Tygodnik Szczytno

Wtorek, 8 Wrzesień
Imieniny: Reginy, Marka, Melchiora

Wiedział, dokąd zmierza. Odszedł ks. Andrzej Preuss, kapłan, którego Szczytno nie zapomni

We wtorek, 8 września, po ciężkiej chorobie zmarł ks. Andrzej Preuss. Miał 60 lat. SLA odebrało mu możliwość chodzenia i mówienia, ale nie zabrało tego, co przez lata przyciągało do niego ludzi: humoru, ciekawości drugiego człowieka i wiary. O śmierci potrafił rozmawiać tak samo jak o życiu - bez udawania. Przyznawał, że boi się cierpienia. Jednocześnie mówił o miejscu, do którego zmierzał. „Tam, dokąd się wybieram, nie będą mi potrzebne ani ręce, ani nogi, ani mięśnie karku, ani nawet mowa”. Dziś te słowa brzmią jak pożegnanie.

  • Kochał ludzi, ale tęsknił za niebem. Odszedł ks. Andrzej Preuss.
  • Data:

Trudno pisać o ks. Andrzeju Preussie wyłącznie datami. Bo dla wielu mieszkańców Szczytna nie był po prostu proboszczem. Był księdzem, do którego można było wejść, porozmawiać, pokłócić się, zapytać, czasem usłyszeć żart, czasem zdanie, które zostawało na długo. Parafianie wspominali go jako człowieka, który potrafił połączyć to, co religijne, z tym, co zwyczajne i ludzkie. Jedna z parafianek mówiła przed laty „Tygodnikowi Szczytno”, że „zawsze potrafił zrozumieć drugiego człowieka”.

 

Ze Sztumu do Szczytna

Andrzej Preuss urodził się 28 czerwca 1966 roku w Sztumie. Uczył się w Niższym Seminarium Duchownym w Częstochowie, a później studiował w Wyższym Seminarium Duchownym „Hosianum” w Olsztynie. Święcenia kapłańskie przyjął 8 czerwca 1991 roku z rąk biskupa Edmunda Piszcza.

Pracował jako wikariusz m.in. w Kętrzynie, Olsztynie, Lidzbarku Warmińskim, Karolewie i Braniewie. Był także kapelanem Zakładu Karnego w Braniewie. Później pełnił funkcję proboszcza w Chruścielu i Barcianach. W 2009 roku objął parafię Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Szczytnie.

To właśnie ze Szczytnem został związany na najdłużej.

 

Choroba odebrała mu głos. Nie odebrała rozmowy

Pierwsze objawy stwardnienia zanikowego bocznego pojawiły się pod koniec 2020 roku. SLA postępowało. Najpierw coraz trudniej było mu się poruszać. Później stracił mowę. Z czasem ręce i nogi stały się bezwładne. Komunikację umożliwiło mu urządzenie sterowane wzrokiem – Cyber Oko. Patrząc na ekran, wybierał litery i układał z nich zdania. I wtedy wydarzyło się coś, co najlepiej opisuje ostatnie lata jego życia. Ksiądz, który nie mógł już mówić, nie przestał rozmawiać.

Udzielał wywiadów. Pisał. Żartował. Odpowiadał ludziom. Modlił się. Nie tworzył obrazu człowieka, który „dzielnie znosi wszystko”. Mówił również o lęku, złości, płaczu i bezsilności.

Nie boję się śmierci, boję się cierpieniapowiedział w jednej z rozmów z „Tygodnikiem Szczytno”.

 

Wiedział, dokąd chce iść

W tej samej rozmowie padło zdanie, które dziś brzmi inaczej niż wtedy. Opisując utratę sprawności, ks. Preuss mówił:

Tam, dokąd się wybieram, nie będą mi potrzebne ani ręce, ani nogi, ani mięśnie karku, ani nawet mowa.

Nie romantyzował choroby. Nie twierdził, że cierpienie jest łatwe. Przeciwnie - wielokrotnie mówił, że go nie chce. Ale próbował nadać mu sens. Kiedy w 2021 roku pytaliśmy, czy wie, dlaczego dotknęło go SLA, odpowiadał, że nie zna odpowiedzi, ale wierzy, że Bóg wie, co robi. Chorobę nazywał lekcją - dla siebie i dla ludzi, którzy znaleźli się obok niego.

W innym wywiadzie żartował nawet z własnej drogi do nieba. Przypominał los apostołów i pytał retorycznie, czy Andrzej Preuss miałby zostać z cierpienia zwolniony i trafić do nieba „na lektyce”.

Taki był także w chorobie. Wiara nie odbierała mu humoru. Humor nie odbierał powagi wiary.

 

Wtedy role się odwróciły

Przez lata pomagał innym. Później sam potrzebował pomocy przez całą dobę. Wokół niego powstał krąg wolontariuszy, przyjaciół i opiekunów. To oni pomagali mu w codziennym funkcjonowaniu. Leczenie i opiekę finansowano także dzięki zbiórkom mieszkańców oraz wsparciu Caritas i ludzi dobrej woli. Jeszcze w marcu 2026 roku apelowano o kolejną pomoc, ponieważ zgromadzone środki zaczynały się kończyć. On sam mówił, że nigdy wcześniej nie otrzymał od ludzi tyle dobra, ile podczas choroby. Była w tym przewrotność losu. Człowiek przyzwyczajony do bycia dla innych musiał pozwolić, żeby inni byli dla niego.

 

Ostatnie urodziny

Pod koniec czerwca ks. Andrzej skończył 60 lat. Nie było wielkiej gali. W mieszkaniu byli najbliżsi, mama, siostra, przyjaciele, opiekunowie, duchowni i biskup pomocniczy archidiecezji warmińskiej Janusz Ostrowski. Dzień później parafianie spotkali się na Mszy i jubileuszu. Było to również 35-lecie jego kapłaństwa. Dochód ze spotkania przeznaczono na dalszą pomoc w leczeniu i opiece. Niecałe trzy miesiące później ks. Andrzej Preuss zmarł.

 

Zostało coś więcej niż kazania

Można będzie teraz przypominać funkcje, parafie, datę święceń i lata pracy w Szczytnie. Ale jego historia nie zamyka się w kościelnym życiorysie. Był czas, kiedy uczył z ambony. Potem przyszły lata, gdy nie mógł wypowiedzieć ani jednego słowa. I paradoksalnie właśnie wtedy dla wielu ludzi jego świadectwo stało się najmocniejsze. Nie dlatego, że chorobę pokonał. Nie pokonał jej.

Pokazał coś trudniejszego: że można tracić kolejne rzeczy, które wydają się konieczne do życia, i nadal pozostać ciekawym ludzi, zdolnym do żartu, rozmowy, wdzięczności i nadziei.

Kilka lat temu powiedział nam, że jest otoczony tak wielką miłością, iż żartobliwie obawia się, że może nie zauważyć różnicy, kiedy stanie przed Bogiem.

 

We wtorek ta długa droga dobiegła końca.

Dla ludzi, którzy go znali, zostaje pustka. Dla niego - jeśli wierzyć temu, czego sam przez całe życie nauczał i czemu ufał do końca - zaczęła się droga, na którą od dawna był przygotowany.



Komentarze i materiały powiązane pojawią się poniżej.

Więcej materiałów podczas przewijania.