Reklama

Niedziela, 22 Marca
Imieniny: Benedykta, Lubomiry, Lubomira -

Reklama


Reklama

Ogień pod oknem. Sławomir Łyszkowski z Lipowej Góry: „To nie był przypadek”


Auto zaparkowane kilka metrów od domu stanęło w płomieniach przed świtem. Ogień był tak silny, że uszkodził elewację budynku, pękły szyby, stopiły się rynny. Na nagraniu z monitoringu sąsiadów widać błysk i uciekającą postać. - To nie był przypadek - mówi Sławomir Łyszkowski z Lipowej Góry Zachodniej. - Gdy wybiegliśmy, nie było już czego gasić. Rodzina mówi wprost: to było podpalenie i ktoś mógł doprowadzić do tragedii. Dziś boją się o życie i szukają sprawcy. Wyznaczyli nagrodę.



To była noc z 10 na 11 marca. Kilka minut przed czwartą rano ciszę w Lipowej Górze Zachodniej przerwały odgłosy, których nie dało się pomylić z niczym innym. Najpierw trzaski. Potem huk pękających elementów.

 

– Obudziła nas teściowa. Wyjrzała przez okno i zobaczyła ogień. W pierwszej chwili pomyślała, że ktoś pali ognisko, ale za moment było jasne, że pali się samochód – opowiada Sławomir Łyszkowski.

 

Auto – Citroen C3 – stało na podwórku, kilka metrów od domu. Kiedy domownicy wybiegli na zewnątrz, było już za późno na reakcję.

 

– Ogień był taki, że nie było czym ani jak tego gasić. Stanęliśmy i patrzyliśmy, jak płonie. Zadzwoniłem po straż – mówi.

 

Wysoka temperatura szybko zaczęła oddziaływać na budynek. Pękły szyby, stopiły się elementy instalacji przy elewacji.

 

– To był moment, w którym człowiek zaczyna myśleć, czy za chwilę nie zajmie się dom. Myśmy spali. To naprawdę był krok od tragedii – dodaje.

 

„To nie był przypadek”

Dziś rodzina nie ma wątpliwości – ktoś podpalił samochód. Najważniejszy ślad to nagranie z kamery jednego z sąsiadów. Materiał przeanalizowała córka.

– Na nagraniu widać błysk, a po chwili postaci, które uciekają. To są sekundy, widać cienie, ale wystarczające, żeby wiedzieć, że to nie był żaden samozapłon – mówi Łyszkowski.

 

Jest też drugi element, który wzbudził ich czujność pan Sławomira. Brama wjazdowa. 

– Jestem pewien, że wieczorem ją zamykałem, bo zawsze tak robię. Rano była uchylona. To znaczy, że ktoś tędy wszedł albo tędy uciekł – tłumaczy.


Reklama

 

Rodzina wraca też do wydarzeń z poprzednich dni. Pies przez dwie noce reagował inaczej niż zwykle.

– Ujadał bez przerwy. Teraz myślę, że ktoś mógł już wtedy kręcić się w pobliżu i sprawdzać teren – mówi.

 

Strach, który został

Po pożarze życie domowników zmieniło się z dnia na dzień.

– Ja się nie boję. Ja się boję panicznie, moja rodzina też – mówi wprost Sławomir Łyszkowski.

 

Najbardziej odczuła to jego żona. – Jest na zwolnieniu. Żyjemy w napięciu. Każdy dźwięk w nocy stawia człowieka na nogi – dodaje.

 

Dlatego zapadła szybka decyzja – montaż monitoringu.

– Muszę zadbać o rodzinę. To jest dla mnie najważniejsze. Nie wiem, czy to wszystko zatrzyma kogoś, kto zrobił coś takiego, ale nie możemy zostać bez żadnej ochrony – mówi.

 

„Chcieli to zamknąć”?

Sławomir Łyszkowski nie ukrywa rozczarowania pierwszą reakcją służb. 

– Pierwsze pytanie było, czy mam wrogów. A potem propozycja, żeby sprawę szybko zamknąć, jeśli nikogo nie podejrzewam – relacjonuje.

 

Jak mówi, dopiero po przedstawieniu nagrania sprawa zaczęła być traktowana poważniej. 

– Ale i wtedy bronili się przed działaniem, bo mówili, że na nagraniu nic nie widać. Bo policjanci oglądali fragment, na którym rzeczywiście nic nie było. Dopiero kiedy pokazaliśmy konkretny fragment, przyznali, że faktycznie coś tam jest – dodaje. - Wszystko trzeba było pokazać palcem.

 

Zwraca też uwagę na sposób zabezpieczania śladów.

Reklama

– Technik przyjechał następnego dnia, pobrał próbki i tyle. Nikt nie sprawdzał dokładnie miejsca, nie zabezpieczał wszystkiego, co mógł – mówi.

 

Rodzina nie wyklucza, że podpalenie może mieć związek z wcześniejszymi napięciami. Kilka lat temu – jak twierdzą – padły groźby wobec żony.

– Wtedy tego nie zgłosiliśmy. Może to był błąd – przyznaje Łyszkowski. - Policja o tym teraz wie.

 

Dziś te zdarzenia wracają jako możliwy kontekst. 

– Człowiek zaczyna łączyć fakty dopiero wtedy, kiedy coś takiego się wydarzy – dodaje. - Ale pewności nie mamy, wciąż pojawiają się w naszych głowach inne teorie. Ale fakty są takie, że ktoś wszedł na nasze podwórko, podpalił samochód i uciekł. Co będzie następnym razem? Dlatego nasza prośba do policjantów, aby naprawdę zajęli się tą sprawą, nim dojdzie do gorszych rzeczy - apeluje pan Sławomir.

 

Sławomir Łyszkowski postanowił działać także na własną rękę. Wyznaczył nagrodę za pomoc w ustaleniu sprawcy podpalenia.

– Liczę, że ktoś coś widział, coś słyszał. Może ktoś się odezwie – mówi. - Każda informacja może być cenna. A tą która doprowadzi nas do sprawcy, bądź sprawców nagrodzimy - zapowiada.

 

-Nie chodzi tylko o samochód. Spalenie auta to nie jest wybryk - mówi wyraźnie zaniepokojony pan Sławomir. - To jest sygnał. I ja chcę wiedzieć, kto za tym stoi – podkreśla.

 

Dziś na podwórku w Lipowej Górze Zachodniej stoi już tylko spalony wrak. Obok – dom, w którym rodzina próbuje wrócić do normalności. Ale noc sprzed kilku dni wciąż wraca. I nie daje spokoju.

 



Komentarze do artykułu

Napisz

Galeria zdjęć

Reklama

Reklama

Reklama


Komentarze

Reklama