- Niewiele jest rzeczy, które mogą równać się z widokiem bijącego serca – mówi Adam Nagajewski. Lekarz kardiolog, który swoją specjalizację wybrał ponieważ zafascynował go niewielki organ o wielkiej mocy. Pracował z największymi specjalistami w kraju. Podczas operacji asystował samemu profesorowi Marianowi Zembale. Dzisiaj dba o pacjentów w szczycieńskim szpitalu.
Z pewnością Adam Nagajewski jest jednym z tych lekarzy, w których ręce można oddać swoje serce. Kardiolog związany jest ze szczycieńskim szpitalem od trzech lat. Sprowadziła go do nas pandemia Covid-19. Na szczęście po jej zakończeniu pozostał w murach placówki, gdzie kieruje drugim oddziałem wewnętrznym.
- Szczytno trochę skradło moje serce – przyznaje.
Medycynę musiał zrozumieć
Nie planował zostać lekarzem. W szkole średniej myślał o studiach inżynierskich, bo zawsze był dobry z matematyki. Prawdopodobnie liczby miał we krwi bo jego mama była nauczycielką matematyki. I to właśnie rodzicom (tata był polonistą) postanowił udowodnić, że dostanie się na studia medyczne.
- Pamiętam, że na rodzicach robiło wrażenie, gdy ktoś dostał się na medycynę. Postanowiłem, że udowodnię im, że to nie jest aż tak trudne – wspomina. - W medycynie wielu rzeczy trzeba nauczyć się na pamięć, a to zawsze była moja słaba strona. Wolałem uczyć się poprzez zrozumienie, tak jak w matematyce. Okazało się, że taki schemat można przenieść również na zagadnienia medyczne.
Kiedy dostał się na studia na Akademii Medycznej w Gdańsku udowodnił, że jego podejście jest słuszne. Państwowy Egzamin Lekarski zdał z bardzo dobrym wynikiem. Zapewnił on mu miejsce w dwudziestce najlepszych studentów w Polsce.
Pięć lat wśród najlepszych
Decyzja o wyborze specjalizacji z kardiologii przyszła bardzo naturalnie. Jeden z profesorów rozbudził jego fascynację EKG.
- Profesor Kozłowski pokazał studentom, ile można wyczytać ze zwykłych szlaczków. Analizowanie wyników badania po prostu mnie zafascynowało – opowiada lekarz. - Wtedy też pojawiły się pierwsze myśli o tym, aby zająć się chorobami serca. Początkowo chciałem zostać kardiochirurgiem.
Aby zrobić specjalizację z tej dziedziny najpierw wyjechał do Krakowa, wrócił do Gdańska, a następnie dostał się na staż w Śląskim Centrum Chorób Serca. Szpitalu, który specjalizował się wyłącznie w tej dziedzinie. Tam trafiały najtrudniejsze przypadki, w tym pacjenci czekający na przeszczep. To w Zabrzu miał możliwość kształcić się pod okien najlepszych kardiochirurgów w Polsce.
- Jestem ogromnie wdzięczny za to, że przez pięć lat mogłem z nimi pracować. To pozwoliło mi doświadczyć kardiologii ze wszystkich możliwych stron – mówi.
Z wojskiem po serce
Na staż przyjmował go sam profesor Marian Zembala, jeden z najwybitniejszych kardiochirurgów w historii polskiej transplantologi.
- Był to wyjątkowy lekarz, wybitna postać z niezwykłą charyzmą. Człowiek po prostu chciał z nim pracować. Do tego przekazywał wiedzę w wyjątkowy sposób. Miałem możliwość asystowania mu przy operacjach serca – opowiada. - Wtedy zrozumiałem, jak jest niesamowite. Niewiele jest rzeczy, które mogą równać się widokowi bijącego serca.
W Zabrzu był w zespole, który zajmował się, obok przeprowadzania rutynowych operacji, leczenia choroby wieńcowej czy chorych zastawek, również pobieraniem organów i ich transportem.
- Wówczas w transporcie lotniczym pomagało wojsko. Cały czas towarzyszyły nam duże emocje oraz presja czasu. Od pobrania organu od dawcy mieliśmy tylko cztery godziny, aby zakończyć operację jego wszczepienia pacjentowi – wyjaśnia.
Nie zapomni niesamowitych rzeczy
To również w Zabrzu wziął udział w operacjach, które do dzisiaj dokładnie pamięta. Wyjątkowe były te u małych dzieci w pierwszych miesiącach ich życia.
- Proszę sobie wyobrazić, że lekarze muszą naprawić serce małego człowieka, które jest wielkości serca indyka. Jedną z moich pierwszych asyst w Zabrzu, była korekta wrodzonej wady serca u niemowlaka. To są obrazy, których się nie zapomina – zapewnia.
Drugą operacją, którą cały czas wspomina z wielkimi emocjami, była asysta doktorowi Romanowi Przybylskiemu, który aby naprawić serce, musiał je wyjąć z klatki piersiowej pacjenta.
- Dojście do serca było ograniczone. Doktor nie miał innego wyjścia. My trzymaliśmy to serce w specjalnym naczyniu (to znaczy zwykłej stalowej misce), a operator wymieniał i naprawiał zastawki. Później wszczepił serce z powrotem do klatki piersiowej - taka autotransplantacja. Wszystko poszło dobrze. Pacjent wyszedł po dwóch tygodniach o własnych siłach. To było niesamowite – opowiada.
Dla pacjentów ma czas
Czas spędzony w Zabrzu dał doktorowi Adamowi szerokie spojrzenie na choroby serca. Chociaż postanowił finalnie zostać kardiologiem, a nie kardiochirurgiem, to doświadczenie kliniczne pozwala mu skuteczniej oceniać stan pacjentów.
- Dzięki temu lepiej widzę, jaką drogą pójść, jakie metody leczenia zastosować. Czy możemy leczyć pacjenta ambulatoryjnie czy powinniśmy już szukać rozwiązań bardziej inwazyjnych – wyjaśnia. - Dzisiejsza kardiologia jest na bardzo wysokim poziomie. Mamy wiele możliwości pomocy osobom z chorym sercem. Na rynku są dostępne nowoczesne leki.
Oprócz pracy na oddziale, doktor Nagajewski przyjmuje pacjentów w poradni kardiologicznej działającej przy szpitalu. Do każdego z nich stara się podchodzić indywidualnie.
- Nie lubię się spieszyć, wiem, że czasami pacjenci w poczekalni się złoszczą, bo moje badania trwają często o wiele dłużej niż w założeniu powinny, ale nie wyobrażam sobie, że mógłbym coś przeoczyć. Wypuścić z gabinetu pacjenta bez pewności, że przeprowadziłem badanie dobrze – wyjaśnia.
Kardiologia w Szczytnie jest potrzebna
W szczycieńskim szpitalu odnalazł miejsce dla siebie. Widzi potrzeby mieszkańców i możliwości, jakie ma nasz szpital.
- Uważam, że dysponujemy zapleczem, aby stworzyć oddział kardiologiczny. Szpital posiada bardzo dobrej jakości sprzęt oraz specjalistów, którzy chcą tu pracować – mówi. - Niestety, jego utworzenie nie zależy wyłącznie od dyrekcji szpitala i lekarzy, a od Narodowego Funduszu Zdrowia. To tam musi ten pomysł spotkać się z akceptacją i zrozumieniem.
Każdy pacjent jest dla doktora Adama ważny. Doświadczenie nauczyło go, że w medycynie nic nie można brać za pewnik.
- Są sytuacje, w których walczymy o pacjenta miesiącami, wydaje nam się, że będzie dobrze, ale dzieje się coś czego nie mogliśmy przewidzieć i pacjent odchodzi. Bywa też tak, że wszystko wskazuje na to, że stan jest tak ciężki, że boimy się, że nasze działania nie są w stanie pomóc, a za jakiś czas chory sam wychodzi ze szpitala – mówi.
Wiele rzeczy zostaje w człowieku
Jak przyznaje doktor najtrudniejszym czasem w jego zawodowej karierze, był Covid-19. Na to, co przyszło nagle, nikt nie był przygotowany. Kiedy rozpoczął pracę w Szczytnie, 2 grudnia 2020 roku, nie spodziewał się, jak trudne to będzie wyzwanie, zwłaszcza, że został koordynatorem oddziału covidowego.
- Na naszych oczach odchodzili ludzie. Każdego dnia umierali pacjenci. Chociaż robiliśmy wszystko, co w naszej mocy, by ich uratować. To były chwile, w których lekarz zastanawia się o co chodzi? Czemu nie jesteśmy w stanie tego zatrzymać, poczucie bezsilności jest wyczerpujące – wspomina.
Często wraca pamięcią do pacjentów, których wirus pokonał. Również do młodego mężczyzny, o którego walczyli ponad trzy miesiące.
- Chorował na białaczkę, jego organizm nie był w stanie pokonać wirusa. Były chwile, że myśleliśmy, że będzie dobrze, niestety wirus okazał się silniejszy. Zanim odszedł podziękował nam wszystkim, że o niego walczyliśmy. Jego świadomość i pogodzenie z tym co może nadejść było niesamowite. Takie sytuacje zostają w człowieku bez względu na to jak jesteśmy silni psychicznie – mówi.
Ma dystans do świata
Prywatnie doktor Nagajewski jest ojcem czworga dzieci: Jacka (18 lat), Oli (14 lat), Ewy (11 lat) i Basi (4 lata). Wszystko wskazuje na to, że najstarsza dwójka pójdzie w jego ślady i swoją przyszłość zwiąże z medycyną. Aby zachować życiowy balans doktor do wielu rzeczy podchodzi z przymrużeniem oka. Lubi sobie pożartować, a stres najchętniej odreagowuje aktywnością fizyczną i grą na gitarze z przyjaciółmi - urologiem Robertem i inżynierem Bartkiem.
- Kiedy tylko mam okazję, staram się biegać i spacerować z psem. Jeżdżę konno. Pozwala mi to nabrać dystansu i naładować baterie – mówi.
Nieustannie podnosi i rozwija swoje umiejętności. Uczestniczy w licznych kongresach i wydarzaniach z zakresu kardiologii.
- W pracy lekarza niezwykle ważne jest podążanie za rozwojem medycyny i nie ma tu znaczenia czy pracujemy w dużym czy małym ośrodku medycznym. Wszędzie musimy skutecznie pomagać pacjentom – podsumowuje.
Komentarze i materiały powiązane pojawią się poniżej.