Poniedziałek, 28 Listopad
Imieniny: Jakuba, Stefana, Romy -

Reklama


Reklama

Żabką po zdrowie i przyjemność - Leszek Mierzejewski i moje Szczytno z tygodnia na tydzień


W wakacje cieszyliśmy się sportami letnimi, które wykopsały sporty zimowe, jak jazdę na łyżwach czy też nartach biegowych nie wspominając o zjazdach po stokach. Używajmy śmigania na rowerze, biegania, spacerów na świeżym powietrzu, czy też pływania. Pławienie się stanowi najdoskonalszą i najtańszą (zwłaszcza u nas, na Mazurach) alternatywę dla wszystkich tych, którzy potrafią utrzymać się na wodzie. Powracając do sportów zimowych, to w młodych latach jeździłem na łyżwach po wszystkich ulicach i chodnikach naszego miasta.



Również szlifowałem umiejętności na tafli Jeziora Domowego Małego! Co do sanek, to w Szczytnie, w połowie lat pięćdziesiątych XX wieku, dwa były główne tory saneczkowe. Pierwszy w fosie zamkowej, pod obecną kładką na ul. Klenczona, a drugi prosto z ulicy Konopnickiej na zamarznięte jezioro, jak załączonym, historycznym zdjęciu.

 

 

Co do umiejętności narciarskich, to nie mieszczę się w żadnej skali. Nigdy nie jeździłem i nie mam zamiaru na stare lata zacząć uprawiać tego ekscytującego sportu. W 1996 roku, przebywając na leczeniu uzdrowiskowym w Dusznikach Zdroju, moi znajomi regularnie, po zabiegach jeździli do Zieleńca na narty.

 

Raz namówili mnie na taki wypad. Przekonali do zjazdu po „oślej łączce”, twierdzili, że potrafię zatrzymać się w pionie przy pomocy techniki tzw. „pługa”. Nauczyli mnie teoretycznie zmieniać kierunki jazdy, łączenie zmian kierunków w jeździe „pługiem” w lewo i prawo. Omówili ze mną bezproblemowe zatrzymanie się na łagodnej, białej trasie. Rzeczywistość pokazała co innego! Pierwszy i jedyny raz, jak się rozpędziłem, to nie miałem szans zahamować. Dopiero na samym dole wyhamowała mnie siatka ogrodzenia. Poobijany, przez kilka dni dochodziłem do sprawnego poruszania się.

 

Co do pływania, to nabyłem tę umiejętność w szczenięcych latach na naszym Jeziorze Domowym Dużym. O zimowym pływaniu, jako „mors” czy też w krytym basenie z podgrzewaną wodą, nawet mi się nie śniło. Jedynie coś takiego oglądałem, od czasu do czasu na amerykańskich filmach. Komentowaliśmy z chłopakami wówczas, że to propaganda kapitalizmu.

 

Dopiero w dorosłym życiu „propaganda” wrosła w zimowe i codzienne życie Szczytna. Udowodnionym faktem jest, że pływanie to sport i rekreacja dla każdego, niezależnie od wieku. Latem nad naszymi jeziorami możemy spotkać dzieci, dorosłych, a także seniorów, którzy świetnie się bawiąc, wzmacniają mięśnie nóg, odporność i wytrzymałość swojego organizmu. Aktywność ta nie wymaga prawie żadnych nakładów finansowych, szczególnie u nas, gdzie miejsc mamy do wyboru i koloru.

 

Oprócz niezastąpionych korzyści zdrowotnych „pluskanie w wodzie” to doskonały sposób na relaks i spędzenie wolnego czasu w gronie najbliższych i rodziny na łonie natury. Jeśli ktoś do tej pory nie próbował swojej przygody z pływaniem, musi pamiętać, że początki bywają trudne, podobnie jak nauka jazdy na rowerze, jazda na łyżwach, czy pierwsze kilometry za kierownicą. Fakt, że naukę pływania najłatwiej jest rozpocząć na basenie i to w młodym wieku.

 

Na pływalni bardzo często można spotkać kilkumiesięczne oraz kilkuletnie dzieci, które w dmuchanych kołach i rękawkach, przyzwyczajają się do pobytu w wodzie. Ale i dorośli mogą taką szkołę przejść pod okiem instruktora i ratownika. Po zimowym pluskaniu w basenie przyjdzie radość pływania na otwartej przestrzeni, zwłaszcza w jeziorze czy morzu.

 


Reklama

Powracając do swojej przygody z pływaniem, to rozpocząłem ją w wieku 5 lub 6 lat, gdy ze starszymi kolegami z ulicy 1 Maja, Barcza, Żeromskiego biegaliśmy na początku lat pięćdziesiątych na plażę Jeziora Domowego Dużego (wtedy jeszcze była, a od jakichś 10-15 lat znów jest). Moimi pierwszymi instruktorami byli: Jurek Bryczkowski, Zbyszek Bryczkowski, Zdzisiek Białczak, Janusz Rolka, Tadek Mikulski.

 

Spektakl z pływaniem trwał przez wiele letnich lat. Nie zatrzymywały mnie cięgi ojca, ani prośby matki. Najważniejszy po lekcjach był wypad na naszą plażę. Praktyka sprawiła, że w 1964 roku, gdy pracowałem w Stoczni Gdańskiej, kontynuowałem swoją przygodę z pływaniem, ale już w obocznej dziedzinie, bo w nurkowaniu.

 

Przeszedłem siedmiotygodniowy kurs, otrzymałem uprawnienia i certyfikat zezwalający na zejście pod wodę do 50 metrów. Najgłębiej w praktyce stoczniowej schodziłem pod wodę do 15 metrów. Główne zadania to spawanie pod wodą i naprawa podwodnych urządzeń morskich. Na początku lat 80. XX w. kontynuowałem przygodę z nurkowaniem, ale już w jeziorach otaczających Szczytno. Nowa pasja okazała się być uzależnieniem podwodnej rekreacji.

 

Ponadto w ciągu kolejnych lat pasja przekształciła się w styl dorabiania do życia. Po prostu razem z moim przyjacielem śp. Edkiem B. przy okazji uprawialiśmy podwodne łowiectwo z kuszą! Było to prawdziwe wyzwanie, a może i próba ognia. Po pierwsze, ryba była i jest trudnym przeciwnikiem, a po drugie wówczas takowe polowanie było zabronione, było kłusownictwem. Teraz takowy sport, po odpowiednim przeszkoleniu, zdaniu egzaminu i zarejestrowaniu, jest dopuszczalny. Ryby pod wodą są bardzo czujne, to one mają nad nurkującymi przewagę. My na przemian schodzimy z kuszą pod wodę, można powiedzieć na chybił trafił: albo znajdzie się akurat w zasięgu wzroku jakaś ryba godna strzału, albo nie. Faktycznie, to mieliśmy prawdziwą frajdę ze strzelaniem, szczególnie do węgorzy, których było w bród. Łatwo były zauważalne, gdy tkwiły w mulistym dnie wystawiając na zewnątrz tylko ogon i łeb. Zresztą cały czas ruszały ogonem tworząc mgiełkę. Żeby trafić, trzeba było nadpłynąć na odległość co najmniej 1 metra.

 

Strzał oddany z większej odległości mógł węgorza ranić. Ustrzelonego węgorza podawało się osobie siedzącej w łódce, która uwalniała go i ładowała do siatki. Następnie naciągała linkę w kuszy lub podmieniał w nurkowaniu kolegę. Pamiętam, że łatwym do upolowania był szczupak. Zawsze stał nieruchomo czekając na ofiary. Kłopot polegał na tym, że trzeba było do niego podpłynąć jak najbliżej tak, żeby nurka nie zauważył, czyli od przodu.

 

Również łatwo polowało się na lina. Natomiast bardzo czujny i szybki był okoń i płynący węgorz. Dziś, ze względu na wiek, już nie nurkuję, ale pozostały mi niesamowite wspomnienia z podwodnych akwenów. Panującego tam spokoju... coś wspaniałego. Natomiast w rzece wszystko się ruszało, gnało z prądem. Do dziś widzę ryby, jak śmigają wokół mnie, wodorosty poruszają się jak drzewa na wietrze. Oprócz wizualnych przyjemności podwodnego oglądania, mieliśmy finansowe korzyści z naszego nurkowania. Niejednokrotnie z jednego wypadu przywoziliśmy około 30 węgorzy. Zdarzało się, że podpływała do nas straż rybacka, wówczas siatkę z rybami wyrzucaliśmy za burtę, kuszę na dno i wszystko było OK. Po odpłynięciu wyławialiśmy zatopioną kuszę, siatkę i kontynuowaliśmy swój proceder.

Reklama

 

Nie tylko my wówczas kłusowaliśmy. Brak towarów w sklepach zmuszał społeczeństwo do radzenia sobie innymi niż legalne sposobami. Część moich znajomych i kolegów kłusowała na wodzie: zastawiając żaki, drgawice i zastawy. Inni nielegalnie pozyskiwali zwierzynę w lesie poprzez zastawianie różnorakich pułapek, jak wnyki, potrzaski i sidła. Nie oszukujmy się, spójrzmy prawdzie w oczy - wszyscy mieli na to społeczne przyzwolenie – takie to były czasy.

 

Obecnie wszystko radykalnie się zmieniło, niby na lepsze. Wszystkie towary można dostać w każdym sklepie, od węgorzy poprzez dziczyznę do wędzonych szynek wieprzowych! Tylko za jaką cenę i o jakim smaku? Powracając do pływania, to metoda poruszania się po powierzchni wody lub w wodzie i jest głównym celem pobytu nad jeziorem lub nad morzem. My szczytnianie mamy to szczęście, że mieszkamy w okolicach jeszcze dzikiej przyrody i na rzut kamieniem mamy gdzie popływać.

 

Ponadto doskonale zdajemy sobie sprawę z atutu, jakim jest lokalizacja naszego miasta. Pośrodku gęstych lasów i w bezpośrednim sąsiedztwie dwóch malowniczych jezior, nie wspominając o innych otaczających nas akwenach. Większość z nas zna dzikie plaże, gdzie nie dotarł jeszcze tłum przyjezdnych gości. Pamiętam, że 48 lat temu, gdy wprowadzono wolne soboty, i to nieliczne - całymi rodzinami zaczęliśmy wyjeżdżać nad okoliczne jeziora naszego powiatu. Modne wówczas było jezioro Wałpusz ze swoimi plażami z jednej i z drugiej strony, jezioro Świętajno (tzw. Narty) ze swoją piaszczystą plażą, jezioro Sasek Wielki z plażą we wsi Kobyłocha i plażą Wrzos.

 

Lata 80. - plaża Wrzos przy jeziorze Sasek Wielki

 

Kto nie posiadał własnego środka lokomocji, korzystał z plaży nad naszym jeziorem lub spacerował nad Jezioro Lemańskie. Wówczas nad jeziorami nie było nadmiaru przyjezdnych turystów, jak obecnie. Ognisko nad samą wodą to była normalność, atrakcja pobytu. Nikt wówczas nie śnił o obiedzie nad jeziorem, o saunie, wydzielonych miejscach gier i zabaw dla dzieci. Teraz przy plaży można zagrać w ping-ponga, w plażową koszykówkę, siatkówkę, w rozmaite gry planszowe. Obłęd.

 

Do tego natryski z zimną i ciepłą wodą. My za potrzebą chodziliśmy w krzaki. Obecne kabiny WC są klimatyzowane, pachnące i aż się nie chce wychodzić na zewnątrz - a to wszystko w przyjaznej cenie - zależy na czyją kieszeń! Za moich młodych lat, na plażach spotykałem samych zaprzyjaźnionych znajomków ze Szczytna! Teraz gdy przyjeżdżam, to plażowicze krzywo na mnie patrzą, bo mam rejestrację NSZ zamiast WB lub WA, WD, WU, WF…

Leszek Mierzejewski

e-mail: leszek.mierzejewski@gazeta.pl



Komentarze do artykułu

Benek

Kto mógł sobie z kuszą polować to mógł w tamtych czasach. Klika zawodowych dyrektorów przede wszystkim.

Napisz

Galeria zdjęć

Reklama

Reklama


Komentarze

Reklama