Przemoc domowa to zjawisko, którego rozmiary są tyleż tragiczne w skutkach, co niemierzalne. Co najmniej od 20 lat walczą z nim organizacje pozarządowe i agendy, a od 2005, mocą ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, administracja rządowa i samorządowa wraz z podległymi jednostkami – mają obowiązek podejmować działania, zmniejszające te rozmiary. O tym, jaka ta przemoc bywa, najlepiej wiedzą ci, którzy jej doświadczają, ale i ci, którzy ją stosują. Dziś o swoich doświadczeniach opowiada pani Maria ze Szczytna.
Pani Maria jest „absolwentką” szczególnej szkoły, szkoły... życia. Uczestniczyła w programie korekcyjno-edukacyjnym, który jest skierowany do tych, którzy w swoim życiu nieco pobłądzili. A błędami – krzywdzili innych. To program dla sprawców przemocy domowej. Mitem jest, że znęcania się nad bliskimi dopuszczają się tylko mężczyźni. Owszem – to oni najczęściej są sprawcami. Ale i kobietom takie zachowania się zdarzają. Najczęściej dlatego, że one same (a i mężczyźni też) przez długi czas nie zdają sobie sprawy z tego, że swoim zachowaniem krzywdzą bliskie osoby i to krzywdzą bardzo mocno. Albo też mają dość tego, że same były przez wiele lat krzywdzone, zwykle w domu rodzinnym, takimi przejawami jak złość, gniew i nienawiść. Pani Maria, po zakończeniu programu uczącego, jak radzić sobie z emocjami stwierdziła: „Gdybym to, co wiem dziś, wiedziała kiedyś, moje małżeństwo by się nie rozpadło”.
Wyszła pani za mąż w wieku?
Miałam już 30 lat. Kilka lat wcześniej przyjechałam tu do pracy i tu poznałam męża.
Uczucie czy rozsądek?
Czy ja wiem? I jedno, i drugie. Nie byłam już podlotkiem, więc podchodziłam do życia bardziej racjonalnie. To był najwyższy czas na to, by założyć rodzinę, mieć dzieci, nie być samemu. Pobraliśmy się po trzech czy czterech miesiącach znajomości. Na świat przyszło dwoje dzieci, dziś już mocno dorosłych, i jakoś to życie się toczyło.
Ale zaczęło się psuć. Dlaczego?
Dlaczego? Nie wiem. Nie jestem w stanie nawet dziś, po kilkunastu już latach od rozwodu określić konkretnego powodu. To był długi proces rozpadu naszej rodziny. Rozwiedliśmy się po 25 latach małżeństwa, ale jakieś 3-4 lata wcześniej zorientowałam się, że rola, jaką pełniłam w domu, w rodzinie, jest haniebna, że już dłużej tak nie mogę, że przez te kilkadziesiąt lat byłam po prostu nikim...
Rola?
Stereotyp. Żona, matka, służąca – z przewagą tego ostatniego. Spełniałam swoje rodzinne, domowe zadania, bo uważałam i nadal uważam, że po prostu było to moim obowiązkiem. Ale to wcale nie oznacza, że mężowi wolno było też tę moją pracę domową tak traktować. Nie było między nami partnerstwa. To, że obiad był ugotowany i podany na czas, zrobione pranie, posprzątane mieszkanie czy wyprasowane jego koszule było traktowane jako norma.
Nigdy nie usłyszałam słowa: dziękuję, nie było czułych gestów, nie było oznak szacunku. Byłam jak mebel w domu, własność męża. I moje zdanie, uczucia czy opinie w ogóle się nie liczyły. Zresztą on się nigdy nimi nie interesował. Nie pamiętam, by spytał choć raz, jak się czuję, czy jest mi dobrze, czy źle, smutno czy wesoło i dlaczego. Moje uczucia, potrzeby nie miały najmniejszego znaczenia. Słyszałam za to często, że nic nie jestem warta, ze do niczego się nie nadaję, że wszystko robię źle.
Kiedy poleciłam dziecku, by posprzątało zabawki, mąż interweniował: „On nie będzie sprzątał!” Gdy odmawiałam synowi paru groszy na jakieś kaprysy, ojciec mu dawał. Już nawet nie to, że takie działania były szkodliwe wychowawczo dla dzieci (na szczęście nie ma obecnie złych tego skutków), ale to wszystko było takim dowodem na to, że nic nie znaczę. I miałam nic nie znaczyć nie tylko dla męża, ale w ogóle dla całej rodziny, dla dzieci też. I przez wiele lat żyłam w przekonaniu, że on ma rację, a to, co uważałam za złe, było z mojej winy. Faktem jest jednak, że ja też nie umiałam dziękować, doceniać.
W końcu się pani zbuntowała. Jak to wyglądało?
Nie wytrzymały moje nerwy. Puściły hamulce. Stałam się agresywnie „krzykliwa”. Zaczęłam mężowi wypominać wszystkie te moje bolączki, wszystkie wady, wszystkie drobiazgi, które doprowadzały mnie do wściekłości. Nadszedł czas, gdy ataki złości rodziły się na sam jego widok.
Wracał z pracy, a ja od razu zaczynałam„nadawać”. A jednocześnie się go bałam, chociaż w naszym domu nigdy wcześniej, ani nigdy później nie dochodziło do rękoczynów. Początkowo, gdy weszłam w tę fazę desperackiego buntu, mąż próbował mnie przekonywać, że przecież nie było tak źle, że mamy wiele wspólnych dobrych chwil, a ja nie umiałam ich znaleźć. I tak to trwało kolejne trzy koszmarne lata, bo ja się nie potrafiłam opanować.
Rodziła się we mnie i wzmacniała nienawiść do męża i nie mogłam sobie z nią dać rady. Nie podobałam się sama sobie, czułam gdzieś w środku, że to nie tak, że mamy problem, ale że powinno się go rozwiązać inaczej, ale nie umiałam. Ostatecznie rozwiedliśmy się, a jestem głęboko wierząca katoliczką i ten rozwód, choć nieunikniony, też był dla mnie tragedią.
Czy w ciągu tych lat wyrzutów, skarg, wyładowywania tego ogromnego żalu i poczucia krzywdy, jakie się w pani nagromadziły przez lata, mąż uznał, że ma pani rację?
Nigdy. Chyba nie rozumiał i nie wiem, czy do dziś zrozumiał, że żona to nie mebel, to żywy człowiek. Nigdy nie usłyszałam ani „przepraszam”, ani chociaż: „nie wiedziałem, nie rozumiałem, nie chciałem...” Nic. A we mnie rosły emocje, złość, żal, wszystkie najgorsze uczucia. I – szczerze mówiąc – te ostatnie trzy lata mojego małżeństwa były koszmarne przeze mnie. To ja robiłam wtedy piekło w domu. Ale nie mogłam inaczej, to było silniejsze ode mnie. Musiałam odreagować, wyrzucić z siebie to wszystko, co mi doskwierało przez ponad dwadzieścia wcześniejszych lat. A umiałam tylko tak – krzycząc.
Zdecydowała się pani wziąć udział w programie, który jest przeznaczony dla sprawców przemocy domowej. Z tego, co pani mówi, była pani raczej ofiarą, ofiarą klasycznej przemocy psychicznej. Skąd więc ta „szkoła życia”?
Wzięłam w niej udział już chyba z jakieś dziesięć lat po rozwodzie. Chyba nie umiałam się z nim do końca pogodzić, bo czułam się zbrukana w swoich religijnych przekonaniach. I nie mogłam zrozumieć, jak mogło w ogóle dojść do tego, że mąż i żona stali się dla siebie tacy obcy, i skąd się we mnie wzięło tyle złości, nad którą nie umiałam zapanować. Po prostu... musiałam... chciałam to zrozumieć. Miałam też nadzieję, że ta „szkoła” nauczy mnie panować nad tymi emocjami. Dziś wiem, że kiedy dziecko w domu rodzinnym doświadczało przemocy, także psychicznej, a tak było w moim przypadku, przenosi to później do swojego dorosłego życia.
I nauczyła?
To może zabrzmi nieprawdopodobnie, ale nauczyła. Podchodziłam do kursu sceptycznie, ale też byłam zdeterminowana, by go ukończyć, by przynajmniej podjąć próbę naprawy siebie samej. Ta terapia trwała trzy miesiące. To były 4-godzinne spotkania raz w tygodniu, w grupie 10 osób z podobnymi problemami, które kończyły się przemocą w rodzinie. Mieliśmy nawet zadawane prace domowe.
Ku czemu to zmierzało?
Do poznania samej siebie, do tego, żebym wiedziała skąd się te złe emocje we mnie biorą i jak sobie z nimi radzić tak, aby nie ranić innych. Powiem tak. Rozmawiamy o trudnych dla mnie sprawach już co najmniej godzinę, jak nie lepiej, a ja ani razu nie podniosłam głosu. Staram się mówić rzeczowo, spokojnie. Wcześniej byłoby to niemożliwe.
Po pani wręcz widać, jak pani wciąż walczy. Widać ten wysiłek, jaki pani wkłada w zachowanie spokoju...
Bo to wszystko, czego doświadczyłam, to wszystko, co dziś wiem także i o sobie, wciąż boli. Może coraz słabiej, może już tylko ćmi, ale tkwi zadrą, ale mam nadzieję, że już się z tym uporałam. Dziś wiem, że byłam „nieczłowiekiem” w małżeństwie, ale też zdaję sobie sprawę z tego, że gdybym o tym wiedziała wcześniej, gdybym umiała inaczej rozwiązywać konflikty, inaczej rozmawiać, to do rozpadu małżeństwa by nie doszło. I wiem też, że nie jestem wyjątkiem. Że w takim tradycyjnym „układzie ról” małżeńskich żyje bardzo dużo kobiet. I zapewne wiele z nich, nawet jeśli czują się źle, gdy są smutne, nieszczęśliwe, to nie wiedzą – dlaczego.
Zakończyła już pani tę naukę życia?
Nie. Wiele wiem, wiele zmieniłam w sobie, ale wciąż czuje pewien niedosyt. Nadal uczestniczę w terapii, tym razem w terapii duchowej prowadzonej przez kapłana.
Gdyby miała pani podsumować swoje życie i własną przemianę...
Nie jest to łatwe. Powiedziałabym, że żałuję. Żałuję tego, że takich terapii, szkoleń, programów, nie było wtedy, gdy zaczynałam swoje małżeńskie życie, kiedy zaczęły się pojawiać pierwsze zgrzyty, pierwsze wskazówki, że coś jest nie tak, jak powinno. Wtedy, kiedy byłam smutna albo było mi przykro, a ja nie zdawałam sobie sprawy z powodów, chociaż gdzieś w środku czułam, że to przez męża, że oczekuję od niego czegoś więcej, nawet jeśli nie umiałam powiedzieć: czego.
W moim przekonaniu dziś, gdy tego rodzaju pomoc jest już dostępna, to do takich programów powinny zgłaszać się małżeństwa możliwie jak najwcześniej, gdy tylko coś zazgrzyta. Jestem pewna, że dzięki temu te małżeństwa, te rodziny, którym naprawdę zależy na utrzymaniu trwałości, zostałyby utrzymane. Że mniej byłoby rozwodów, mniej zapłakanych dzieci, zrozpaczonych kobiet i sfrustrowanych mężczyzn.
Nas, ani przed laty, ani dziś – tak naprawdę – nikt nie uczy tego, że podstawą wspólnego, partnerskiego życia jest przede wszystkim wzajemna uczciwość, szczerość i szacunek. Ludzie mojego pokolenia nie umieją ujawniać swoich uczuć, mówić o tym, co boli, a co cieszy. I młodzi też nie umieją, bo my – rodzice, nie potrafiliśmy ich tego nauczyć. Nie wiedzieliśmy, że trzeba, że to jest tak bardzo ważne. A jest. Sama przekonałam się o tym zbyt późno i bardzo tego żałuję. Jednak cieszę się, że w ogóle skorzystałam z tej terapii i dziś mogę i potrafię powiedzieć swoim dzieciom, że je kocham.
(imię bohaterki artykułu zostało zmienione)
Powiat szczycieński - liczba przypadków poszczególnych rodzajów przemocy stosowanej w rodzinie
|
L.p |
Rodzaje przemocy |
2016 |
2017 |
|
1 |
Fizyczna |
143 |
114 |
|
2 |
Psychiczna |
184 |
150 |
|
3 |
Seksualna |
4 |
3 |
|
4 |
Ekonomiczna |
10 |
5 |
|
5 |
Innego rodzaju |
10 |
5 |
|
Razem |
351 |
277 |
|
Powiat szczycieński - liczba osób, co do których istnieje podejrzenie, że są dotknięte przemocą
|
|
Kobiety |
Mężczyźni |
Dziewczęta |
Chłopcy |
|||||||
|
|
2017 |
2016 |
2015 |
2017 |
2016 |
2015 |
2017 |
2016 |
2015 |
2017 |
2016 |
|
Do 65 r.ż |
124 |
148 |
271 |
13 |
8 |
69 |
|
|
|
|
|
|
Od 66 r.ż |
15 |
21 |
32 |
3 |
9 |
6 |
|
|
|
|
|
|
Małoletni |
|
|
|
|
|
|
55 |
48 |
116 |
39 |
61 |
Bardzo dobry pomysł. A może tak do każdej trasy jakaś mapka do wydrukowania sobie?
jans
2026-06-09 20:20:57
Widowiskowo wygląda: Plac zabaw dla dzieci w miejscowości Jurgi gm.Pasym. Trawa ma metr wysokości.
Turysta .
2026-06-09 16:59:54
Kim jest Yaugeni Laguna?
2026-06-09 14:15:21
I kto Go teraz zastąpi... Szkoda. Żyć marzeniami, kupić wymarzony obiektyw i nie zdążyć go użyć. Szok.
Jans
2026-06-09 13:07:11
Ciekawe komu zamknięcie tego przystanku przyniesie korzyści...kiedyś nazywano takie coś korupcją.
Polak
2026-06-09 11:10:45
Ale co to za cenzura? Dlaczego Tygodnik wyłączył możliwość komentowania tej sprawy na fejsie? Burmistrz prosił czy pani Dyrektor? To o jednych można pisać a o innych nie można?
Zbynek
2026-06-09 11:06:25
Jaki raj? Ten kto to pisał lub zlecił napisanie, nie ma świadomości o tych szlakach. Te podobno szlaki są słabo oznakowane. Szczególnie jak ktoś nie jest mieszkańcem danego regionu, to może się pogubić. Powinny być poustawiane tabliczki informacyjne jakim kolorem oznaczony jest konkretny szlak. Gdzie jest informacja o tych szlakach? Jeżdżąc od wielu lat po lasach naszego powiatu widzę mało osób, które jeżdżą po tych trasach. Raczej są to osoby które przemieszczają się w konkretnym celu np. nad jezioro. Może dlatego że jest brak informacji.
Rowerzysta
2026-06-09 09:53:37
A czemu Tygodnik wyłączył komentarze na fejsie? Co to za cenzura? Marcin prosił czy pani Dyrektor? To co? O jednych można pisać, a o innych nie wolno??? To jak nie można to i ten artykuł wywalcie.
Zbynek
2026-06-09 08:45:44
Fajnie byłoby zobaczyć trasę na mapce
KAROLINA
2026-06-09 08:09:49
ale JAK TO przecież brakuje milionów rąk do pracy i MUSIMY sprowadzać kolorowych książąt Sawanny
Klasyk
2026-06-09 07:57:25