Tygodnik Szczytno

Sobota, 29 Sierpień
Imieniny: Adeliny, Erazma, Sobiesława -

Reklama

Reklama

Justyna Matłoch o tym, dlaczego Wielbark nie odpuszcza Grzybowania

Zaczynało się od stowarzyszenia i prostego pomysłu: wykorzystać to, że ponad 60 proc. gminy stanowią lasy. Dziś Grzybowanie w Wielbarku ma 17 edycji, własną zupę, zmieniane co roku konkursy i publiczność, która przychodzi nawet wtedy, gdy w lesie grzybów jak na lekarstwo. – Ludzie chcą się spotkać i spędzić czas razem – mówi Justyna Matłoch, prezes Stowarzyszenia Miłośników Ziemi Wielbarskiej. Prywatnie przyznaje, że do lasu chodzi chętnie, ale częściej biega niż zbiera. A jeśli już grzyby trafiają na jej stół, wygrywają kurki.

  • Justyna Matłoch o tym, dlaczego Wielbark nie odpuszcza Grzybowania.
  • Data:

Siedemnasta edycja. To już nie eksperyment, tylko kawał historii. Jak to się właściwie zaczęło?

Grzybowanie zaczęło się od Stowarzyszenia Miłośników Ziemi Wielbarskiej. Z czasem impreza zaczęła się rozrastać, do organizacji dołączyła gmina i przejęła większą część obowiązków. Dzisiaj to wspólne przedsięwzięcie, ale korzenie rzeczywiście są stowarzyszeniowe.

Dlaczego właśnie grzyby?

Bo to było naturalne. Około 60 proc. powierzchni naszej gminy to lasy i zakrzewienia. Przyroda jest na wyciągnięcie ręki. Szkoda byłoby tego nie wykorzystać. Stąd konkursy grzybiarskie, porządkowanie lasu, konkurs kulinarny i cała oprawa wokół tego tematu.

Czyli nie trzeba było wymyślać sztucznego motywu promocyjnego. Wystarczyło spojrzeć wokół?

Dokładnie. Las jest częścią naszej codzienności. I to właśnie wokół niego zbudowaliśmy wydarzenie.

ZUPA, KTÓRA STAŁA SIĘ ZNAKIEM ROZPOZNAWCZYM

Dzisiaj wielu ludzi przyjeżdża też po wielbarską zupę grzybową. To od początku był stały element?

Zupa była obecna od dawna, ale sposób jej przygotowania się zmieniał. Na początku gotowało ją samo stowarzyszenie. Kiedy impreza urosła, potrzebowaliśmy kogoś, kto będzie w stanie przygotować dużą liczbę porcji.

Kto robi ją dzisiaj?

Agroturystyka pana Zbigniewa Kostrzewy w Głuchu. Zupa jest przygotowywana według ich receptury.

To ten sam przepis od 17 lat?

Nie. Na samym początku było inaczej, bo gotowały inne osoby. Z czasem, wraz z rozwojem imprezy, przygotowanie powierzono agroturystyce.


Reklama

A grzyby są z lasów wielbarskich?

Tego nie chcę przesądzać. Nie przygotowuję tej zupy, więc nie chcę podawać informacji, której nie jestem pewna. O to najlepiej zapytać osoby, które ją gotują.

„PRZEZ SZEŚĆ LAT GRZYBÓW PRAKTYCZNIE NIE BYŁO”

To ciekawe, bo Grzybowanie brzmi jak impreza zależna od jednego warunku: grzyby muszą być. A ostatnie lata pod tym względem były słabe.

Jestem w stowarzyszeniu od sześciu lat i właściwie przez cały ten okres nie było jakiegoś dużego wysypu. I właśnie dlatego formuła konkursu musiała się zmienić.

Czyli nie wygrywa już ten, kto przyniesie najwięcej?

Nie. To przestało mieć sens, skoro grzybów było mało. Każdego roku przewodniczący wymyśla inną kategorię i dostosowuje konkurs do warunków.

A tegoroczna formuła?

Tajemnica. Zostanie ogłoszona na scenie. Sama jej nie znam. Za konkurs odpowiada Wojciech Bogacki i to jego trzeba dopytać.

GRZYB JEST PRETEKSTEM DO SPOTKANIA

Czyli po 17 latach grzyb jest już bardziej symbolem niż głównym celem?

Tak. Myślę, że dzisiaj chodzi przede wszystkim o spotkanie ludzi. Nawet kiedy grzybów było bardzo mało, chętnych do udziału nie brakowało.

Dlaczego?

Bo ludzie chcą się spotkać. Lubią być razem, lubią spędzać czas w lesie i wracają do tej imprezy. To pokazuje, że Grzybowanie dawno wyszło poza sam konkurs.

ZE SZCZYTNA DO WIELBARKA

Pani prezes jest rodowitą wielbarczanką?

Reklama

Nie, pochodzę ze Szczytna.

Od kiedy Wielbark jest pani miejscem?

Pracuję tutaj od 22 lat, a mieszkam od 15.

Czyli wystarczająco długo, żeby powiedzieć, że to już swoje miejsce?

Zdecydowanie tak.

„DO LASU CHODZĘ, ALE BARDZIEJ BIEGAĆ”

Skoro kieruje pani stowarzyszeniem organizującym Grzybowanie, to musi pani mieć własne grzybowe rytuały.

Tu rozczaruję. Na grzyby chodzę bardzo rzadko.

Naprawdę?

Tak. Do lasu chodzę bardzo chętnie, ale bardziej biegać niż zbierać grzyby.

A na talerzu?

Jeśli mam okazję, to bardzo lubię. W domu grzyby pojawiają się rzadziej, bo dzieci ich nie jedzą i zwyczajnie trudno gotować osobno.

Jeden grzyb, który wygrywa?

Kurki. Zdecydowanie. Lubię tartę z kurkami, jajecznicę z kurkami i sos kurkowy.

CO ZOSTAŁO Z PIERWSZEJ EDYCJI?

Po 17 latach impreza jest większa, organizacja inna, konkursy się zmieniają. Co zostało niezmienne?

Chyba najważniejsze zostało to samo: ludzie chcą się spotkać. Grzyb jest punktem wyjścia, ale sens wydarzenia jest szerszy. To wspólne spędzenie czasu, las, rozmowy, jedzenie i tradycja, która już się zakorzeniła.

Czyli nawet jeśli kosze są puste, Grzybowanie nadal ma sens?

Tak. I te ostatnie lata najlepiej to pokazały.

 



Komentarze i materiały powiązane pojawią się poniżej.

Więcej materiałów podczas przewijania.

Reklama