Kandydaci do nieistniejącej rady (zdjęcia)
Kampania wyborcza w Szczytnie nabiera rozpędu, co widać głównie na wszelkiej maści płotach. Moje prywatne oczy kalają jednak banery informujące o tym, że dany kandydat czy kandydatka pragnie być członkiem gremium, którego po prostu... nie ma. W Szczytnie bowiem jest RADA MIEJSKA, a spora liczba żądnych władzy pcha się do Rady Miasta. Różnica niby niewielka, ale skoro „Rada Miejska” to oficjalna, urzędowa nazwa samorządowego organu, to wypada ją stosować, szczególnie przez tych, dla których ma się ona stać „domem” przez kolejne pięć lat.
W używaniu nieprawidłowej nazwy celuje szczególnie jeden komitet, którego banery obarczone są pewną zaletą: mają jednakową szatę graficzną, co może działać pozytywnie na zmysł wzroku wyborców, ale na ich zmysł samorządowej wiedzy na pewno nie.
Z treści tej wyborczej propagandy wynika, że nawet osoby długo (niewykluczone, że za długo) już w ratuszu zasiedziałe też nadal chcą zasiadać w Radzie Miasta, a nie w Radzie Miejskiej. Gdyby nie dopisek, że chodzi o Szczytno, można by mieć wątpliwości, czego ci kandydaci tak naprawdę chcą.
Domyślam się, że spora liczba mieszkańców oficjalne nazewnictwo organów ma w... „głębokim poważaniu”, szczególnie że zadowolenie z działalności tego gremium z zasady wielkie nie jest, a nierzadko poszczególni członkowie owego organu obdarzani są mało przyzwoitym mianem... narządu.
Ale...
Wyobraźmy sobie, że jesteśmy właścicielem jakiejś firmy (niezależnie od jej wielkości) i rozmawiamy z kandydatem do pracy. Stwierdza on, że bardzo, ale to bardzo chce pracować w YYY, da z siebie wszystko, będzie aktywny, kreatywny itp., itd. A my już tego słuchać nie chcemy, bo nasza firma nazywa się XXX i jeśli kandydat nawet tego nie wie, to całą resztę: obietnice i deklaracje, można między bajki włożyć.
Komentarze i materiały powiązane pojawią się poniżej.

