O zaraźliwości antyszczepionkowych poglądów – felieton Jerzego Niemczuka
Wśród znajomych mam sporo mniej lub bardziej umiarkowanych „foliarzy”. Są wśród nich także lekarze. Pogląd o szkodliwości szczepień przeciw covid zapewne szerzą wśród swoich znajomych oraz pacjentów. Ci ostatni mają status podobny do tego, jaki w Rosji miała okołoliteraturnaja żeńszczyna. Sama nie pisała, ale była w zasięgu nurtów oraz talentów literackich, mogła o nich swoim znajomym opowiadać i światłem odbitym sławy ich oświecać.
Lekarze z kolei ulegają stereotypowi, że zasięg ich własnej wiedzy - przeważnie rzadko odświeżanej - jest pułapem dokonań medycyny. A przecież nie tak dawno medycy wyśmiewali pogląd, że mycie rąk jest konieczne, żeby pacjentów nie zarażać. A wyznawcy tego rewolucyjnego odkrycia doznawali ostracyzmu ze strony lekarskiego motłochu.
U nas blisko połowa populacji się nie szczepi, wychodząc z karkołomnego przeświadczenia, że szczepienie jest gorsze od choroby, chociaż wiek dwudziesty doprowadził do tego, że większość śmiertelnych chorób po infekcjach została opanowana: gruźlica, tyfus, polio, cholera, żółta febra. Opanowano choroby dziecięce, szkarlatynę, dyfteryt. Ocalono tym sposobem setki milionów istnień.
Ale ten argument do odszczepieńców widać nie przemawia. Nie tylko u nas, gdzie być może jest to skutek powszechnej reglamentacji i ograniczania wiedzy o świecie w czasach komuny. Żeby zdobyć pożądane dobra, trzeba było mieć znajomych z dostępem.
Oficjalnym ścieżkom dystrybucji towarów i wszelkiej wiedzy nie bez powodu nie ufano. Komusze elity skrywały prawdę, a do elit zaliczano też lekarzy i naukowców. Wiedza tajemna szwagra z dostępem do kierowcy zastępcy członka biura politycznego KC była wyżej ceniona. Tak jak towarzyski dostęp do sklepowej był nieporównywalnie cenniejszy od tego, co oficjalnie wisiało na hakach.
Źródłem teorii spiskowych na temat najbardziej skutecznej profilaktyki przeciwko chorobom zakaźnym jest strach. Podejrzewam, że przede wszystkim przed ukłuciem.
Argument koronny przeciwko szczepieniom brzmi następująco: jak się nie szczepiłem na grypę, to nigdy nie chorowałem, a jak się zaszczepiłem, to od razu ciężko zachorowałem. Wszyscy to powtarzają, ale brzmi on mało wiarygodnie, bo na grypę szczepi się w Polsce ledwie ze dwa procent, więc siłą rzeczy takie doświadczenie statystycznie jest śladowe. Jeśli nawet osobiste, to raczej urojone.
Właśnie się dowiedziałem od przyjaciółki z Wuppertalu, że zmarła jej znajoma. Nie była zaszczepiona. Dwie córki, lekarki, zakazały jej szczepień.
Zaraz mi się w głowie wylęgła spiskowa teoria, że czyhały na spadek.
Jerzy Niemczuk
Komentarze i materiały powiązane pojawią się poniżej.

