Dominik Górski, lekarz w drugim pokoleniu, nie mieści się w stereotypowym wizerunku medyka. Nie jest nobliwym, poważnym panem, a przynajmniej nie bez przerwy. Pacjentów mogą dziwić (co najmniej) solidnej wielkości tatuaże, wychylające się spod rękawów lekarskiego fartucha czy specyficzne poczucie humoru. - Ogólnie zawód: zastępca – mówi więc z żartem o sobie, odnosząc się do tego, że obecnie jest zastępcą podwójnym: ordynatora oddziału chirurgicznego szpitala oraz dyrektora tejże placówki. Poza upodobaniem do tatuaży, ma też wiele innych, pozazawodowych pasji, a czas im poświęcany nie przeszkadza mu być chwalonym przez pacjentów lekarzem.
Największy horror zawodowy...
A to było nie tak dawno, w ostatnim czasie, kiedy sytuacja pandemiczna powoduje, że więcej pracujemy, więcej dyżurujemy, więc i bardziej jesteśmy zmęczeni, ale – jak to na chirurgii – operacje wykonywać trzeba. Ostatnia z wyznaczonych w danym dniu polegała na amputacji nogi. Przybiegłem na salę, gdy koleżanka anestezjolog już zrobiła swoje, stosując znieczulenie w kręgosłup, a że ma do mnie zaufanie – wyszła na chwilę. Trochę mnie zastanowiło, że bardziej znieczulona była lewa noga, podczas gdy miała być amputowana prawa... ale przystąpiłem do zabiegu. Gdy chwilę później koleżanka anestezjolog wróciła na salę spytała: „Dominik, a ty właściwą nogę odcinasz?” Narzędzia wypadły mi z rąk, pielęgniarka mało nie zemdlała, ja byłem bliski zawału... Na szczęście okazało się, że usuwałem tę właściwą kończynę...
To dla odreagowania: skąd upodobanie do tatuaży?
Na pewno nie było to związane z zainteresowaniem kulturą więzienną, bo w Polsce przez dziesięciolecia tatuaże kojarzyły się z osobami, które zaliczyły pobyty w więzieniu. Jako dzieciak jeszcze jeździłem z rodzicami po świecie i w innych krajach zauważyłem, że są te tatuaże modne. Wiele osób miało na swoim ciele fajne, ciekawe rysunki, i to nie tylko młodzi, ale starsze osoby też. Podobały mi się już wtedy, ale nie od razu się zdecydowałem...
A więc kiedy powstał pierwszy?
Dokładnie w październiku 2016 roku, na ramieniu wytatuowano mi skalpel, no bo w końcu jestem chirurgiem. To było podczas dorocznego światowego konwentu tatuażystów w Warszawie. Wcześniej sprawdziłem, kto będzie w tym konwencie uczestniczył i umówiłem się z twórcą o pseudonimie Saeid, który przyjechał z Kopenhagi. I on mi właśnie wytatuował skalpel według wcześniej uzgodnionego wzoru.
A kolejne?
Następny tatuaż powstał na ramieniu, nad skalpelem. Nosi nazwę: „Doktor zaraza”. To lekarze, którzy podczas różnych plag – epidemii, od XVII wieku, udzielali pomocy nosząc na twarzach maski w kształcie ptasiego dzioba. W tych maskach mieli różne zestawy ziół, które miały chronić lekarza przez zarażeniem. Można powiedzieć, że były to pierwsze maski gazowe. Na ramieniu mam właśnie takiego lekarza – zarazę, a właściwie tylko jego popiersie. Ten tatuaż powstał w 2017 roku, również na konwencie tatuażystów, a jego autorką jest Karolina Myćka z Krakowa. Ostatni posiadany tatuaż, na drugim ramieniu, to scena z „Pulp fiction”, bo jestem fanem tego filmu. Powstał niedawno, w 2019 roku.
I to koniec?
Na razie przerwa. Także z powodu koronawirusa. No i nie mam pomysłu, co bym chciał jeszcze na swoim ciele uhonorować.
Tatuowanie ciała to temat kontrowersyjny. Jedni uważają, że nie jest to bezpieczne. Pan – jako lekarz – jak to skomentuje?
Na pewno musi to być przemyślana decyzja. Musi też być przeprowadzona próba, by ewentualnie wyeliminować reakcję alergiczną. Poza tym większych niebezpieczeństw pod względem medycznym nie dostrzegam. Środki stosowane do tatuaży mają odpowiednie atesty, sam zabieg jest wykonywany z zachowaniem wszelkich reguł dotyczących aseptyki.
A czy na przykład istnieje ryzyko, że wraz z wiekiem, ze zmianami, którym ciało w sposób naturalny podlega, taki tatuaż, który w założeniu miał być trwały i piękny, staje się szkaradny? Co wtedy? Można to usunąć?
Sposobów jest kilka. Można stary odświeżyć, można na starym zrobić nowy, a można też laserowo usunąć, jeśli ktoś bardzo by chciał. Ale przypuszczam, że takich osób jest niewiele. Tatuowanie ciała wciąga, to niejako uzależnienie. Jeśli się to komuś podoba, jeśli to lubi, to chce coraz więcej i więcej. Sam odczuwam już takie „ciągoty”, tyle że chwilowo nie mam pomysłu, co miałby kolejny mój tatuaż przedstawiać.
Czy to upodobanie miało jakieś zawodowe konsekwencje? Zdarzały się panu jakieś sytuacje, zabawne czy mniej, powiązane z pańskimi tatuażami?
Nic mi nie przychodzi do głowy. Chociaż nie... raz się coś takiego zdarzyło. Spod rękawa wystawał mi fragment tatuażu „Doktora zarazy” i kiedy zobaczył to starszy już pacjent stwierdził jedynie: „O! Pan doktor ma podobny tatuaż, jak mój wnuczek”. Brzmiało to raczej życzliwie. A poza tym właściwie nikt nie zwraca na to uwagi, nikt nie komentuje, przynajmniej nie bezpośrednio.
Historię „miłości” do tatuażu już więc znamy. A jaką historię ma zawód?
Zawsze powtarzam, że zostałem lekarzem z powołania... rodziców. Właściwie ojca, bo też lekarz, więc miałem z tym zawodem kontakt od chwili poczęcia. Wydaje mi się, że to był naturalny wybór.
Ale mama była nauczycielką, więc równie dobrze mógł pan zostać belfrem...
Jedno nie wyklucza drugiego. Lekarz też może być nauczycielem. Teraz mam na oddziale lekarza rezydenta, jestem kierownikiem specjalizacji, przekazuję swoją wiedzę młodszym kolegom, więc można powiedzieć, że jestem także nauczycielem. Realizuję więc w drugim pokoleniu fach zarówno taty, jak i mamy, zapewne ku zadowoleniu obojga rodziców. Ale odkąd pamiętam, może nawet od przedszkola powtarzałem, że będę lekarzem. Co prawda nie zawsze wyniki nauczania, a i zachowanie w szkole, zapowiadały, że ten życiowy plan się powiedzie...
To jakie to były problemy z zachowaniem?
Aniołkiem nie byłem... Problemy normalne, jak u nastolatków. A to wagary i np. posądzenie, że prowokowałem te wagary dla całej klasy. Pierwszy raz zwialiśmy z kolegą z marzanną ze szkolnego „pochodu”, kiedy byliśmy w drugiej podstawówki. Sami ją sobie później spaliliśmy, bez udziału innych. Dziś już, oczywiście, wyrosłem z podobnych wybryków. Mam, jak dotąd, jedną córkę, 2,5-roczną Julię, więc nie wiem, czy w niedalekiej przyszłości będzie równie niesforną uczennicą jak tata, ale inne zainteresowania już przejmuje. Od dwóch tygodni używa roweru, jeszcze takiego dziecięcego oczywiście, biegowego.
I tu przechodzimy do pańskiego innego hobby, rowerowego właśnie...
To jest hobby bardzo jeszcze amatorskie, którym zaraził mnie nie tak dawno kolega z pracy. Jeździmy rowerami enduro, przystosowanymi głównie do jazdy w górach. Jeździmy głównie po torze, specjalnie zbudowanym w Leśnym Dworze – Szczytno MTB Trails. To dwie trasy różnej długości. To naprawdę ciekawe trasy: z podjazdami i zjazdami, z kilkoma różnymi przeszkodami itp. Są znane nie tylko w Szczytnie, oczywiście wśród miłośników takiego właśnie kolarstwa, ale także poza naszym terenem. Przyjeżdżają np. ludzie z Gdańska, by z tych tras skorzystać. My z z kolei jeździmy w góry, np. rok temu byliśmy w Bielsku Białej. Tam jest specjalny wyciąg, którym wraz z rowerem wjeżdża się na górę, a później, już rowerem, z niej zjeżdża. Przy końcu prędkość jest już spora, może sięgać nawet 60 km/h, więc robi się już ekstremalnie. Trzeba mieć odpowiedni strój: tzw. zbroję, kask...
Czy praca w szpitalu, na sali operacyjnej, a teraz, w dość trudnym przecież czasie, też w kierownictwie placówki, nie jest wystarczająco ekstremalna?
Rower to właśnie upust dla emocji i stresu związanego z pracą, podobnie jak wcześniej wyjazdy na mecze Legii Warszawa, bo jestem, wraz z tatą, kibicem tej drużyny. Tata jest z Warszawy, ja się też w stolicy urodziłem, więc taki to naturalny sentyment akurat do Legii. Nie znaczy to, że nie szanujemy i lokalnej piłki. Tata był przez wiele lat prezesem Omulwi Wielbark, a ja jakiś czas prowadziłem klubowi stronę internetową.
W tym natłoku różnych zainteresowań pozostaje panu wystarczająco dużo czasu na pracę zawodową, na kierowanie czy raczej współkierowanie szpitalem? To jednak duża odpowiedzialność, z pewnością wymagająca też dużego zaangażowania...
Wydaje mi się, że kiedy ktoś prowadzi aktywne życie, to ta aktywność przekłada się na wszystkie sfery. W moim przypadku na zawodową także. Na przykład zostałem zastępcą dyrektora szpitala w połowie marca, kiedy już rozwijała się epidemia koronawirusa. I kiedy już było wiadomo, że placówki zdrowia zupełnie nie są przygotowane do walki z tym zagrożeniem, jednym z pierwszych moich działań było uruchomienie akcji na zrzutka.pl. Dzięki temu szpital został zaopatrzony w duży, stacjonarny respirator, bo taki był jej główny cel. Mobilizacja lokalnej społeczności, indywidualnych osób, firm i samorządów okazała się naprawdę ogromna. Szpitalowi przybyło sporo bardzo przydatnego wyposażenia, które przecież pozostanie w placówce, kiedy już pokonamy wirusa. I kiedy zakończą się trwające inwestycje: budowa SOR i drugiego skrzydła szpitala. Będzie więcej miejsc dla pacjentów, będzie więcej przyjęć, zabiegów, a więc i więcej sprzętu będzie potrzebne.
Jest pan zastępcą dyrektora szpitala ds. lecznictwa, ale i zastępcą ordynatora oddziału chirurgicznego. Łatwo to pogodzić bez swoistego „nepotyzmu”? Koledzy z innych oddziałów, np. interny czy ginekologii nie skarżą się, że hołubi pan chirurgię?
Mam nadzieję, że nie. Zresztą to właśnie ze wskazania kolegów z różnych oddziałów zaproponowano mi funkcję zastępcy dyrektora, a ja po prostu tę propozycję przyjąłem. Może to był też efekt mojego wcześniejszego zaangażowania w organizację szpitalnej pracy. Zabiegałem o zwiększenie liczby rezydentów na chirurgii i to się udało, bo z dwóch miejsc zrobiły się cztery. Podobne starania dotyczyły pediatrii, też udało się uzyskać w ministerstwie zgodę na dodatkowe dwa miejsca szkoleniowe, a o kolejne takie dwa miejsca obecnie się staramy, żeby wzmocnić też oddział ginekologiczny. To wszystko skutkuje zwiększoną liczbą kadry medycznej, a to z kolei przekłada się na korzyść dla pacjentów.
Skąd u pana chirurgiczna specjalizacja?
Zawsze chciałem być zabiegowcem. Miałem więc do wyboru chirurgię miękką, ortopedię albo ginekologię. Ta ostatnia odpadała, bo już podczas studenckich praktyk akurat ta dziedzina zupełnie mi nie przypadła do gustu. Nie wdając się w wiele szczegółów, po półrocznym stażu w Łodzi, który miał służyć rozwijaniu specjalizacji ortopedycznej, zatrudniłem się w szczycieńskim szpitalu, na oddziale chirurgicznym i ostatecznie taką właśnie specjalizację zrobiłem, zresztą w szpitalu w Biskupcu.
Medycyna coraz bardziej się rozdrabnia. Coraz więcej jest specjalizacji, choćby w samej chirurgii wg dawnych jej pojęć, wydzieliła się ortopedia, chirurgia miękka, naczyniowa, kardiochirurgia i pewnie jeszcze jakieś inne. To dobrze czy źle?
Na pewno dobrze dla pacjenta, bo ta specjalizacja powoduje, że określone choroby są leczone w sposób możliwie najbardziej nowoczesny. Każdy lekarz zgłębia nowości w zakresie swojej specjalizacji, a przy obecnym poziomie wiedzy i technologii nie ma szans, by jedna osoba „objęła” całość medycznych zagadnień. Zdarza się, niestety, na szczęście bardzo rzadko, że wysokiej klasy specjalista w wąskim zakresie lekarskim, np. okulista czy laryngolog, nie podejmie działań w jakiejś ekstremalnej sytuacji, np. gdy natknie się na wypadek. Ale w moim przekonaniu, to nie jest kwestia bycia lekarzem, a kwestia bycia... człowiekiem. Jak ktoś ma we krwi (i dodatkowo w zawodzie) „gen” pomagania innym, to zawsze będzie to robił, w każdej sytuacji: przeprowadzi staruszkę przez ulicę, ale i zatamuje krwotok na chodniku, czy udzieli pierwszej pomocy poszkodowanemu w wypadku, co mi się zresztą już zdarzyło. Oczywiście, że w codziennej pracy jesteśmy specjalistami w jakiejś jednej, wąskiej medycznie dziedzinie, ale przede wszystkim jesteśmy lekarzami – zawsze i w każdej sytuacji. Staram się o tym nie zapominać.
Polaków mało, bo się nimi pomiatało, więc przestali się mnożyć. Dużą zasługę mieli tu pracodawcy, którzy zalegali z wynagrodzeniem za pracę i szydzili: NIE PODOBA CI SIĘ, TO WON. NA TWOJE MIEJSCE DZIESIĘCIU CHĘTNYCH!!! No i mają.
kto winien?
2026-04-06 15:51:43
To było już od 20 lat wiadomo, jakie podjęto działania aby zmienić ten trend przez lokalne władze - żadne a sytuacja z roku na rok jest gorsza i będzie
HTB
2026-04-05 21:37:25
A znacie Panowie \"Awantury arabskie\" Makuszyńskiego? A wiecie, że nie uchodzi odnosić się do nazwisk, ich etymologii? Byli sobie generałowie Żyto, Baryła, Oliwa, a też był sobie generał Kuropieska. Ale też był minister Ziobro oraz Prezydent Duda i Prezydent Wałęsa. A tam, jeszcze parę nazwisk by się znalazło, więc nie polecam zamachu motyką na słońce.
Do Polaka i Zakutych łbów
2026-04-04 20:26:34
Zakute Łby : ) - przeczytałem Twój komentarz i całkowicie się z nim zgadzam. Od dawna nie czytam wypocin milicjanta i tego drugiego grafomana Niemczuka. Szkoda czasu. Raz już to tu kiedyś napisałem ale powtórzę za mistrzem Jerzym Dobrowolskim: „Nie ma nic gorszego niż człowiek wykształcony ponad własną inteligencję.”
Szczery Demokrata
2026-04-03 10:30:19
Może rzeczywiście trzeba zastanowić się nad tym skąd hotel Natura Mazur czerpie wodę? jeśli z ujęć głębinowych a te zasilają jezioro to odp jest prosta. Czy sie mylę i hotel czerpie z wodociągów? moze ktos odpowie
edek
2026-04-03 09:35:55
To bardzo skromny i niezmanierowany Doktor. Cenię jako człowieka, który podchodzi do pacjenta z sercem. Zjeździłem całą Polskę, lecząc się prywatnie, i nigdy nigdzie nie otrzymałem tyle opieki i pomocy, którą okazał mi Pan Doktor. Ogromny szacunek.????????????
Dariusz
2026-04-02 18:31:30
Bez skrótów. Bez przypadków. Bez imienia. Bez nazwiska. Po prostu policjant. Ze Szczytna.
Czytelnik ze Szczytna
2026-04-01 17:48:06
To doskonały pomysł, niech mnie pan cytuje studentom ile tylko można, ludzie w końcu muszą poznać prawdę. nie tylko jednostronną fałszywą narrację. Cały świat wie czym Netanjahu wciągnął Trumpa w wojnę, oczywiście o aktach Epsteina, agenta Mossadu, nic Pan nie słyszał, prawda? :)... I nie Rosjanie o tym otwarcie mówią, tylko sami Amerykanie. W moich komentarzach piszę mój punkt widzenia, do którego mam pełne prawo...a Pan sraczki dostaje i nie potrafiąc się do nich merytorycznie odnieść, i podważyć, używa agresywnego personalnego ataku. Prawda jest niepodważalna.. co nie?
Polak
2026-04-01 14:02:23
Najbardziej to pewnie ucieszył się ten pan z DPS, ktory zawsze prosi o drobne pod biedra lub Orlenem. Jak każdy student dal mu piątaka to będzie miał na kilka czteropakow
Kamil
2026-04-01 12:35:56
Mądrzejewski-toponimiczne pochodzenie nazwiska od przymiotnika (mądry). Być może. Wgłębiając się jednak w twórczość p. Mądrzejewskiego zamieszczaną na łamach owego tygodnika, widzę człowieka, która za wszelką cenę chce nam wszystkim udowodnić, iż należy do starannie wyselekcjonowanej grupy mądrych. Grupa mędrców Donalda Tuska. Może się mylę. Może treści, które czytam, to myśli głębsze po głębszym. Może ja czegoś nie rozumiem i autor rzeczywiście jest mądrzejszy ode mnie. Szukam odpowiedzi. Na razie znalazłem jedną. Jak dla mnie mało miarodajną. Zawsze to jednak jakiś trop. Otóż statystyki nazwisk w Polsce podają, iż osobników płci męskiej o nazwisku Mądrzejewski jest tylko 266-u. Jak mawiała pani Kidawa-Błońska cyt: „gdyby natura chciała, to przekop by sama zrobiła\". Nie zrobiła. Z mądrością widać też jej nie poszło.
Zakute Łby : )
2026-04-01 12:08:43