Środa, 29 Kwiecień
Imieniny: Bogny, Walerii, Witalisa -

Reklama


Reklama

Gospodarz i turysta z politycznym epizodem


Młodzi mieszkańcy miasta zapewne zwrócili uwagę na starszego, wysokiego pana, który niezmiennie od dziesięcioleci rankiem wędruje do sklepu przy ul. Odrodzenia po pieczywo, później z raz czy dwa jeszcze się pojawia, również z niewielkimi zakupami i spacerkiem wraca do domu. Starsi w znakomitej większości mów...


  • Data:

Młodzi mieszkańcy miasta zapewne zwrócili uwagę na starszego, wysokiego pana, który niezmiennie od dziesięcioleci rankiem wędruje do sklepu przy ul. Odrodzenia po pieczywo, później z raz czy dwa jeszcze się pojawia, również z niewielkimi zakupami i spacerkiem wraca do domu. Starsi w znakomitej większości mówią mu „dzień dobry”, bo wiedzą, znają i pamiętają. Bogusław Palmowski ma za sobą kilkadziesiąt lat tworzenia historii Szczytna. Pracował w kilku firmach i instytucjach, w tym także przez 6 lat pełnił funkcję naczelnika miasta czyli takiego wcześniejszego burmistrza. To funkcja polityczna, a mimo to Bogusław przez całe życie od polityki próbował stronić, rozwijając swoje dwie pasje: turystykę i rekreację sportową oraz rozwiązywanie krzyżówek. Jak zmieniło się Szczytno? Co było, co jest i co może lub powinno wrócić? W rozmowie spróbujemy na te pytania odpowiedzieć.

 

 

Przed laty już taką rozmowę prowadziliśmy, o czym ja nie pamiętałam, a ty owszem. Nie zawadzi jednak kilka faktów przypomnieć. Pochodzisz z Wielkopolski...

 

Dokładnie z Poznania, z samego jego centrum. Urodzony w środku wojny. Pierworodny syn w rodzinie religijnej i patriotycznej. Szczególnie dziadkowie dbali o moje wychowanie i edukację, a wcześniej o wykształcenie własnych dzieci. Dość rzec, że moja matka posługiwała się czterema językami, w tym greką i esperanto.

 

Poznałeś te języki też?

 

Niestety nie. Ja uczyłem się w latach powojennych, a wtedy pewne umiejętności już nie były dzieciom potrzebne. Tak przynajmniej uznała „góra”. Nie uczono języków tzw. martwych, przynajmniej nie powszechnie, młodzi nie brali lekcji muzyki, nie byli kształceni w poznawaniu piękna sztuki. Pełen pragmatyzm. Zaczęły powstawać PGR-y, spółdzielnie itp., a do kolektywizacji gra na fortepianie nie była potrzebna. Zresztą okres powojenny, to przede wszystkim gruzy i odbudowa i każdy chyba, kto mógł, po prostu robił to, co było trzeba czy też, co mu kazano i na finezję nie było miejsca. Lata dzieciństwa spędziłem w niewielkim miasteczku o nazwie Kostrzyń, na samej granicy, niemal zupełnie zburzonym. Miało ono wówczas może ze 3 tysiące mieszkańców, w różnych sytuacjach życiowych pilnowanych przez oddziały wopistów, jak to na granicy. Każdy, kto wtedy chciał do Kostrzynia przyjechać, musiał mieć specjalną zgodę. Później, gdy już uczyłem się w Gorzowie Wielkopolskim i przyjeżdżałem do domu na weekendy, pociąg był zawsze obstawiony wojskiem, a wszyscy pasażerowie skrupulatnie kontrolowani.


Reklama

 

Następnie studia ekonomiczne...

 

Chciałem zostać dyplomowanym geodetą, ale fizyka nie była moją mocną stroną. Zostałem więc, według współczesnego nazewnictwa – marketingowcem. I pisałem bardzo ciekawą pracę magisterską na temat: „Struktura spożycia napojów alkoholowych w latach 1955-1964 w powiecie konińsko-tureckim”. W skrócie powiem, że ulubione trunki w tych czasach nie były nazbyt szlachetne, a moim promotorem był Zdzisław Krasiński, późniejszy minister, który do historii chyba przejdzie dzięki obiecywanym ciepłym bułeczkom.

 

A na Mazury kiedy?

 

Kilka lat później. Za żoną, która przyjechała tu do pracy w przetwórni „Las”. To było dokładnie w 1969 roku. Najpierw pracowałem w „Lenpolu”, byłem członkiem Spółdzielni Spożywców, śpiewałem w męskim kwartecie. Jako delegat „Lenpolu” byłem członkiem komisji planowania gospodarczego, a później zostałem jej szefem, a tym samym urzędnikiem.

 

Ta komisja to co to?

 

Wydział w ratuszu 4-osobowy i 8 osób (w tym ja) do społecznego opiniowania. Trzeba pamiętać, że to był rok 1973. W Szczytnie władzą główną było tzw. Prezydium Powiatowej Rady Narodowej z bardzo szerokim zakresem kompetencji. Istniało też Prezydium Miejskiej Rady Narodowej, miało swoją siedzibę nie w ratuszu, ale w budynku przy ul. Andersa (kiedyś Jarzębowskiego), w którym później była komenda policji. Te władze miejskie wtedy za wiele do roboty nie miały. Było odwrotnie niż teraz. Zmieniło się to w 1975 roku, gdy powiaty zostały zlikwidowane. W każdym razie ta komisja planowania gospodarczego opiniowała wszystkie propozycje dotyczące inwestycji na terenie powiatu. Dotyczyło to głównie budowy nowych zakładów pracy czy rozwoju istniejących, a przede wszystkim ich produkcji. Wtedy tworzone były plany rozwoju poszczególnych gmin, a my je opiniowaliśmy. Poparcie komisji miała budowa różnych sieci energetycznych, gospodarstwa rolnego w Stachach i inne podobne. W każdym razie to było takie zajęcie, które dawało ogromną wiedzę o wszystkim w powiecie: gdzie co jest, jak działa, czy i ile produkuje, czy i kiedy będzie się zmieniać, rozbudowywać itp. Miałem nawyk gromadzenia takich danych i w swoim archiwum domowym mam mnóstwo notatek, wyliczeń, zapisków z tamtych lat. Jak zlikwidowano powiaty, zostałem zastępcą naczelnika miasta, a w 1977 – naczelnikiem. Jedną z pierwszych uroczystości, w jakich wówczas uczestniczyłem, było otwarcie „Unimy”

Reklama

 

No właśnie. Musiałeś mieć więc swój udział w tym, że ten zakład został w Szczytnie zbudowany.

 

Trochę się to odbyło tak „kuchennymi drzwiami”. Nie było zgody władz wojewódzkich, ale była chęć budowy i decyzja warszawskiej centrali „Unitry”. Budowa zakładu się rozpoczęła pod lekko fałszywym szyldem, jako zaplecze dla Terenowego Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowej, którego dyrektorem był wtedy Janusz Jastrzębski. Budowa była poza planem, a więc na poły „nielegalnie”. Po pół roku wszystko wyszło na jaw i się wyprostowało.

 

Dlaczego akurat w Szczytnie? Tu nie było żadnych tradycji przemysłowych, żadnego związku z tą branżą.

 

Główną przyczyną był nadmiar siły roboczej w mieście. Rotacja pracowników w firmach była ogromna, bo trzeba było wykazywać, że nie ma problemów z pracą. W socjalistycznej gospodarce nie istniało pojęcie bezrobocia. Ono jednak było i głównie po to, by zapewnić ludziom pracę, której w rzeczywistości brakowało, wybudowany został ten zakład.

 



Komentarze do artykułu

Napisz

Reklama


Komentarze

Reklama