Poniedziałek, 28 Listopad
Imieniny: Jakuba, Stefana, Romy -

Reklama


Reklama

Kamil Koszałka - postrach jeziornych gigantów (zdjęcia, rozmowa „TSZ”)


Kamil Koszałka, niespełna 30-letni mieszkaniec Szczytna i z zaledwie 3-letnim „stażem” spiningowym, podczas ostatnich, niedzielnych zawodów wędkarskich pokonał grono tzw. „starych wyjadaczy”. I to nie po raz pierwszy. Opowiada o swojej pasji, sobie i bracie, z którym łowi i zwycięża.



Od zawsze w Szczytnie?

 

Od urodzenia. Od 1993 roku. Brat Damian jest o dwa lata starszy, a najmłodsza jest siostra, ale nie wędkuje. Nigdy nie wykazywała zainteresowania, a my też i nie namawialiśmy.

 

Pierwszy kontakt z wędką?

 

Chyba jak u każdego. Jeździłem na ryby z tatą. Pierwszy raz może jak miałem z osiem lat. Dokładnie nie pamiętam, ale chyba było to na Śniardwach. Tata miał znajomego, który nad tym jeziorem miał działkę i czasem go odwiedzaliśmy. Damian zaczynał podobnie. I tak jeździliśmy ze trzy lata.

 

 

I ta komitywa z rybami trwa cały czas?

 

Później była długa przerwa. Niemal całą podstawówkę i gimnazjum. Tatę pochłonęła praca, nie było z kim jeździć. Przez co najmniej dziesięć lat nie miałem wędki w ręku.

 

Skąd więc powrót?

 

To „wina” mojego brata ciotecznego, ale nie ze Szczytna, a aż z Chełma. Jeździłem do niego dość często, a że był on i jest doświadczonym wędkarzem z długim stażem, zaraził mnie wędkarstwem ponownie. On mnie nauczył używania spinningu i stosowania specjalnej techniki. Trudnej, ale skutecznej. I to mnie właśnie wciągnęło i zachęciło. Można powiedzieć, że od 2019 roku zajmuję się tym na poważnie.

 

 

To znaczy jak?

 

Tylko spiningiem. Nie bawię się w takie zwykłe łowienie ze spławikiem. I poluję tylko na drapieżniki. Głównie na sandacze.

 

Największy okaz?

 

Sandacz długości 78 cm, złowiony na Lubelszczyźnie, podczas jednej z wizyt u brata ciotecznego. Drugie miejsce na podium zajmuje też sandacz, złowiony w Szczytnie, w Domowym Małym – 68 cm długości. Wagi nie znam, bo na to akurat nie zwracam uwagi. Od ubiegłego roku próbuję także łowić sumy, w przypadku których stosuje się inną wędkarską metodę. W ubiegłym roku nie złowiłem dłuższego niż metr, a w tym roku się poszczęściło. Trafił mi się okaz – 174 cm. Tym sposobem pokonałem brata Damiana, którego największy sum mierzył 171 cm. Obaj złowiliśmy je w większym z naszych jezior. Ten mój został udokumentowany i jest największy, złowiony w tym jeziorze. Są, owszem, pogłoski, że trafiały się i większe, ale zdjęć nie widziałem, więc nie wierzę.


Reklama

 

Chociaż wędkarze zaprzeczają, a wasze zdobycze tego dowodzą, to jednak wciąż pokutuje opinia, że w naszych jeziorach ryb nie ma...

 

Jak ktoś idzie łowić raz w tygodniu na godzinę czy dwie i nic nie złowi, to mówi, że ryb nie ma. A one są, tylko trzeba wysiłku, cierpliwości i czasu. No i trzeba też poznać jeziora, ale i zwyczaje ryb, na które się poluje. Ważne jest, by wiedzieć na przykład, jak jest w jeziorze ukształtowane dno, bo to pomaga ustalić miejsca, gdzie i jaka ryba się gromadzi. Brat cioteczny, o którym wspomniałem, poświęcił cztery lata na naprawdę dobre poznanie zbiornika, na którym łowi i dopiero wtedy zaczął odnosić sukcesy.

 

 

Czyli pan łowi tylko na szczycieńskich, bo chyba w ciągu trzech lat nie da się dokładnie poznać wielu jezior.

 

Tylko. Mam łódkę, co ułatwia łowienie. Nie trzeba daleko jeździć. I można na łowy wyskoczyć w każdej wolnej chwili.

 

Ile takich chwil w tygodniu?

 

Różnie. Średnio ze dwa – trzy razy w tygodniu. Obowiązkowo w weekendy. Chociaż zdarzają się i takie momenty, gdy nie wypływam ze dwa tygodnie. Teraz łowię sporo, bo to najlepszy czas na łapanie drapieżników, a i pogoda dopisuje.

 

Rodzinie to nie przeszkadza?

 

Jeszcze nie. Swojej nie założyłem, a rodzicom moje hobby nie przeszkadza.

 

Czyli kawaler do wzięcia?

 

Owszem, chociaż nie bardzo spragniony czy wyposzczony. Mnóstwo czasu na wędkowanie i brak nadzoru... To ma swoje zalety.

 

 

A jakieś inne hobby, poza wędkowaniem?

 

Motoryzacja, co jest zgodne z szkołą, bo jestem mechanikiem pojazdów samochodowych. Nie do końca jest zgodne z pracą, ale w firmie obsługuję maszyny, więc trochę to po drodze z zainteresowaniami i fachem.

Reklama

 

Sport?

 

Żaden. Chyba że za taki uznać wędkarstwo.

 

Chyba można skoro organizowane są zawody...

 

Ale wziąłem w nich udział dopiero drugi raz, w tych o puchar burmistrza Szczytna. W ubiegłym roku i teraz. I mam dwa puchary. A właściwie mamy, razem z Damianem, bo w tych zawodach startują 2-osobowe zespoły. Podczas zawodów klasyfikuje się wędkarzy pod względem wagi złowionych ryb i ubiegłoroczne puchary dały nam dwa większe okonie. W tym roku zwyciężyliśmy moimi dwoma szczupakami.

 

A jak wypadła konkurencja? Innym też szczupaki brały?

 

Brały, ale rzadziej i mniejsze. I też nie wszystkim.

 

Jak to możliwe, że w tej konkurencji pokonaliście znacznie starszych, wytrawniejszych wędkarzy? Czy ma pan swój tajemny sposób?

 

Niespecjalnie. Łowię tak, jak mnie brat cioteczny nauczył. I to jest skuteczny sposób. Nie używam błystek tylko specjalne sztuczne, gumowe przynęty. Pierwszego, tego dużego szczupaka złowiłem może po godzinie pływania po jeziorze. O, i to pływanie też jest ważne, bo jak widziałem, łódki wielu innych uczestników godzinę i dłużej bez ruchu. A my inaczej. Jak przez 15-20 minut w jednym miejscu nie było śladu ryby, płynęliśmy dalej 50 czy 100 metrów albo na drugi brzeg. Obserwowaliśmy wodę, wypatrywaliśmy miejsc, w których gromadziły się małe ryby, bo w takim obecność drapieżnika jest bardzo prawdopodobna.

 

Łowienie czasem idzie w parze z jedzeniem albo i nie. Jak jest z tym u pana?

 

Ja jem. A sandacz w smaku jest doskonały. Ale zdarza się też, że złowione ryby wypuszczam z powrotem do wody. Bo rzecz nie w tym, by mieć co zjeść i gromadzić zapasy czy trzeba, czy nie. Cały urok wędkowania tkwi właśnie w łowieniu, a niekoniecznie w złowieniu.

 



Komentarze do artykułu

Napisz

Galeria zdjęć

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama


Komentarze

Reklama