Czwartek, 25 Lipiec
Imieniny: jakuba, Krzysztofa, Walentyny -

Reklama


Reklama

Jarosław Zaręba niczym Robin Hooda połączył biznes z łucznictwem (zdjęcia)


Kontynuacja działań legendarnego Robin Hooda to nie jedyne zajęcie ani sportowe, ani życiowe Jarosława Zaręby. O tych zajęciach rozmawiamy z tym nietuzinkowym mieszkańcem Szczytna.



Skąd łucznictwo i kiedy?

Zaczęło się z piąć lat temu, gdy uznałem, że na bieganie za piłką już jestem za stary, a na szachy nie miałem ochoty. Pewne natomiast było to, że muszę mieć jakieś sportowe hobby, bo takie upodobanie towarzyszyło mi od dziecka. Kiedyś na Wałpuszu był jakiś obóz sportowy, chyba właśnie łuczniczy. Obserwowałem zajęcia i mi się spodobało. Postanowiłem spróbować. Kupiłem sobie łuk, trochę sobie strzelałem tak zupełnie amatorsko, a później natrafiłem na informację o naborze do drużyny łuczniczej działającej w Miejskim Domu Kultury. Poszedłem i... wsiąkłem.

 

Pięć lat to niewiele czasu, a tu sukces za sukcesem...

Widocznie trafiłem na swoją dyscyplinę, do której miałem predyspozycje, nawet jeśli okazało się to zupełnie przypadkowo. Natomiast jeśli chodzi o umiejętności, to chyba wszyscy w drużynie korzystali ze świetnych instrukcji, które można znaleźć w internecie. Na yt wrocławski, nieżyjący już niestety łucznik Piotr Gomet opublikował szereg filmików, z których naprawdę można się łucznictwa nauczyć. W każdym razie ja się nauczyłem.

 

Wspomniałeś, że łucznictwo stanowiło alternatywę...

Bo przez wiele lat wcześniej grałem w piłkę nożną. W Gwardii, jako junior, byłem zawodnikiem drugiej drużyny seniorskiej w czasie, gdy drużyna pierwsza grała w drugiej lidze. Później grałem też w siatkówkę, tenisa ziemnego i pingponga, już wyłącznie amatorsko.

 

Jednym słowem: nie umiesz usiedzieć na miejscu.

Można tak powiedzieć i tak było od zawsze.

 

To pierwszy wysiłek sportowy jaki pamiętasz. W przedszkolu czy może już w szkole?

Pierwszego nie pamiętam, ale ze sportem wiązało się spore przeżycie, jak dla kilkuletniego chłopca. Przed laty był w szkołach realizowany jakiś program sportowy. Polegało to na tym, że uczniowie starszych klas prowadzili tzw. piątki piłkarskie, jeśli dobrze pamiętam tę nazwę. I ja taką piątkę prowadziłem. Byłem już wtedy uczniem SP 2, bo wcześniej, do klasy trzeciej, uczyłem się w SP 4. W każdym razie w tym czasie Szczytno odwiedził ówczesny minister oświaty Kuberski. Odwiedził też naszą szkołę. Był apel z wielką pompą, podsumowanie jakieś tego sportowego projektu, a mi wtedy ów minister rękę był uścisnął. Dla dzieciaka to było coś.

 

W późniejszych latach pewnie zdarzało ci się ściskać inne znamienite dłonie?

Raczej chyba nie, w każdym razie nie pamiętam. Chociaż nie. Ze trzy lata temu byłem w Lublinie i na śniadaniu w hotelu spotkałem Józefa Skrzeka, muzyka z SBB. Podszedłem, przywitaliśmy się, zamieniliśmy kilka zdań. Odważyłem się, bo tak się przypadkiem złożyło, że jadąc do Lublina słuchałem akurat jego płyty.

 

Drugi raz wspominasz o przypadku. Rządził twoim życiem?

Chyba tak. Na przykład, gdy miałem 40 lat zostałem żeglarzem. A wszystko przez to, że w którejś ze szczycieńskich kawiarni piłem kawę, a żeby mi się nie nudziło, kupiłem w pobliskim kiosku jakieś czasopismo. Trafiłem na „Żagle” - tak to się nazywało. Poczytałem i już tydzień później zostałem kursantem na żeglarskim szkoleniu, a tego samego lata miałem już żeglarski patent, odbyłem pierwszy rejs i pływam do dziś. A że przypadek rządzi życiem? Pewnie że tak. Któregoś roku pływałem z rodziną po Adriatyku. Pontonem popłynęliśmy do brzegu jakiegoś półwyspu w Chorwacji. A pierwszą osobą, na którą natknęliśmy się na tym brzegu, był Krzysztof Lejmanowicz, nieżyjący już niestety lekarz ze Szczytna.

 

Czy zawód, który wybrałeś, to też efekt hobby i przypadku?

Po podstawówce, najpierw „czwórce”, później „dwójce” przyszedł czas na zawodówkę. Co prawda uczyłem się nieźle, ale nie bardzo mi się chciało. Rodzice może i chcieli, żebym wybrał inną szkołę, ale w końcu ojciec machnął ręką i uznał: „a niech robi, co chce”. Tak zostałem kierowcą – mechanikiem. A tuż po skończeniu zawodówki poszedłem do technikum, bo już trochę zmądrzałem. Zostałem technikiem budowy maszyn. I od razu po maturze – studia: wydział mechaniczny w olsztyńskiej ART. Zostałem inżynierem. I dopiero wtedy poszedłem do pracy. A nie... Najpierw upomniało się o mnie wojsko, czyli SOR. Piękny rok w moim życiu: pół roku szkolenia w tramach tej Służby Oficerów Rezerwy, i drugie pół roku tzw. praktyki w Bartoszycach, które to praktyki nazywam czasem nicnierobienia. Nie dlatego, że faktycznie nic nie robiłem, ale dlatego, że był to krótki i chyba jak dotąd jedyny w dorosłym życiu czas, gdy byłem wolny od wszelkich trosk, kompletnie niczym nie musiałem się martwić.


Reklama

 

Rodziną też nie?

Byłem już żonaty, miałem syna, dla którego wziąłem zresztą roczny urlop dziekański, ale wciąż byłem studentem, a to czas trochę innego pojmowania dorosłości niż wtedy, gdy już podejmie się pracę, pójdzie, jak to mówią, „na swoje”. Pracowałem, co prawda, jako szklarz w spółdzielni studenckiej. Okna głównie myliśmy, ale też szyby wstawialiśmy. Dziś już mało kto pewnie pamięta, że to szkło trzeba było odpowiednio ciąć, że używało się kitu... Ciekawe czasy.

 

A pierwsza „normalna” praca?

To już było przy końcu lat 80. Zostałem zastępcą kierownika kotłowni rejonowej przy ulicy wtedy XXX-lecia, obecnie Solidarności. W roku bodaj 1994 zostałem dyrektorem MPEC-u. To taka dzisiejsza quasi-Veolia: Miejskie Przedsiębiorstwo Energetyki Cieplnej. To już było czasy „nowożytne” czyli obecnego ustroju. Dyrektorzy obejmowali swoje funkcje w wyniku konkursów, a ja byłem wtedy chyba najmłodszym dyrektorem w województwie. W pierwszej kadencji samorządu byłem też radnym...

 

Poważnie? A tego nie pamiętam.

Może dlatego, że zrezygnowałem po dwóch latach. Uznałem, że to nie dla mnie.

 

Dlaczego?

Zauważyłem, że w mojej głowie następują niekorzystne zmiany. Odszedłem z obawy, że będą nieodwracalne.

 

A konkretnie?

Nie rozumiałem tych ludzi, którzy dorwali się do władzy, ich demagogii, populizmu. Nie było szerszego myślenia, a znakomita większość dbała o własne interesy i próbowała je załatwiać. Myślę, że do dziś niewiele się zmieniło, a każdy, kto prowadzi własny biznes, nie będzie umiał działać i pracować w takich gremiach, chyba że tylko w tym celu, by coś ugrać dla tego własnego biznesu.

 

To dość krytyczne spostrzeżenia tym bardziej, że w kolejnych kadencjach Rady Miejskiej osób, które prowadziły własną działalność gospodarczą nie brakowało.

Nie wiem, jak jest teraz, bo się tym kompletnie nie interesuję. W każdym razie mi się to na początku nie spodobało. Zrezygnowałem i więcej już nigdy nawet nie próbowałem.

 

Mówisz o działalności gospodarczej, ale byłeś wtedy szefem MPEC, a to było komunalne przedsiębiorstwo.

Krótko później MPEC został spółką pracowniczą o nazwie Termex. Było sporo konfliktów, sporów ze związkami zawodowymi. W końcu zrezygnowałem. Założyliśmy z przyjaciółmi, też byłymi, pracownikami Termexu, własną spółkę. Nazwaliśmy się DWD Vega. Specjalnie. Skrót oznaczał: „dwóch wyp..nych dyrektorów”. Tak sobie powetowaliśmy atmosferę, w jakiej rozstaliśmy się z Termexem. Najpierw robiliśmy... flaki. Mrożone. To była gotowa zupa, jaką dziś można nabyć w każdym prawie sklepie. Wtedy mrożonek jeszcze nie było tyle, co dziś. Całkiem nieźle to szło. W międzyczasie kupiliśmy od syndyka budynek kotłowni po dawnej Unimie, ale już jako nowa spółka – Ekoterm. Dodatkowo rozpoczęliśmy też działalność handlowo-usługową. Kotłownia obsługiwała zakłady po Unimie, najpierw Mazurskie Meble, a potem FM Bravo oraz dawne bloki unimowskie i spółdzielcze przy ul. Przemysłowej i Dąbrowskiego.

 

Długo?

Długo. Do ubiegłego roku. I co ważne – przez te wszystkie lata nie było tam żadnej awarii, żadnego przestoju. Zawdzięczaliśmy to głównie mojemu bratu Bogdanowi, który kotłownią kierował. Ponad rok temu Veolia te bloki podłączyła do swojej sieci, a nam miasto „podziękowało” za wieloletnią współpracę. Nie powiem, że były to działania w tzw. „białych rękawiczkach”. Może nie od rzeczy byłoby wspomnieć że Veolia próbowała nas wykupić już od 2016 roku. Bez powodzenia. Nie wiem, czy i ile firm w Szczytnie przetrwało do dziś, ale Ekoterm będzie w tym roku świętował 30-lecie istnienia.

Reklama

 

A czym się teraz głównie zajmuje?

Firma pozostaje wierna tematyce grzewczej, zajmujemy się sprzedażą materiałów instalacyjnych i wykonujemy usługi w zakresie tych instalacji. To Ekoterm zbudował w Szczytnie pierwszą instalację kolektorów słonecznych w prywatnym domu w Nowym Gizewie, pierwszą oczyszczalnię ścieków w powiecie. Myślę, że sporo zrobiliśmy i jest się czym chwalić, i z czego cieszyć.

 

Ludzie najczęściej chwalą się dziećmi i cieszą z rodziny. U ciebie też tak jest?

W Ekotermie pracuje już mój 27-letni syn Filip, bliźniaczy brat Natalii, która mieszka i pracuje w Warszawie. Najstarsza córka, Marta, pracuje w jednym ze szczycieńskich przedszkoli. Jeden z moich synów – Marcin, niestety od trzech lat nie żyje.

 

Dzieci już dorosłe, ale czy któreś poszło w twoje ślady i ma upodobania sportowe? A może muzyczne, bo chyba na którymś zdjęciu widziałam cię z gitarą...

Prawda. Pociągała mnie gra na gitarze, więc w okolicach 40. wymyśliłem, że się nauczę. Udało się... Trochę. Natalia pływała, trenowała u Sławka Szczerbala, miała spore sukcesy. Później, jak w przypadku wielu młodych sportowców... Studia, praca i nie ma czasu na sport w zaawansowanej postaci. Ale... śpiewa. W Szczytnie ćwiczyła w chórze i w szkółce muzycznej, na jednej Kortowiadzie śpiewała nawet jako support przed jakimś znanym zespołem, a dziś... jest w zespole obsługującym wesela i inne imprezy, ale to zajęcie mocno dodatkowe, bo praca ją bardziej pochłania. Filip też pływał, interesuje się sportem, jest aktywny, ale nie ma jakiejś jednej, wybranej dyscypliny.

 

Można powiedzieć, że za późno zacząłeś biegać z łukiem, by tym sportem zarazić dzieci?

Być może, ale nie żałuję i różnie jeszcze może być, może i dzieci kiedyś zajmą się łucznictwem. W mojej ocenie to sport dla ludzi w każdym wieku, a im starszych, tym lepiej. Nie wymaga przecież jakiegoś wielkiego wysiłku fizycznego, ale świetnie ćwiczy: koncentrację, równowagę, koordynację ruchową, cierpliwość, spokój, opanowanie... To walory, które mogą zastąpić niemal każdą rehabilitację. Świetne zajęcie dla tych, których życie i praca – nazwijmy to – nadwerężyły. Można przy tym naprawdę odreagować, odpocząć, nie tracąc wigoru, sił witalnych, a jednocześnie odbudować czy wręcz zbudować wiele ważnych cech, o których już wspomniałem. Na mnie to tak działa. Ale, oczywiście, wszystko zależy od indywidualnych upodobań. Osobiście uważam, że hobby, zainteresowania, wszystko to, co robimy poza pracą, jest równie ważne jak ta praca. W każdym razie ja nigdy nie umiałem żyć bez jakichś dodatkowych pasji.



Komentarze do artykułu

Gabi

Super specjalista, dobrze doradz

Napisz

Galeria zdjęć

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama


Komentarze

Reklama