjatywą nowego kierownictwa szkoły, ale wynikają z odgórnych zaleceń. Jak sądzę, nikt, kto w tym „garze” siedział nie wątpi, że to droga do tej nieszczęsnej akademii, przynajmniej z nazwy. I że WSPol. ma znów stać się zwykłą szkołą policyjną, a do szkolenia podstawowego specjaliści potrzebni nie są.

 

Jako emeryt ma pan przynajmniej więcej czasu na realizację swoich pływackich pasji...

Reklama

 

Nie mam. Nawet w ten długi, niepodległościowy weekend zastanawiałem się, czy w końcu nie zostać prawdziwym, rozleniwionym emerytem...

 

Czyli nadal pan pracuje?

 

Cóż, moje umiejętności okazały się zbędne w jednych służbach mundurowych, ale przydatne w innych. Obecnie jestem wykładowcą w Akademii Marynarki Wojennej w Gdyni, chociaż – co może brzmieć nieco humorystycznie – w ramach tego nowego zatrudnienia wykonuję także zadania na rzecz... policji, a dokładniej CBŚP.

 

Żołnierze pana „śledzili”? Skąd wiedzieli, że jest pan do wzięcia?

 

Miałem krótki moment wahania, gdy złożyłem raport z zwolnienie z WSPol. Żeby mnie nie podkusiło jego wycofanie, rozesłałem informację do kolegów. I zaraz, tego samego dnia, miałem sporo propozycji pracy, w tym ze wspomnianej akademii, i różnych firm prywatnych. Wybrałem, oczywiście, AMW, bo to bardzo dobra uczelnia i tam moja dotychczasowa wiedza i umiejętności mogą być, po prostu, najlepiej wykorzystane. A przy okazji mam bliżej do wnuka, bo syn mieszka i pracuje w Gdańsku.

 

Te niewątpliwie nieprzyjemne doznania nie zniechęciły pana do Szczytna?

 

No przecież nie będę oskarżał miasta, które stało się moim, za działania panów, którzy zresztą też ze Szczytnem nie mają nic wspólnego, bo zostali zaimportowani. Ze Szczytnem na pewno jestem związany już na stałe. Nawet rodziców tu sprowadziłem ze Śląska jakieś dziesięć lat temu. Tata był Mazurami i Szczytnem zachwycony. Mama trudniej się aklimatyzowała, ale już mniej narzeka. Czasem tylko wspomni, że na Śląsku wiele rzeczy było lepszych, np. służba zdrowia.

 

Pan się zaaklimatyzował łatwiej?

 

Pamiętam swój pierwszy przyjazd do Szczytna. W maju. Gdy wysiadłem z pociągu i szedłem ulicą Linki do centrum. To była piękna, kasztanowa aleja. Zapierało dech. Teraz z drzew nie zostało prawie nic, nad czym boleję. Piękna z drzewami była też obecna ulica Piłsudskiego, ale również została „wygolona”. Ale to pierwsze zauroczenie wciąż we mnie tkwi.

 

Lasy i woda też tu pana zatrzymują?

 

Zatrzymują, chociaż ubolewam nad tym, że na te lasy i wodę nie mam za wiele czasu. Cieszy mnie przynajmniej to, że w Stowarzyszeniu Ratownictwa Wodnego 4K, które założyłem, są aktywne osoby, które wciąż chcą coś robić.

 

Głównie prowadziliście szkolenia dla ratowników?

 

I nadal prowadzimy. Stowarzyszenie zajmuje się szkoleniami i organizacją imprez związanych z wodą. W Szczytnie są to przede wszystkim coroczne zawody pływackie na wodach otwartych, czyli Jurand Open Water Swimming.

 

Wiem, że pana wodne pasje przejęli też synowie...

 

Ku mojemu zadowoleniu. Mają uprawnienia nie tylko ratowników, ale szereg innych certyfikowanych umiejętności związanych z wodą. Obaj są płetwonurkami, żeglarzami, sternikami itp. Ale nawet najlepsze umiejętności nie chronią przed wypadkami i... głupotą, szczególnie w młodzieńczym wieku. 16-letni młodszy z moich synów przez takie właśnie nierozsądne skakanie do wody złamał kręgosłup. To był bardzo, ale to bardzo trudny czas dla całej rodziny. Walka o jego zdrowie i sprawność... To właśnie pływanie, jego sprawność fizyczna sprawiła, że leczenie się powiodło. Myślę, że to właśnie to zdarzenie spowodowało, że syn jest teraz studentem medycyny. Nadal pływa, chociaż już nie wyczynowo, a rekreacyjnie. Zresztą od jego aktywności fizycznej zależy i sprawność.

 

No to jest pan niezłym wzorem dla swoich synów, skoro udało się panu aż tak ich „zarazić”, a ten tragiczny przypadek nikogo nie zniechęcił.

 

Kontakt z wodą synowie mieli niemal od urodzenia (i nie mówię o kąpieli niemowląt). Jako kilkulatków zacząłem uczyć ich pływać. A może nie tyle pływać, co oswajać z wodą. Bo w moim przekonaniu najważniejsze, to nie bać się wody. Wtedy wszystkie umiejętności z nią związane łatwiej przyswoić. Pierwsze próby z wodą, w basenie, ma już nawet za sobą mój wnuk, 8-miesięczny Kacper. Jeszcze nie jest do końca przekonany, czy to lubi, ale myślę, że się to zmieni z czasem i pójdzie w nasze: moje i swojego taty ślady. A że nikogo wypadek syna nie zniechęcił?

Powiedziałbym, że chyba pogłębił przekonanie o konieczności działań związanych z ratownictwem wodnym. Liczba tegorocznych utonięć jaskrawo dowodzi, że niefrasobliwość ludzka musi znaleźć przeciwwagę w jak największej liczbie tych, którzy tej niefrasobliwości potrafią zaradzić. Letnie kąpiele w wodzie: w rzekach, jeziorach, morzu – to bardzo, ale to bardzo przyjemna rzecz. Tyle tylko, że jak we wszystkich innych dziedzinach naszego codziennego życia, przyjemność nie może górować nad rozsądkiem.

 



Komentarze do artykułu

Napisz

Galeria zdjęć

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama


Komentarze

  • Szczytno z poważnymi wadami
    Co za bzdura, starosta lansuje się za kwotę 2000 zł. Podczas gdy każdy lekarz rodzinny wykonuje te badania w ramach NFZ.

    Barany


    2022-05-27 06:56:29
  • Sphinx wkroczył do Szczytna, uczta smaków w Twoim zasięgu (sprawdź szczegóły)
    Polecam zamówić jedzenie i udać się na długie zakupy... My czekaliśmy dwie godziny. Przy lemoniadach. Ja rozumiem, że taki dzień, że stoliki prawie wszystkie zajęte, ale ile można czekać na trzy humusy i dwie bułki??

    Mieszkanka


    2022-05-26 22:16:07
  • Miód idzie w parze z opłatkiem
    To sie nazywa smarowanie dupy miodem klechom, milosnikom dzieci.

    kropidło


    2022-05-26 13:45:17
  • Kolizja na przejeździe kolejowym w Dybowie
    Musiało dojść do kolizji na przejeździe kolejowym aż , to dopiero został tunel z porośniętych młodych drzew zlikwidowany.Teraz jest elegancko , dzięki za dobrze wykonaną pracę.

    Można ? , można.


    2022-05-25 19:31:05
  • Sobieski kończy 70 lat
    Szczerze - rzadko tu zaglądam, bo i po co, skoro wszystkie treści poznaję jeszcze zanim trafią one przed oczęta PT Czytelników. Ale zdarza się, że jednak zajrzę. Tym razem trafiłam na \"Sobiecha\", bo to moja szkoła i z sentymentem wspominana. Lektura komentarzy srodze mnie jednak zawiodła. Nie ze względu na ilość, lecz jakość. \"Sobiech\" (niezależnie od patrona zmienianego wraz z systemem) wypuścił z maturalnymi świadectwami tysiące absolwentów. Liczyłam więc na trochę wspomnień, opowieści z lat młodzieńczych, anegdot, historyjek o tym, jak to jakiś pan-prof czy pan-profka walczyli z niesfornymi młokosami i młokoskami (bądź odwrotnie). Niestety. Szkoda.

    Halina Bielawska, matura \'77


    2022-05-25 17:38:14
  • Kat Oliwii zdrowy, jest opinia biegłych
    Czyli pobicie w tym samym dniu innego człowieka to znaczy, że jest to działanie z premedytacją. Więc Sąd nie będzie miał wątpliwości co zrobić dla jego dobra.

    Jogucjusz


    2022-05-25 16:55:40
  • Alternatywy dla papierosów - rzetelna informacja to podstawa
    Ach ci naukowcy i inni mądrale którzy piszą o czymś czego sami nie doświadczyli. Palenie prawdziwych papierosów to bardziej nawyk, niż nałóg, a palenie e-papierosów to jak całowanie się przez szybę.

    Nałogowy palacz


    2022-05-25 15:28:26
  • Został miesiąc na złożenia deklaracji dotyczącej źródeł ciepła
    Ja deklaruję, że będę palił nawet oponami, żeby moja rodzina nie zamarzła zimą, a jak się skończą opony, to napalę bydlakami co, zamknęli polskie kopalnie i zrezygnowali z tanich Ruskich surowców. Zalecam poważnie się nad tym zastanowić, bo jeżeli ludzie zostaną postawieni przed wyborem: przetrwanie rodziny vs bydlaki, które do tego stanu doprowadziły, to zapewniam, że bydlaki już mogą szykować się do odstrzału. Dobrym przykładem jest obecnie Sri Lanka.

    borsux


    2022-05-25 10:04:29
  • Dąb przy Reja „odetchnął” dzięki miejskim drogowcom (zdjęcia)
    Bardzo dobry pomysł i dobrze wykonana robota. Brawo.

    Mieszkaniec ulicy Reja


    2022-05-25 07:05:28
  • Seniorzy chcą... tańczyć
    Panie Jerzy źle Pan wygląda w towarzystwie tych popleczników partyjnych. W zamian za pomoc wszyscy seniorzy będą musieli głosować na PSL i Pan również!

    Radek


    2022-05-25 06:30:51

Reklama