Sobota, 22 Czerwiec
Imieniny: Pauliny, Sabiny, Tomasza -

Reklama


Reklama

Doktor Joao Francisco Catenda Neto od dziecka marzył, by pomagać innym. Marzenie spełnił w Szczytnie


Odpowiedzialność za pacjenta, dociekliwość i zrozumienie to najważniejsze cechy doktora, którego dziś przedstawiamy. Joao Francisco Catenda Neto porzucił medycynę rodzinną dla pracy w szpitalu. Specjalista medycyny ratunkowej dzisiaj dba o pacjentów na szczycieńskim SOR-ze. Najważniejsze dla niego jest, by pomagać. O zostaniu lekarzem marzył od dziecka.



Jak doktor trafił do szczycieńskiego szpitala?

 

Kiedy powstawał tu SOR pomyślałem, że jest to coś dla mnie. I że będę mógł pracować tu tak, jak zawsze marzyłem.

 

Zostanie lekarzem było pana marzeniem?

 

Tak. Od dziecka chciałem pomagać ludziom. Postawiłem sobie taki cel w życiu, żeby zostać lekarzem i robiłem wszystko, aby go osiągnąć. Oczywiście próbowałem różnych rzeczy. Przez jakiś czas pracowałem jako nauczyciel, próbowałem swoich sił w profesjonalnej grze w szachy, ale to było nic. Ciągle ciągnęło mnie do medycyny.

 

Spełniło się ono w Polsce?

 

Ukończyłem Uniwersytet Medyczny w Białymstoku i zacząłem pracować jako lekarz. To było dla mnie coś wspaniałego. Świadomość, że mogę nieść pomoc innym ludziom. Nigdy nie zastanawiałem się nad tym, że bycie lekarzem to praca, za którą człowiekowi płacą. To zawsze było dla mnie na drugim miejscu.

 

Doktorze, skąd pan jest?

 

Urodziłem się w Angoli. Do Polski przyjechałem w 1988 roku na stypendium. Miałem wtedy 25 lat.

 

Z gorącej Afryki do Polski, jakie było pierwsze wrażenie?

 

Zimno. Do Polski przylecieliśmy w październiku. Zaskoczyło mnie to, że słońce świeci, a my marzniemy. W Angoli świeci słońce i jest gorąco. Nie miałem ciepłych ubrań, dosłownie przyleciałem w koszulce z krótkim rękawem. Bez alternatywy. Musieliśmy szybko kupić sobie coś ciepłego.

 

Jak doktor wspomina pierwsze miesiące w Polsce?

 

Przede wszystkim bardzo dużo uczyłem się języka. Zamieszkałem w Łodzi i tam odbywałem intensywny kurs językowy. Do tego bardzo zależało mi na tym, żeby dowiedzieć się jak najwięcej o kraju. Poznać ludzi, zwyczaje. Przyglądałem się wszystkiemu. Byłem ostrożny, bo to był dla mnie nowy świat.

 

Z Łodzi przeniósł się doktor na Podlasie, studia medyczne w obcym kraju musiały być wyzwaniem.

 

Największym problemem był język. Intensywna nauka w studium w Łodzi okazała się niewystarczająca i musiałem poświęcać sporo czasu na to, aby go szlifować. Na szczęście już na pierwszym roku studiów poznałem wielu wspaniałych ludzi, na których pomoc mogłem liczyć. Wtedy studia medyczne wyglądały trochę inaczej niż obecnie. Podręczniki nie były tak dostępne, wykłady musieliśmy dobrze opanowywać. Wymienialiśmy się notatkami. Mogliśmy na sobie polegać. Pomagaliśmy sobie nawzajem. Do dzisiaj mam kontakt z kolegami i koleżankami z uczelni.


Reklama

 

Pana pierwsza specjalizacja to medycyna rodzinna?

 

Należałem do jednego z pierwszych roczników lekarzy, którzy tę specjalizację skończyli w Polsce. Była wyjątkowa, bo łączyła w sobie wiele dyscyplin. Chirurgię, pediatrię i ginekologię. Ten kierunek był wtedy wzorowany na systemie angielskim i szwedzkim. Chodziło w nim o to, żeby lekarz rodzinny mógł szeroko pomagać pacjentom i to mnie właśnie zafascynowało, że będę mógł z pacjentem być dłużej. Nie tylko przyjąć, wypisać receptę i ewentualnie przekierować dalej. Ale zająć się pacjentem kompleksowo.

 

Wyobrażenie to jedno, a rzeczywistość?

 

Niestety, okazała się inna. Założenia nie poszły w parze z systemem, dlatego dzisiaj pracuję na oddziale ratunkowym.

 

Czyli zamienił doktor przychodnię na szpital...

 

Dokładnie. I to była bardzo dobra decyzja. W pracy w przychodni na wszystko musiałem czekać. Jak zlecałem badania, to pacjent wracał z wynikami po dwóch, trzech dniach. Czasami w ogóle do mnie nie wracał, tylko trafiał do innego lekarza. Gubił się w systemie i to mi nie odpowiadało. Chociaż praca na SOR jest trudniejsza i bardziej wymagająca, to daje mi większe możliwości pomagania ludziom. Jestem z nimi od początku, widzę, co się dzieje, mogę zareagować. Szukać rozwiązania. Dalej pokierować.

 

Czyli praca z pasją?

 

Medycyna to piękna dziedzina. Każdy dzień pracy traktuję jak wyzwanie. Nie można tu przewidzieć lub założyć, co się stanie. Lekarz też musi mieć w sobie dużo pokory. Żaden z nas nie ma wiedzy absolutnej, a dobro pacjenta jest najważniejsze, więc często musimy pokierować go do innych specjalistów. Najwspanialsze w tej pracy jest to, że pomagam ludziom, którzy cierpią. Nic nie może równać się z uczuciem, gdy przywracamy krążenie pacjentowi. Ratujemy mu życie. To są wspaniałe emocje. Nie do zapomnienia. W jednej chwili widzisz, że człowiek odchodzi, a dzięki tobie, za kilka dni rozmawia, uśmiecha się.

 

Pamięta doktor swojego pierwszego pacjenta?

 

Oczywiście. Jak zacząłem pracę w przychodni małej miejscowości, przyszedł z ciekawości. Na początku chciał tylko receptę. Ale jak zaczęliśmy rozmawiać, powiedziałem, że zanim wypiszę receptę to jeszcze trzeba przeprowadzić badanie, i to mu się spodobało. Potem opowiadał innym, że poświęciłem mu czas. To jest bardzo ważne, żeby nawiązać relację, żeby pacjent nam ufał.

 

Skąd decyzja o pracy w Szczytnie?

 

Reklama

W szpitalu powstawał Szpitalny Oddział Ratunkowy i potrzebni byli lekarze do pracy. Od razu wiedziałem, że to może być coś dla mnie. Że moim doświadczeniem i wiedzą mogę wesprzeć to miejsce. Pracę w Szczytnie traktuję jak wyzwanie. To, że jestem z oddziałem od początku i mogę wnieść coś od siebie, ma dla mnie duże znaczenie.

 

A jak ocenia doktor zaplecze, którym dysponujecie?

 

SOR jest nowoczesny, bardzo dobrze wyposażony. Mamy do dyspozycji wysokiej jakości sprzęt. Niczym nie odbiegamy od dużych szpitali.

 

Medycyna to wielka pasja doktora, ale coś z pewnością pana wkurza...

 

Nie podoba mi się, że lekarze z przychodni traktują nasz oddział jako rozwiązanie problemu. Uważam, że wielu pacjentów trafia do nas bez potrzeby, a pomoc mogą uzyskać w swoich przychodniach. To takie spychanie odpowiedzialności i dostarczanie niepotrzebnego stresu pacjentom. Nie będę generalizować, ale chciałbym, aby lekarze rodzinni brali większą odpowiedzialność za pacjentów.

 

Lekarze często mówią, że system związuje im ręce.

 

System to system. On nas ogranicza i mi się też to nie podoba. To zadecydowało o tym, że wybrałem medycynę ratunkową, a nie rodzinną. Ale hasło „system” nie może nas we wszystkim usprawiedliwiać. Pacjenci, którzy trafiają na SOR, są przez nas otoczeni opieką. W razie konieczności kierowani są na oddziały. Ale mamy też pacjentów, którym pomagamy doraźnie. Wykonujemy badania, podajemy leki i odsyłamy, bo problem, z którym do nas trafiają nie wymaga hospitalizacji. Taki pacjent musi być odpowiednio pokierowany przez lekarza rodzinnego, tak aby uzyskać pomoc. Lekarz musi szukać rozwiązania. Czasami wbrew systemowi.

 

Przypuszczał doktor, że zostanie w Polsce na stałe?

 

Nie. Chciałem się wykształcić i wrócić do rodzinnego kraju. Życie zdecydowało samo. Założyłem rodzinę i zostałem. Lubię tu być. Polska to piękne miejsce. Zupełnie inne niż Afryka. Ludzie są dobrzy. Pamiętam, że jak przyjechałem i nie znałem jeszcze języka, to nawet obce osoby mi chętnie pomagały. To, co jest szczególnie wyjątkowe w Polsce, to relacje rodzinne. To dbanie o siebie nawzajem pomiędzy pokoleniami, że mogą na siebie liczyć.

 

O czym doktor marzy?

Żeby na SOR trafiali tylko pacjenci, którzy tego naprawdę potrzebują i żebyśmy mogli pomóc jak każdemu.



Komentarze do artykułu

Pacjętka

Mama przyjechała z bólem, a z jeszcze większym wyjechała z SORu. Ten \"wspaniały lekarz z pasją\" na każde moje pytanie dotyczące stanu zdrowia mamy odpowiadał \"niech sobie pani przeczyta\", \"co nie umie pani czytać\". Mama szła z okropnym bólem do samochodu, prowadziłam ją, a łzy płynęły mi z bezsilności. Mam nadzieję, że nigdy więcej nie będę musiała go oglądać.

Zofia

Ja mam odmienne zdanie i nie chciałabym trafić na jego dyżur

Gość

Super doktor, pozdrawiam ????

Napisz

Galeria zdjęć

Reklama

Reklama


Komentarze

Reklama