Środa, 22 Maj
Imieniny: Emila, Neleny, Romy -

Reklama


Reklama

Iwona Matłoch – wielokrotna mama z „odzysku” (rozmowa „Tygodnika Szczytno”)


Zawsze w nas kiełkowało, aby zostać rodziną zastępczą. Nawet dom remontowaliśmy z myślą o tym, że kiedyś zamieszkają w nim dzieci – mówi Iwona Matłoch, mama zastępcza dwunastki dzieciaków. Wspólnie z mężem, od 2017 roku, pomaga dzieciom tworząc im bezpieczne miejsce na ziemi. Z panią Iwoną rozmawiamy o wyzwaniach i determinacji, która nimi kieruje.



Zacznijmy od początku. Skąd u was tyle dzieci?

 

Gdy poznaliśmy się z mężem postanowiliśmy, że będziemy mieli jedno dziecko, a resztę adoptujemy. Skończyło się na tym, że mamy dwóch synów i dzieciaki w rodzinie zastępczej. Ostateczna decyzja zapadła, kiedy nasze dzieci ruszyły już swoją drogą. W domu zrobiło się zdecydowanie zbyt cicho i dziwnie. Gdy remontowaliśmy dom, to już z myślą o tym, że będzie w nim mieszkać dużo dzieci.

 

Trudny był początek tej drogi?

 

Podejmowaliśmy trzy próby zostania rodziną zastępczą. Na początku nie wiedzieliśmy, jak się do tego zabrać. Nawet miałam wrażenie, że trochę chciano nas zniechęcić. Ostatecznie podjęliśmy decyzję nieodwołalną. Byliśmy bardzo zdeterminowani. Okazało się, że nie będzie łatwo.

Poszliśmy na półroczny kurs dla rodzin zastępczych w Olsztynie. Był bardzo trudny, bo pokazywał te najgorsze strony rodzicielstwa zastępczego. Do tego mogliśmy opuścić wyłącznie jedne zajęcia przez cały okres trwania kursu. To było wyzwanie, ale byliśmy nieustępliwi. Nie wszystkie rodziny, które z nami zaczynały, skończyły go.

 

I od razu do waszego domu trafiły dzieci?

 

Nie. Pierwsze dziecko trafiło do nas w 2017 roku, sześć miesięcy po szkoleniu. Szymon miał wtedy 12 lat. Był dzieckiem z tak zwanej interwencji i do dzisiaj jest z nami. To było dla nas wielkie przeżycie i zupełnie nowe doświadczenie. Obecnie już się powoli usamodzielnia, wkracza w dorosłe życie. Chyba najbardziej zabawne w tym jest to, że jest on do nas bardzo podobny i na początku wiele osób myślało, że jest naszym biologicznym dzieckiem.

 

Dużo dzieci trafiło pod wasz dach interwencji?

 

Bardzo. Mogę nawet powiedzieć, że głównie. Jakoś tak się ułożyło, że jesteśmy tym domem, do którego trafiają dzieci w sytuacjach nagłych. Nie mamy wtedy czasu, żeby się przygotować na ich przyjście. Zdarzało się, że w nocy dostawaliśmy telefon i chwilę później były już u nas.

 

Nie jest to chyba łatwe doświadczenie?

 

Niestety, jesteśmy bezpośrednimi świadkami dramatu dzieci. One trafiają do nas w różnym stanie. Jedne są bardziej samodzielne i ogarnięte, inne potrzebują nauki w zakresie prostych, podstawowych czynności. Raz zadzwoniła do nas pani Ewa z PCPR-u, która odpowiada za rodziny zastępcze i zapytała, czy mamy możliwość przyjęcia rodzeństwa: dwóch dziewczynek i chłopca. Oczywiście, zgodziliśmy się. Gdy dzieci już przyjechały, to w pierwszej chwili myśleliśmy, że się pomyliła i że mamy dwóch chłopców i dziewczynkę, bo jedna z sióstr została ostrzyżona bardzo, bardzo krótko. To nami wstrząsnęło.


Reklama

 

Pełniąc taką rolę musicie być twardzi?

 

Przede wszystkim musimy być silniejsi od dzieci. Bo to my, od chwili, gdy przekraczają próg naszego domu, mamy dać im poczucie bezpieczeństwa. Często powstrzymujemy łzy, przeżywamy to, czego doświadczają dzieci. Często są skrajnie zaniedbane. Czasami zwykłe kąpiele są wyzwaniem. Jest z nami chłopiec, który nigdy nie był kąpany tylko myty chusteczkami nawilżanymi. Chyba dla nas najważniejsze jest to, że z mężem dajemy wsparcie dzieciom, ale i sobie wzajemnie.

 

Macie całe spektrum emocji w domu…

 

Tak. Szczególnie w pierwszych dniach, gdy dzieci u nas zamieszkują. Targają nimi różne emocje. Strach, złość, obawa przed tym, co je czeka. My jesteśmy powściągliwi w ocenie sytuacji i tego, jak im pomoc. Każde z dzieci jest inne i ma inny bagaż doświadczeń. Dlatego dajemy sobie czas, żeby odpowiednio do każdego podejść i stworzyć mu jak najlepsze warunki. Bo jak wychowujemy własne dzieci, to od małego uczymy się siebie nawzajem i tworzymy wszystko wspólnie. A te dzieci trafiają do domu, który ma określoną atmosferę i też muszą się do niej dostosować. Doświadczają czegoś zupełnie innego. Ktoś ich pilnuje, ktoś im pomaga. Mają proste obowiązki, jak załadowanie zmywarki, czy posprzątanie pokoju. To na początku niektórym się nie podoba, bo przez długi czas były pozostawione same sobie i budowały swój świat.

 

Z pewnością trudnych momentów było wiele?

 

Tak, ale jeden szczególnie. Pod naszą opiekę trafił dwunastodniowy maluszek. Cała rodzina bardzo się z nim związała emocjonalnie. Bardzo zależało nam na tym, aby go adoptować, niestety nie spełniliśmy kryterium wieku. Kolokwialnie mówiąc, byliśmy z mężem za starzy. W związku z tym, że dziecko rozwijało się prawidłowo, szybko znaleźli się dla niego rodzice adopcyjni. Wszyscy byliśmy zrozpaczeni. Dzieci i my płakaliśmy dwa tygodnie. To była nasza rodzinna tragedia, bo był z nami pół roku. Każdemu z nas zabrano kawałek serca.

 

Jednak adoptowaliście jedno z waszych zastępczych dzieci.

 

Igorka. Zamieszkał z nami jak miał niespełna pół roczku. Był apatyczny. Dziecko, które niczego się nie domagało. Dzięki pracy, którą włożyliśmy, zaczął gonić rówieśników. Jednak, gdy był kwalifikowany do adopcji, nie przeszedł wszystkich testów rozwojowych dostosowanych do jego wieku. Nie znalazła się dla niego rodzina adopcyjna. Wtedy zgodę dano nam.

 

Czy jest coś co was w tym wszystkim przytłacza?

 

Zdecydowanie rodzice biologiczni. Obwiniają nas o to, że zabrano im dzieci. Walczą z nami, a nie o odzyskanie dzieci. To nie jest tak, że to był nasz plan, żeby przywłaszczyć sobie ich dzieciaki. Im lepiej współpracujemy, tym szybciej dziecko do nich wraca, my staramy się pomóc tym rodzicom. Nie każdy rozumie i chce się pogodzić ze swoją winą. Dzieci do rodzin zastępczych nie trafiają z byle powodu.

Reklama

 

Jakie są wasze dzieci?

 

Dzieciaki są fajne i zdolne, utalentowane. Trzeba im tylko pomóc w rozwijaniu pasji. Czasami do czegoś zachęcić, pokazać, że świat jest dobry i jest w nim miejsce dla nich. To jest po prostu życie. Mają lepsze i gorsze dni, jak każdy. Doświadczają różnych sytuacji i my przy nich jesteśmy. Każde wnosi coś do naszego domu. Daje kawałek siebie. Dzieci pomagają sobie nawzajem. Dają wsparcie, dzielą się doświadczeniem.

 

Podobno dzieci u was wsiąkają.

 

(śmiech) Tak słyszeliśmy, że jak dzieci do nas już trafią, to po nich. Jednak są sytuacje, że przebywają u nas tylko chwilę, zanim zostanie ustabilizowana ich sytuacja prawna. Niestety, mamy tylko 10 pokoi i nie zawsze możemy przyjąć już więcej dzieci. Jednak zawsze na chwile, w pokojach gościnnych znajdą u nas bezpieczną przystań.

 

Pani pracuje zawodowo, a mąż?

 

Stoi na straży i zarządza. Mamy dobry podział obowiązków. Ja pracuję zawodowo, uczę w szkole średniej. Nie jesteśmy może tradycyjną rodziną, ale z pewnością dobrze skomunikowaną. Bez miłości, wzajemnego wsparcia i współpracy, a także zrozumienia, dzisiaj nie robilibyśmy tego, co robimy. A dla nas ważne jest, aby pomagać dzieciakom.

 

Święta obfitują w gości?

 

W tym roku nas samych było 17 osób podczas Wigilii. Do tego ciocie, wujkowie, babcie. Nie ma nudy. Kiedyś, jak było nas mniej, to pozwalaliśmy sobie wpaść do kogoś w gości, dzisiaj z tym jest ciężko. W ubiegłym roku całą ekipą ruszyliśmy pociągiem na święta w góry i było super. Jak kolonia. Wyjazdy i wspólny czas są dobre, integrują nas. Każdego roku staramy się gdzieś razem pojechać.

 

To jakie jest marzenie na 2023 rok?

 

Duże auto, w które wszyscy wejdziemy i ruszymy na wakacje, aha - i oczywiście prawo jazdy na autobus dla męża.

 



Komentarze do artykułu

Napisz

Reklama


Komentarze

Reklama