Poniedziałek, 15 Kwiecień
Imieniny: Adolfiny, Odetty, Wacława -

Reklama


Reklama

Czy pan wie, że jest wójtem? Rozmowa z... burmistrzem Grzegorzem Zapadką (zdjęcia)


Czy pan wie, że jest wójtem? Takie pytanie usłyszał Grzegorz Zapadka dwa dni po wyborach samorządowych w 2002 roku. Od tego momentu upłynęło ponad 21 lat, które zmieniły Wielbark nie do poznania. Obecnie już burmistrz jest jedynym z aktualnych jeszcze włodarz miast i gmin, którego zbliżające się wybory nie stresują. Postanowił zakończyć swoją karierę samorządową, a to najlepsza okazja, by o minionych dziesięcioleciach porozmawiać.



Moment przejęcia władzy w gminie. Jaki był?

 

Ku mojemu zdziwieniu nawet go pamiętam, ale daty jednak sprawdzę. Pierwsza tura wyborów w 2002 roku odbyła się 27 października, a druga – 10 listopada. Dzień później było święto, a więc we wtorek, 12 listopada rano zadzwoniła do mnie ówczesna sekretarz gminy Grażyna Lewenda i spytała: czy pan wie, że jest wójtem? Gdy potwierdziłem, poprosiła o przyjście do urzędu.

 

I zostałeś w tym urzędzie ponad 21 lat. Ilu było wtedy kandydatów?

 

Jeśli mnie pamięć nie myli, to razem ze mną sześciu.

 

Grzegorz Zapadka 20 lat temu.

 

Wygrałeś te pierwsze wybory zaledwie 6 głosami...

 

Zgadza się. Ale w pierwszej turze lepszy był mój poprzednik Wiesiek Markowski, miał około 300 głosów więcej.

 

Wielbark był chyba jedyną gminą w powiecie, w której przegrany godnie tę porażkę przyjął...

 

Też się zgadza. Nie było jakichś osobistych wycieczek czy napastliwości.

 

Wcześniej z samorządem nie miałeś właściwie nic wspólnego. Jak doszło do kandydowania?

 

Już cztery lata wcześniej sugerowano mi, by startować do Rady Gminy, która wtedy wybierała wójta. W 2002 roku, w sierpniu, z taką propozycją wyszedł Andrzej Kimbar. Trochę się wahałem, ale ostatecznie się zgodziłem i wspólnie zaczęliśmy tworzyć komitet.

 

Jakimi argumentami cię przekonał i dlaczego się wahałeś?

 

Miałem dobrą pracę, w której się spełniałem, życie ustabilizowane i to były ważne motywy, by tego nie zmieniać. Argumenty Andrzeja? Właściwie sam byłem mieszkańcem Wielbarka i miałem swoją opinię dotyczącą tego, jak ta miejscowość i gmina powinna wyglądać, czy raczej – jak ja chciałbym, by wyglądała. Były to proste "marzenia": dobre chodniki, czystość, kilka lepszych dróg w gminnych miejscowościach. Nie pamiętam dokładnie, czym mnie ostatecznie przekonał Andrzej. Wspominał o tym, że mam potencjał, by być dobrym wójtem, ale co do tego pewności nie miał, ja zresztą też nie. Ale miał też argumenty rzeczowe. Np. że choć związany byłem z Wielbarkiem od urodzenia, to pracowałem poza gminą, a nawet poza województwem, bo w Czarni na Mazowszu, nie byłem więc związany jakimiś zawodowymi układami. Poza tym miałem na tyle stabilną sytuację zawodową, że nawet gdybym przegrał, to nic by to nie zmieniło w moim życiu.

 

Rok 2008. Grzegorz Zapadka.

 

Kolejne wybory jednak już na tę stabilizację wpływały. Jak to jest? Stres? Niepokój? Strach?

 

Stres jest zawsze, a z latami i wiekiem wręcz narasta. Strachu o przyszłość nie miałem, bo w razie przegranej mogłem wrócić do poprzedniej pracy. Poza tym w 2009 roku, z tytułu wcześniejszego zatrudnienia, miałem już uprawnienia emerytalne, więc to też dawało poczucie bezpieczeństwa, a wraz z nim wygrana w kolejnych wyborach nie była kwestią "być albo nie być". Bardziej kierowała mną chęć dokończenia tego wszystkiego, co było zaczęte, doprowadzenia do finału mojej wizji Wielbarka i gminy. A jeszcze poza tym początkowe przekonanie Andrzeja chyba było słuszne, bo w 2006 i w 2010 roku byłem jedynym kandydatem. W tych kolejnych wyborach miałem bardzo wysokie poparcie mieszkańców na poziomie 90-80%. To były wyniki z krajowej i regionanej czołówki.

 

Początki jednak łatwe nie były…

 

Powiem tak. Krótko po tym, gdy zostałem wójtem, pojechałem na zebranie wiejskie w Baranowie. Było to pierwsze takie spotkanie z mieszkańcami, w którym uczestniczyłem. Przyszło 60 dorosłych. Spytałem ilu z obecnych ma stałą pracę. Rękę podniosły dwie osoby! Byłem załamany. Wróciłem do domu i postanowiłem sobie, że jeśli nie uda mi się tego zmienić, to w następnych wyborach nie będę uczestniczył.

 

Ale uczestniczyłeś i to bez konkurencji. Czyli cztery lata wystarczyły ci, aby zdobyć nieprawdopodobne wręcz poparcie. To zapewne ogromna satysfakcja tym bardziej, że częściowo było to jeszcze przed akcesją Polski do UE, finanse były więc poważnym problemem.

 

Złożyło się na to wiele czynników. Wielbark był w dość trudnej sytuacji gospodarczej, przy bezrobociu sięgającym ponad 30%, a przy tym panowała dziwna mentalność, taka na przetrwanie. Czyli: nie ruszać, nie zmieniać, bo może być gorzej, jakoś to będzie... Taki powiedzmy instytucjonalny marazm. Najpierw trzeba było zmienić to podejście do rzeczywistości, do codzienności. Udało się, bo – jak się okazało – ten marazm z wielu ludzi można było wykorzenić bardzo łatwo i szybko. Brakowało im tylko impulsu. I w ten sposób zyskałem grono bardzo dobrych, aktywnych współpracowników, dzięki którym można było wiele zrobić. W tym też czasie ruszyły w gminie inwestycje, które na zawsze zmieniły oblicze Wielbarka. Swój zakład w Kołodziejowym Grądzie wybudował Mariusz Spychał i zapadła decyzja o tym, że w Wielbarku powstanie IKEA. Już w 2006 roku ruszył jej tartak, a w 2008 rozpoczęto budowę fabryki.


Reklama

 

Rodzina zawsze jest najważniejsza.

 

IKEA. Dla wielu dziś jest ona już na stałe wkomponowana w wielbarski i powiatowy krajobraz. Jest taką, powiedzmy, normalnością. Nikt dziś nie wspomina o tym, że droga do jej zaistnienia na naszym terenie nie była taka prosta.

 

Inwestor od początku zdecydował, że chce wybudować zakład na Warmii i Mazurach, nie ma co ukrywać, ze względu na dostępność surowca, czyli lasów. Ta decyzja zapadła podczas wizyty w Polsce szwedzkiego premiera i jego spotkania z prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim. Szwedzkiemu premierowi towarzyszył właściciel IKEI. Duży wpływ miał poziom bezrobocia w naszym regionie i ówczesna gospodarka leśna. Najprościej wyglądała ona tak: drzewa wycinano w naszym województwie i transportowano "za granicę": na Mazowsze czy nieco dalej, gdzie je przetwarzano. I tam ludzie mieli przy tej produkcji pracę, a na Warmii i Mazurach pod tym względem było fatalnie. Na samym początku na "liście rankingowej" potencjalnych lokalizacji było kilkanaście. Później zostały trzy czy cztery, w tym Wielbark. O to, by na tej krótkiej liście znalazło się też Szczytno, bardzo starał się ówczesny starosta szczycieński Andrzej Kijewski. Ostateczna decyzja nie należała jednak do lokalnych samorządowców. Podjęli ją dyrektor RDLP w Olsztynie Alfred Szklarski i doradca Ingvara Kamprada, właściciela IKEI, czyli Marian Grabiński, a doradzał właśnie w sprawach inwestycji.

 

Czyli co? Wytypowane samorządy mogły jedynie czekać i mieć nadzieję?

 

Nie tak do końca, bo gminy musiały wskazać konkretne miejsca, zapewnić realizację wymagań. W Wielbarku wskazaliśmy teren, który obecnie zajmuje IKEA, ale firma była zainteresowana większym obszarem, którego spora część była w rękach prywatnych. I to udało nam się zrobić, bo gmina wykupiła grunty od ich ówczesnych właścicieli, w kilku przypadkach była to kwestia wymiany działek. Podkreślić trzeba, że poszło to dość łatwo, bo właściciele gruntów, gdy dowiadywali się, jaki jest cel, nie robili przeszkód. Umożliwiliśmy też inwestowanie poprzez zmianę planu przestrzennego zagospodarowania, co w późniejszych latach okazało się bardzo korzystne, bo ułatwiało i przyspieszało powstawanie innych zakładów. Było też trochę problemów z linią energetyczną i trzeba było poprowadzić ostrą batalię, by została ona dostosowana do potrzeb przyszłego zakładu. Zgodziliśmy się również na zwolnienie IKEI z podatku od nieruchomości przez określony czas, ze względu na zatrudnienie. To zwolnienie było jednym z istotniejszych warunków, choć niełatwe wówczas ze względów prawnych. Wszystko ostatecznie zakończyło się pomyślnie i – powiedziałbym – jest znamienne historycznie. Wjazd do tartaku, który IKEA zbudowała najpierw, znajduje się przy ul. Szwedzkiej, a biura firmy stoją przy ul. Stefana Czarnieckiego. Mówiąc żartem: Wielbark pogodził kraje, zwaśnione trzy i pół wieku temu.

 

 

Dziś IKEA nie jest zwolniona z podatków, co gminny budżet pozytywnie odczuwa...

 

Te zwolnienia nie były trwałe. Tartak nie płacił przez 3 lata, a fabryka – przez pięć. Dziś płacony przez IKEĘ podatek od nieruchomości to ponad 3 miliony złotych. Gdy ten podatek zaczął wpływać do gminnej kasy, był to bardzo ważny i liczący się zastrzyk finansowy. Obecnie jest to jakby mniej odczuwalne, bo podatki w zbliżonej wysokości płacą też inne zakłady, np. farma fotowoltaiczna w Stachach należąca do spółki Energa. Farmę wybudował Agro-Artim, a wcześniej wzniósł "zakład" silosów. W ich okolicy znajduje się też fabryczka NETWOOD Wielbark (spółka włoska). Zatrudnia teraz około 100 osób, ale zamierza się rozwijać. Mamy też w gminie OUR Energy, w Baranowie. To spółka z udziałem kapitału chińskiego. Co prawda, jeszcze fizycznie jej nie ma, ale trwają przygotowania do budowy. Dokumentacyjnie do kolejnej inwestycji przygotowuje się też Agro-Artim, zainteresowany produkcją tzw. zielonego wodoru. Wojsko projektuje "tymczasowe obozowisko kontenerowe", cokolwiek to znaczy, a jednostka ma zagospodarować 110 hektarów w samym Wielbarku.

 

WOW! To Wielbark jest terytorialnie ogromny, a potencjał ma jeszcze większy...

 

Gdy były prowadzone działania o przywrócenie praw miejskich należało uaktualnić podziały geodezyjne i granice administracyjne. Tych ostatnich, jak się okazało, Wielbark właściwie nie miał wyznaczonych od przedwojnia. W granice włączone zostały osiedla kolonijne i w ten sposób miasto zrobiło się nieco większe. Ale nie były to działania nastawione jakoś szczególnie na inwestycje, bo dla mieszkańców gminy (a i nie tylko) nie ma większego znaczenia, czy jakaś fabryka znajduje się w samym Wielbarku czy w jakiejś innej gminnej miejscowości.

 

Z tego co pamiętam, i co zapewne trwa, firmy, które osiedliły się na terenie gminy, dają samorządowi i mieszkańcom nie tylko podatki...

Reklama

 

Korzyści jest wiele. Na przykład, gdy rozpoczynaliśmy wieloetapową inwestcyję zagospodarowania brzegów Sawicy, której ostatecznym efektem jest obecnie Park im. Niepodległości 1918-2018, dwa wielbarskie zakłady partycypowały w kosztach. Firmy sponsorują kluby piłkarskie, dokładają się do organizacji imprez kulturalnych. W wielu przypadkach odbywa się to na zasadzie wieloletnich umów.

 

A dzięki temu, między innymi, gmina ma środki na działania, których w innych samorządach próżno szukać, np. restauracja zabytkowych kamienic...

 

Z tego programu i jego efektów jestem szczególnie zadowolony, wręcz dumny. Zaczynaliśmy od kościoła ewangelickiego w centrum Wielbarka, który swojej sakralnej roli nie pełnił kilkadziesiąt lat i został skomunalizowany na początku lat 90. Jego renowacja rozpoczęła się jakieś 10 czy 12 lat temu. Wtedy jeszcze gmina do tych bogatszych nie należała, a mimo to nie było głosów sprzeciwu, nie tylko wśród radnych, ale i mieszkańców, choć inwestowaliśmy w coś, co pozornie nie było „artykułem pierwszej potrzeby”. Przeprowadzenie renowacji kamienic było już łatwiejsze, bo nie było to wielkim obciążeniem dla budżetu. Kiedyś mówiłem, że samorząd może czuć się całkowicie bezpieczny, gdy co najmniej połowę jego budżetu stanowią dochody własne, pochodzące przecież głównie z podatków. Tej połowy Wielbark jeszcze, co prawda, nie osiągnął, ale bardzo niewiele już brakuje.

 

O gospodarce i o tym, jak Wielbark zmienił się przez czas twoich rządów można by długo, bardzo długo. Ale bliżają się kolejne wybory. Uczestniczyć w nich nie chcesz. Dlaczego?

 

Uważam, że 20 lat to wystarczający czas, by zrealizować wszystko to, co sobie człowiek zaplanował. Z pewnością spora część mieszkańców gminy jest już znużona, żeby nie powiedzieć znudzona moją osobą, a i sam też już chyba chciałbym odpocząć. Wielbarczanie, którzy urodzili się, gdy zaczynałem, za miesiąc już po raz drugi pójdą do urn, bo niedawno wybierali posłów.

 

I teraz co? Papcie, szlafrok i kominek?

 

Nie. Takie nagłe odcięcie się od zawodowych obowiązków mogłoby być wręcz szkodliwe dla zdrowia. Na pewno będę pracował. Mam trzy opcje do wyboru, ale o szczegółach mówić nie chcę. Co do przyszłego zajęcia miałem za to warunek: maksymalnie na pół etatu. To da mi większą swobodę i więcej czasu dla rodziny i hobby, bo uwielbiam łowić ryby.

 

Rodzina. Przybliżysz „stan posiadania”?

 

Żona Jadwiga, nauczycielka już na emeryturze, syn Maciej, lat 36, synowa Marcelina i dwóch wspaniałych wnuków: 7-letni Igor oraz 5-letni Oskar. Z nich wszystkich razem, a też z każdej i każdego z osobna jestem zwyczajnie dumny. Jest takie powiedzenie, że wnuczęta to oczka w głowach dziadków. Zanim sam nie zostałem dziadkiem, traktowałem to trochę jak slogan. Dziś w pełni to rozumiem. Kocham tych chłopców bezgranicznie. Chyba nigdy wcześniej nie przypuszczałem, że można kochać aż tak bardzo…

 

Ale nie mieszkają w Wielbarku.

 

Niestety nie. Kilka kilometrów od Kwidzyna, czyli około 200 km od Wielbarka. Nie jest to jakaś wielka odległość, a ewentualna przyszła praca na część etatu pozwoli mi widywać się z nimi częściej niż dotychczas.

 

W nadchodzących wyborach o funkcję burmistrza miasta i gminy Wielbark będzie ubiegać się trzech kandydatów. O tylu przynajmniej już wiadomo. Nie ulega wątpliwości, że bardzo wysoko zawiesiłeś poprzeczkę i zapewne trudno będzie następcy temu sprostać. Wiem, że oficjalnie nie chcesz zdradzać swoich preferencji, ale jakichś rad mógłbyś jednak udzielić.

 

Sprawy, którymi trzeba zajmować się na co dzień, można by podzielić na dwie grupy. Pierwsza to te ogólne, gminne: inwestycje, działalność urzędu, jednostek podległych, oświata itp. W tym, oczywiście, także dążenie do realizacji własnej wizji nie tylko w zakresie rozwoju, ale w ogóle funkcjonowania samorządu. Druga grupa to indywidualne problemy mieszkańców i to nie tylko takie, na które burmistrz ma wpływ. To często sprawy bardzo osobiste, wręcz intymne. Niejednokrotnie są to ludzkie, rodzinne tragedie. Czasem można pomóc, a czasem – po prostu tylko wysłuchać, może coś doradzić. A później… zapomnieć. Moja rada więc brzmi: nie pamiętać rzeczy, które obciążają ludzi. To rodzi i buduje zaufanie. A bez zaufania… Cóż, jego brak może być dla zwycięzcy „być albo nie być” za kolejne pięć lat.

 

 



Komentarze do artykułu

Napisz

Galeria zdjęć

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama


Komentarze

Reklama