Poniedziałek, 6 Luty
Imieniny: Amandy, Bogdana, Doroty -

Reklama


Reklama

Gdy ślubowali sobie miłość nie przypuszczali, że będą wychowywać ponad 30 dzieci (zdjęcia)


Gdy ślubowali sobie miłość nie przypuszczali, że będą wychowywać ponad 30 dzieci. - Ta decyzja była dla nas naturalna. Uznaliśmy, że możemy pomóc dzieciakom w trudnej sytuacji i zostać rodziną zastępczą – opowiada Katarzyna Dudek.



Kiedy otwierają się drzwi domu Dudków, obok tradycyjnego dzień dobry, co chwilę słychać:„mamo, tato, ciociu, wujku”. Zwyczajna rodzina. Jest jednak w niej coś niezwykle szczególnego - miłość tworząca fundament domu dla dzieci, które z różnych przyczyn nie mogły mieszkać ze swoimi biologicznymi rodzicami.

 

Dzisiaj z Kasią i Bolkiem mieszka 11 dzieciaków. Drzwi ich domu nie zamykają się prawie wcale. Każdego dnia wpadają tu także dorosłe już dzieci, które wychowywały się w ich rodzinie zastępczej.

 

- One cały czas są nasze i będą nawet jak skończą 60 lat, a my tu jeszcze będziemy – mówi Kasia.

 

Podzielili się sobą

 

Historia ich miłości może nie różni się od wielu. Poznali się u znajomych, zakochali i wzięli ślub. Ze sobą są już 31 lat. A przysięgę małżeńską złożyli sobie w 1994 roku. Doczekali się dwóch córek. Na tym można by skończyć ich opowieść, ale życie napisało dla nich wyjątkowy scenariusz, którego inspiracją była miłość i dobroć.

 

- W mojej Kasi kocham wszystko – mówi Bolek Dudek. - Nie można się z nią nudzić.

- Mój mąż jest wyjątkowy. To najukochańszy człowiek na świecie – kwituje Kasia Dudek.

 

I chyba to wzajemne oddanie i silne uczucie zadecydowało o tym, że dzielą się sobą z innymi. Tymi, którzy są najbardziej bezbronni. Z dziećmi.

 

Wiedzieli niewiele

 

Wszystko zaczęło się niewinnie i nie zapowiadało tego, co stanie się kilka lat później. Zamieszkała u nich kuzynka pani Kasi. Szesnastoletnia Ania miała problemy w domu, a u nich znalazła bezpieczną przystań. Z czasem pojawiła się kolejna nastolatka, tym razem krewna pana Bolka. Ta relacja została sformalizowana, a małżeństwo uzyskało status rodziny zastępczej.

 

- Kiedy Marzenka zamieszkała z nami potrzebowaliśmy wsparcia w załatwieniu formalności związanych z jej przeprowadzką – opowiada pani Katarzyna. - Trafiłam do Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie, gdzie ówczesna pani dyrektor powiedziała, że dobrze będzie, jak staniemy się rodziną zastępczą. Nie mieliśmy wtedy pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi.

 

Wiedzę zdobyli szybko, a rodzina zyskała nowy status. To był 2001 r. Wtedy szli jeszcze swoimi własnymi zawodowymi drogami. Pani Kasia prowadziła zakład krawiecki, a pan Bolek zajmował się stolarstwem.

 

Bardzo czekali na dzieci

 

W 2006 roku zapadła decyzja o tym, że chcą pomagać bardziej. Postanowili zostać zawodową rodziną zastępczą. Tak trafili do PCPR-u w Ostródzie, który przygotował ich do tej roli. Przeszli wymagane badania psychologiczne i wzięli udział w szkoleniach. Bardzo czekali na dzieci.

 

- Bardzo chcieliśmy, żeby one do nas już przybyły. Nieważne było dla nas skąd są. Kiedy zadzwonił telefon i kurator zapytała czy przyjmiemy dzieci, miałam tylko jedno pytanie: czy musimy dostosować dom do jakiś niepełnosprawności – wspomina pani Kasia. - Okazało się, że nie było to potrzebne.

 

W kwietniu przyszły do nas dwie dziewczynki. Na kolejnych mieszkańców ich domu nie musieli długo czekać. Po miesiącu do Dudków dołączyło rodzeństwo. Ta piątka nie była obca już małżeństwu. Znali się.


Reklama

 

- Dzieciaki przyszły do nas z domu dziecka, wcześniej nas odwiedzały – opowiada pan Bolek.

 

 

Dzieci zabierają po kawałku serca

 

W taki sposób rodzina powiększyła się o siódemkę dzieci. Na pytanie, co okazało się w tym wszystkim najbardziej przytłaczające odpowiedź jest zaskakująca.

 

- Po miesiącu musieliśmy kupić zmywarkę. Zbyt długo stałam przy zlewie – wspomina z uśmiechem mama. - Wcześniej uwielbiałam myć naczynia, nawet jak mąż chciał mi kupić zmywarkę to się na to nie zdecydowałam.

 

- Przy dzieciach, które co chwilę jedzą, nie było mowy o tym, aby Kasia stała cały dzień przy zlewie - opowiada głowa rodziny. - Czas był potrzebny na zupełnie inne rzeczy.

 

Z czasem do domu Dudków przychodziły kolejne dzieciaki. Zajmowały pokoje, rozgaszczały się. Wchodziły w życie rodziny tak głęboko, że dzisiaj nie sposób odróżnić, które z nich jest dzieckiem biologicznym, a które przysposobionym.

 

- Nasze dwie prywatne córki bardzo chciały, żeby w domu było więcej dzieci. Zwłaszcza starsza Roksana – wspominają rodzice. - Zanim zostaliśmy rodziną zastępczą również one musiały spotkać się z psychologiem, który ocenił, czy są na to gotowe – dodaje Kasia Dudek.

 

Dzieci zarażają rodziców pasjami

 

Trudno pytać państwa Dudków o to, z jakimi problemami się mierzą. Tego, co robią nie dzielą na kategorie złe, dobre, do poprawy. Są dla swoich dzieci rodziną.

 

- Każde z naszych dzieciaków jest inne, poznajemy je i widzimy, jakiego wsparcia potrzebują, robimy wszystko by im je zapewnić – mówi pani Kasia.

 

- Dla nas niezwykłe jest to, że możemy się od dzieci uczyć. To one wielokrotnie rozbudzały pasje w nas. Chcieliśmy je wesprzeć w czymś i okazywało się, że to też nam sprawia frajdę – dodaje tata Bolek, który za sprawą jednego z synów sam został łucznikiem.

 

Przez 16 lat stworzyli dom dla 30 dzieciaków. Jedenastka jest z nimi. Są maluchy, dzieci nieco starsze, nastolatki, a nawet już dorosłe dzieci, które się uczą. Stworzyli system oparty na wspieraniu się nawzajem. Pomagają sobie w codziennych obowiązkach, w nauce.

 

- Nasza Ewa, która studiuje ekonomię i jeszcze z nami mieszka często tłumaczy matematykę, Basia ma 24 lata, świetnie gotuje i pracuje w restauracji jako kucharz, Sylwka uwielbiają maluchy, które nie odchodzą od niego ani na chwilę, bo ma do nich podejście – opowiadają z dumą państwo Dudek.

 

Sukces, gdy dzieci wracają do domu

 

W tym domu nie zapomina się imion dzieci. Rodzice są w stanie wymienić wszystkie po kolei. Od tych, które dom opuściły po te najmniejsze, które co chwilę wchodzą na kolana. U nich widać, że rodzina zastępcza to misja, a nie sposób na zarobek.

 

- Są trudne chwile. Zwłaszcza te, gdy dzieci od nas trafiają do rodzin adopcyjnych. Wtedy tracimy kawałek serca, bo my je wszystkie bardzo kochamy – mówi pani Kasia.

Reklama

 

Zaznacza przy tym, że dla nich najcenniejsze jest, gdy dzieci wrócą do swoich biologicznych rodziców.

 

- Z naszego domu udało się to dwóm rodzinom. Był to również dla nas sukces. Rodzice zrobili wiele, by odzyskać swoje dzieci, za to ich podziwiamy, do dzisiaj też mamy kontakt – wspomina pan Bolek.

 

Nie ukrywają, że sprawienie, by dzieci odnalazły się u nich i dobrze poczuły wymaga czasu i zaangażowania. Jednak ten trud wynagradzają uśmiechy, całusy i słowa: mamo, tato, ciociu, wujku. - Kiedyś, gdy zamieszkały z nami małe dziewczynki, siostry, zadzwoniła ich biologiczna mama i poprosiła starszą, 5-letnią, do telefonu. Dziewczynka podeszła do słuchawki i gdy mama powiedziała jej, że to ona, dziewczynka odpowiedziała, że jej mama wiesza pranie na podwórku, po czym po prostu się rozłączyła. To było dla mnie takim dowodem, że to, co robimy, robimy dobrze, że to jest nasza droga. Wtedy się mocno popłakałam – wspomina Kasia Dudek.

 

Pierwszego konia podarował dziadek

 

Wspólnie prowadzą też gospodarstwo, bo kochają zwierzęta, a wszystkie dzieci w domu lubią z nimi przebywać. Jak przyznają, to rodzaj terapii dla całej rodziny. Czas kiedy problemy przestają się liczyć. Pierwszego konia dostali w prezencie od taty pani Kasi.

 

- Nasze córki chciały jeździć. W tamtym czasie było trudno o zorganizowanie regularnych jazd, więc dziadek postanowił rozwiązać ten problem – wspomina pani Kasia. Potem jeździectwo czynnie zaczął uprawiać pan Bolek, który dzisiaj jest jego instruktorem. Obecnie w stajni mieszka siedem koni – same klacze, poza tym są także kozy, owce, kaczki i wielki ogród z warzywami.

 

Są dumni ze wszystkich sukcesów swoich dzieci. Chociażby były najdrobniejsze. W domu jest pełno zdjęć, a przez galerię w telefonie nie da się przebrnąć w godzinę.

 

Spełnione marzenie

 

Jaki jest ich patent na to wszystko?

 

- Zawsze mówimy jednym głosem, wszystko ustalamy wspólnie, jasno określamy zasady i mamy dobrze opracowany podział obowiązków – mówi Bolek.

 

Pani Kasia zajmuje się dzieciakami, pan Bolek jest zapleczem technicznym. Zawsze omawiają to, co dzieje się w ich domu. Wspólnie szukają rozwiązań i sposobów na przezwyciężenie trudności.

 

- Wychowywanie dzieci, bycie rodziną to wielka radość. Wielu ludziom trudno to sobie wyobrazić, ale jak już się w tym wszystkim jest, to trudno z tego wyjść – mówią i są gotowi, żeby przyjąć kolejne dzieci. Ich droga jako rodziców zastępczych ukształtowała ich i pokazała wiele nieznanych wcześniej stron życia. - Nasze własne córki, chyba dzięki tej rodzinie, pięknie wkroczyły w dorosłość. Mają w sobie wiele wrażliwości.

 

Podczas najbliższych świąt do wspólnego stołu zasiądzie blisko 25 osób.

 

- Może to wszystko wynikło z tego, że mnie i brata wychowywał tylko tata. Że byliśmy małą rodziną, a mi się marzył dom pełen ludzi. Dzisiaj go mam i jestem bardzo szczęśliwa – mówi Kasia Dudek.



Komentarze do artykułu

Mazurzanka

A czy ktoś był w tym domu? Widział? te dzieci? Laurka wystawiona, ale czy jest zgodna z prawdą?

Alicja

Gratulacje kochani,Kasiu ty wiesz że odkąd was poznałam , podziwiam was. Pozdrawiam serdecznie buziaki

Napisz

Galeria zdjęć

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama


Komentarze

Reklama