Poniedziałek, 28 Listopad
Imieniny: Jakuba, Stefana, Romy -

Reklama


Reklama

HUŚTAWKA WSPOMNIEŃ – moje Szczytno z tygodnia na tydzień Leszek Mierzejewski


3 listopada, święto myśliwych Hubertus był idealną okazją i głównym motywem spotkania. Więc wracając z podróży, po drodze odwiedziłem dawno niewidzianego przyjaciela myśliwego. Nie spodziewałem się, że druh jest unieruchomiony na wyciągu po złamaniu dolnej kończyny. Ucieszył się z odwiedzin. Stwierdził, że od dwóch tygodni leży brzuchem do góry i patrzy na ściany poozdabiane trofeami łowieckimi.



- Z nadmiaru czasu odtwarzam przebieg minionych polowań - opowiadał. - Jednak najmilej wspominam nieprawdopodobne historie, które są jak najbardziej prawdziwe. Opowiem ci taką najbardziej śmieszną, która wydarzyła mi się nie tak dawno.

 

Było to ubiegłym sezonie, na początku listopada, tuż przed południem - ledwo się z łóżka zerwałem, a już mi nad głową moja ślubna rwetes czyni, że po łowiskach całymi dniami się włóczę, jak bezdomny pies. Że w centralnym nie napalone, że trawnik nie wykoszony, że resztki węgla w piwnicy zmagazynowane, że niezamężna córka po północy do domu wróciła!

 

We łbie zaczęło mi coraz mocniej kołatać i na dodatek w krzyżu łupać. Na moje szczęście drzwi szczelnie w łazience zamknąłem i jazgotu małżonki nie musiałem wysłuchiwać. W spokoju goliłem lico przed lustrem. Co za życie, pamiętam, że jak do niej chadzałem w kawalerkę, to otwierała usta, ale słów nie wypowiadała. Teraz najchętniej kupiłbym jej w prezencie urodzinowym zamiast szminki „kropelkę”. Kończąc toaletę, już prawie byłem w swoim żywiole, ale na nic to się zdało, za moment znów mnie zaczęło pod sufitem walić! Przypomniałem sobie wczorajsze posiedzenie zarządu i pretensje pod moim adresem.

 

Tyle się dla koła poświęcam i bez przerwy poluję, przyczyniając się do wykonania rocznego planu łowieckiego, a zarząd wciąż się mnie czepia, że dniówek nie wykonałem, że zapomniałem o zapłacie składki, że na Walne nie przyszedłem. Znów jestem wściekły niczym wilk z zapadniętym brzuchem. Chwała św. Hubertowi, że się nie zaciąłem przy goleniu. Mina mi się jednak rozjaśniła, gdy poczułem zapach mojej ukochanej zupy. Ale powoli i po kolei. Gdy wyszedłem ogolony i odnowiony, niczym noworodek, na stole zauważyłem ogromny talerz z pachnącym żurkiem, a w nim skwarki i kawałki myśliwskiej kiełbasy.

 

Natychmiast wybaczyłem mojej drugiej połówce, że niezasadnie od rana pokrzykuje. Co tu wodę lać, to prawdziwa rozkosz, wyborny smak, a taki żurek może przygotować tylko moja ukochana żonka.

 

- Kochanie, co przygotowałaś na drugie danie? Zrobię schabowe, ale jak wrócę od lekarza. Teraz zjedz jeszcze zupy. Cholera! Jak późno, już dawno minęło południe. - A czy psa nakarmiłaś? Czy wiesz kochanie, że dzisiaj miałem cudowny sen, byłem na targu i kupiłem tłustego lina. Może jutro zrobisz na obiad coś z ryb, ty tak świetnie robisz lina w śmietanie. Gdy kupowałem tego lina, to on mrugnął lewym okiem, wyłącznie do mnie. To wróży, że będę miał dziś sukces na polowaniu. Śniły mi się też wielkie sumy z wąsami, którymi zawadzały o brzegi rzeki. Ach przypomniał mi się kawał o sumach i lekarzach. Lekarz powiedział do pacjenta, że od dziś drobnicy nie bierze, tylko wielkie sumy.

 

 

- Czy ty możesz zawieźć mnie do lekarza? - Dziś nie mogę, śpieszę się na polowanie. Jedź autobusem, podjeżdża pod samą przychodnię. A teraz zrób mi kanapki i herbatę w termos. Śpieszę się na polowanie! Ubrałem się w moim pokoju myśliwskim, wyjąłem z szafy sztucer, krzyknąłem na psa i błyskawicznie znalazłem się za drzwiami, żeby podreperować skołatane nerwy na łonie natury. Po wielu eksperymentach wybrałem sobie przyjazne drzewo, to buk.


Reklama

 

On łagodzi napięcia i poprawia mi humor. Potrafi oczyścić mi organizm z bólu i zasilić chęcią do życia. Za chwilę, gdy wpadnę do lasu, przytulę się do pnia buku, a liść z tego drzewa przyłożę na czoło, natychmiast złagodzi ból głowy. Zapomnę o gderaniu mojej żony i o pretensjach zarządu. Z pośpiechem wskoczyłem do samochodu i ruszyłem przez zatłoczone ulice miasta. Tłok i korki niczym w centrum Warszawy. Powariowali. Rozkopali połowę arterii, remontują ulice w mieście i na dodatek kładą nowe chodniki.

 

Czy muszą to robić akurat jesienią, gdy nastał sezon polowań indywidualnych i zbiorowych? Dlaczego ludzie nie chodzą piechotą, lub nie jeżdżą autobusami? Po pół godzinie, gdy minąłem moją część miasta, centrum i znalazłem się na wylocie, dodałem gazu. - Panie Władzo kochany! Ja myślałem, że to już teren niezabudowany! Ile jechałem na godzinę? - Osiemdziesiąt kilometrów. - Jak pech, to pech i co teraz będzie? - Ma kolega szczęście, ja też jestem myśliwym i na dodatek dziś nasze święto 3 listopada. Dostaniecie pouczenie, ale musicie zdjąć ten bagażnik z haka samochodu, bo prawem drogowym jest to zabronione!

 

- Okej, już się robi. Za miastem skręciłem w prawo, w pierwszą drogę do moich łowisk i prułem do przodu podśpiewując: „Pojedziemy na łów, na łów, towarzyszu mój…” Za moment zrobiłem następny skrót przybliżający mnie do wieczornej zasiadki. Nareszcie pokazała się na widnokręgu niewyraźna linia lasu. Jechałem dalej. Nareszcie koniec leśnej drogi. Polana i oczekująca na mnie w oddali stara, poczciwa ambona. Samochód postawiłem tuż za rozłożystą brzozą. Pies się wybiegał i poszedł spać na tylne siedzenie. Dalej rosły buki. Dopełniłem ceremoniału przytulania, niczym za młodych lat do kochanki. O mało bym o tej ceremonii zapomniał, ale ujrzałem po drodze rudowłosą kobietę tulącą się do modrzewia.

 

Spojrzałem na zegarek, najwyższy czas już zasiąść na ambonie. Przeszedłem przez polanę, jeszcze z dwieście metrów świeżego wyrębu, młodnik i jest moja ukochana. Cholera jasna! Zapomniałem zabrać kanapki i termos z herbatą! Trudno, posiedzę ze dwie godziny i wracam do domu. Siadłem na twardej desce. Źle mi się dzisiaj od początku wiedzie, nawet miękkiej podkładki pod tyłek nie wziąłem z bagażnika. Oparty o deski ambony, powoli stygłem z myśliwskiej emocji.

 

O rety! Nie wierzę własnym oczom. Tuż przede mną, od polany wyszła najnormalniejsza mgła. Kątem oka spostrzegłem, że od młodnika też ścielą się opary. Już nie widzę zarysów pobliskich drzewek. Słyszę, że dziki gdzieś tam w oddali ruszyły. Dochodzi do mnie trzask i przerzucanie leśnego poszycia. Słyszę, ale nie widzę, wyczuwam coś wielkiego, czuję zapach dziczej watahy, to na 100% podchodzą czarnuchy! Trudno, nic tu po mnie, przecież nie będę strzelał do mleka!

 

Trzeba wracać do samochodu. Ja, który dziesiątki, a może setki razy przemierzałem tę trasę, i po zmierzchu, i o świcie, i ciągnąc upolowaną zdobycz, teraz zgłupiałem. W gęstej mgle całkowicie straciłem orientację. Starałem się w tym mlecznym świecie uspokoić się, tłumacząc sobie, że nie jest źle, że wystarczy przejść znajomą ścieżką i trafić do swojego samochodu. Kilkakrotnie wracałem i zawracałem, robiłem jakieś koła, cztery razy doszedłem znów do ambony.

Reklama

 

 

Logika też nic mi nie pomagała. Jedyny sens, to było doczekać gdzieś ranka i za dnia odszukać pojazd. Usiadłem pod najbliższymi krzakami, na mchu. Owinąłem się kurtką i rad nie rad zacząłem drzemać, bo co mi innego zostało. W nocy otrzeźwiałem, całkowicie obudziłem się dygocząc z zimna, ale więcej ze strachu. Poluję przeszło trzydzieści lat i w dzień, i w nocy, ale jeszcze takich dziwnych odgłosów, takiego sapania, drapania, chrupania, szczebiotania, a nawet dziwnego szczekania w swoim życiu nie słyszałem.

 

Najgorsze, że to wszystko dochodziło do mnie z pobliża, jakieś przytłumione. Ja nie mam zwyczaju fantazjować, ale ze strachu o mało, a bym popuścił w gacie. Bałem się ruszyć z miejsca. Jedynie, to broń naładowałem i miałem gotową do obrony. Czas wlókł się niesamowicie, co jakiś czas ze znużenia wpadłem w drzemkę. Wówczas śnił mi się św. Hubert, wydzierał się na mnie, że spotkała mnie kara za zaniedbywanie obowiązków domowych, nieopłacenie składek do koła, za niewykonanie prac gospodarczych.

 

Ja na kolanach przysięgałem mu poprawę, on dalej mnie łajał, że zarząd koła i żonkę powinienem przepraszać. Za moment śniła mi się moja ślubna, że ona przejęła władzę w domu, że ona mną rządzić rozpoczęła i mi wydawała rozkazy. A ja chodziłem posłuszny jak baranek. To była najgorsza kara. Koniec świata.

 

 

Cyklicznie budziłem się, i trzeźwiałem zlany potem. Skoro świt zerwałem się na drętwe nogi, patrzę i oczom nie wierzę. Z drugiej strony krzaków, przy rozłożystej brzozie, stoi mój samochód, a wewnątrz szczeka, sapie, drapie i chrapie mój wyżeł szorstkowłosy. Dobrze, że mu zostawiłem otwartą szparę w oknie. Na drugi dzień uregulowałem wszystkie należności wobec koła i zabrałem się za wyznaczone roboty dla koła. Jednocześnie sumiennie wykonuję obowiązki wobec żony i dla ogniska domowego. Jednym słowem zmieniłem i to radykalnie swoje postępowania myśliwskie i małżeńskie.

Leszek Mierzejewski

E-mail: leszek.mierzejewski@gazeta.pl

 



Komentarze do artykułu

Nietzsche

Bardzo dziwne i brutalne hobby. Powinno się myśliwych powystrzelać w ramach redukcji prymitywizmu w populacji.

Napisz

Galeria zdjęć

Reklama

Reklama

Reklama


Komentarze

Reklama